62. Jazz nad Odra – relacja
Jazz nad Odrą od zawsze jest festiwalem łączącym ożywczy powiew młodości oraz maestrię doświadczenia muzycznych „wyjadaczy”. O tej pierwszej stronie mogliście przeczytać jakiś czas temu w rozmowie ze zwycięzcami konkursu na Indywidualność Jazzową – triem Michała Modrzyńskiego. Teraz czas na opowieść o pozostałych wydarzeniach, które szczególnie silnie zapadły nam w pamięć podczas 62. festiwalu Jazz nad Odrą.
Lars Danielsson Liberetto – Echomyr

Lars Danielsson
Czwartkowy wieczór w Impart Centrum był zapowiadany przez organizatorów jako porównanie stylistyczne europejskiego oraz amerykańskiego kwartetu jazzowego. Niestety, z racji na kontuzję palca saksofonisty Boba Mintzera, skład Petera Erskine’a wystąpił ostatecznie jako trio. Mimo ogromnej kreatywności jego lidera za perkusją, brak instrumentu dętego był wyraźnie wyczuwalny. Tego samego nie można jednak powiedzieć o zespole Larsa Danielssona.
Szwedzki kontrabasista to jedna z najznakomitszych postaci współczesnego jazzu europejskiego. Wrocławski koncert odbył się kilka dni po premierze najnowszego albumu Danielssona oraz jego grupy Liberetto. Tytuł tego projektu, Echomyr, można przetłumaczyć jako „głos z głębi”. To muzyka pięknych, dających wytchnienie w pędzie życia melodii. Z jednej strony medytacyjna, z drugiej potrafiąca zaskoczyć mocą i dynamiką.
Najbardziej urzekającym elementem występu Liberetto była niezwykła łatwość jego członków w harmonijnym opowiadaniu kolejnych etapów muzycznych historii. Pianista Gregory Privat odpowiadał głównie za romantyczny aspekt kompozycji, podczas gdy metronomiczna precyzja Magnusa Öströma potrafiła w okamgnieniu podnieść napięcie i rozpędzić grę. Po uzupełnieniu tych dwóch elementów o rozmytą gitarę Johna Parricellego oraz głęboki, spinający całość bas Danielssona, powstał koncert, po którego końcu na duszy było trochę lżej, niż przed.
Michał Barański – No Return No Karma
Wieczór 23 kwietnia przeszedł w noc, ale emocje w trakcie 62. festiwal Jazz nad Odra wcale nie zamierzały opadać. Po godzinie 23 w Firleju rozpoczął się bowiem występ, promujący jedną z najgłośniejszych polskich jazzowych premier ostatnich miesięcy – No Return No Karma Michała Barańskiego, którą szeroko opisywaliśmy również w Radiu LUZ . Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy więc jej koncertowej odsłony.
Podobnie jak w wersji studyjnej, artysta postawił mocny nacisk na wokalny akcent projektu. Począwszy od dwóch pierwszych utworów, wykonanych wspólnie z Magdaleną Zawartko, a następnie angielskiej wersji Ballady z wokalem Shachara Einatana, czuć było chęć lidera, by podkreślić „pieśniowy” charakter tego wydawnictwa. Przy okazji na pierwszy plan wyszedł jeszcze jeden, kluczowy aspekt – coraz większe zdolności Barańskiego jako kompozytora.
Tematy z No Return No Karma to niezwykle silne, zapadające w pamięć melodie, czerpiące garściami z wpływów starohinduskiej rytmiki oraz nowoczesnych myśli jazzowych. Co najważniejsze, są one tak sprytnie pomyślane, że pozwalają artystom płynnie rozwijać je nawet w najbardziej szalonych kierunkach, nie tracąc jednocześnie swojego charakteru. Kwartet Barańskiego (Michał Tokaj – piano, Shachar Einatan – gitara oraz Łukasz Żyta – perkusja) to zaś muzyczni magicy. Niezwykła elastyczność każdego z nich pozwoliła na przykład zamienić jazzową w zamyślę kompozycję Grochów Kibbutz w pokaz psychodelicznego, saharyjsko brzmiącego bluesa.
To niezwykle satysfakcjonujące uczucie, gdy ma się możliwość doświadczyć efektów czyjeś ciężkiej pracy i nieustannej chęci rozwoju. Pasja i duma Michała Barańskiego z albumu No Return No Karma były wyczuwalne zarówno w jego słowach, jak i w muzyce płynącej ze sceny Firleja. Dla takich chwil warto zarwać pół nocy.
Michael Mayo
Z postacią Michaela Mayo zapoznałam się jakiś czas temu przy okazji koncertu z serii Tiny Desk, który zgrał się z nominacjami dla artysty do dwóch nagród Grammy (Best Jazz Vocal Album i Best Jazz Performance). Album Fly (2024), doceniony przez gremium i szeroką publiczność, wybrzmiał także na tegorocznym Jazzie nad Odrą.
Szczery i ciepły Mayo wprowadzał bezpretensjonalny, lekki nastrój swym słonecznym wokalem. To muzyk energiczny, żartujący i aktywnie współgrający z widownią. Co ważne, współpartycypacja w występie pod jego wodzą nie budzi poczucia hierarchiczności ani dystansu.
Największym wyróżnikiem twórczości Amerykanina jest imponująca rozpiętość wokalna (i przepiękny błyszczący manicure). Śpiewając, stosował też swoją klasyczną metodę wielośladowych harmonii wokalnych, które w wybranych utworach zapętlał na tzw. loopie. Ale i tu współtworzenia nie zabrakło – Mayo najpierw objaśniał publiczności działanie loopa, a następnie, na żywo, nakładał na siebie wokale, tworząc wszystkie potrzebne ścieżki melodyczne poszczególnych utworów.
Wrocławski koncert Michaela Mayo udowodnił, że jest on artystą, który łączy jazz i pop-soul w sposób niezwykle przyjemny, a jednocześnie zapadający w pamięć dzięki inspirującej atmosferze.
Gonzalo Rubalcaba Trio
Są takie koncerty, które, mimo wysokich oczekiwań, i tak są w stanie je przebić. Takim wydarzeniem okazał się występ Gonzalo Rubalcaby (piano), Felipe Cabrery (bas) oraz Ernesto Simpsona (perkusja). Najlepszym podsumowaniem nastroju, jaki zapanował w Imparcie po prawie półtorej godziny gry niech będzie dwukrotny bis, którym uraczył słuchaczy lider składu.

Patrick Bartley
Nie tylko dla wrocławskiej publiczności było to wyjątkowe przeżycie. Rubalcaba i Cabrera wspólnie stawiali swoje pierwsze muzyczne kroki na Kubie, lecz po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych ich muzyczne drogi rozeszły się na ponad 30 lat. Sobotni koncert był dla nich okazją zarówno do wspomnień, jak i poznania się muzycznie na nowo.
Tegoroczna edycja Jazzu nad Odrą obfitowała w znakomitych pianistów. Żaden jednak nie mógł się nawet zbliżyć do poziomu Kubańczyka. Rubalcaba ma bowiem niezrównaną umiejętność kontroli własnej gry oraz całości kompozycji, jednocześnie prezentując swoje kosmiczne zdolności techniczne. Kreatywność w doborze akordów i melodii, wirtuozerska zabawa, wyciskająca łzy z oczy emocjonalność – ten koncert miał w sobie wszystko.
Pablo Held Trio
Po koncercie kwartetu Patricka Bartleya, jak i po jamach, prowadzonych przez skład Dominika Gawrońskiego, wiedziałem, że za koncerty podczas 62. edycji Jazzu nad Odrą odpowiadają nieziemsko sprawni muzycy. Poprzednie wydarzenia jednak trzymały się klasycznego jazzu. Czy to standardów, jak w przypadku Gawrońskiego, czy też silnej inspiracji nimi, jak w przypadku Bartleya.

Peter Erskine
Ku miłemu zaskoczeniu, sytuacja miała się zgoła inaczej w przypadku trio Pablo Helda. Ich gra była znacznie bardziej awangardowa, momentami wręcz eksperymentalna. O sile tego występu bez wątpienia stanowiła sekcja rytmiczna. Kontrabas Roberta Landfermanna wspaniale dogadywał się z perkusją Jonasa Burgwinkela, tworząc razem coś więcej, niż tło dla pianina lidera. Kompozycje były minimalistyczne i oszczędne. Nie brakowało im jednak nieokiełznanej ekspresji, objawiającej się najlepiej w solowych partiach perkusji.
Wg miejskiej legendy, Wynton Marsalis miał powiedzieć kiedyś Marianowi Ptasznikowi, iż:
Najpiękniejsza muzyka to muzyka ciszy, bo w ciszy słychać duszę, a jazz jest muzyką duszy.
Muzyka zaprezentowana przez Niemców podczas przedostatniego koncertu tegorocznej edycji Jazzu nad Odra jest idealnym dowodem na to, że powyższa sentencja ma wiele wspólnego z rzeczywistością.
Terence Blanchard & Ravi Coltrane – Miles / Coltrane Legacy
Setna rocznica urodzin dwóch z największych muzyków w historii jazzu – Milesa Davisa oraz Johna Coltrane’a – wymaga wyjątkowego świętowania. Dyrektor artystyczny festiwalu, Igor Pietraszewski, przyznał w trakcie zapowiedzi ostatniego koncertu imprezy, że organizatorzy przygotowywali się do tego wydarzenia od trzech lat. Efektem ich starań było zaproszenie do Wrocławia dwóch współczesnych znakomitości – Terence’a Blancharda oraz Raviego Coltrane’a.
Choć niedzielne wydarzenie nosiło tytuł Miles / Coltrane Legacy, to daleko mu było do typowego koncertu z coverami. Muzyka wybrzmiewająca w Imparcie była wyrazem szacunku i wpływu wspomnianych artystów na ich następców, jednak rzadko kiedy tematy oryginałów stanowiły centrum improwizacji. Był to popis współczesnej idei amerykańskiego jazzu, który łączy bluesowe dziedzictwo ze zdobyczami hip-hopu i muzyki popularnej.
Dominującym elementem koncertu była bombastyczna, nieustannie zmieniająca rytm gra perkusisty Oscara Seatona, podbijana przez rozciągnięte brzmienie gitary Charlesa Altury. Swingową duszę zapewniał pianista Gadi Lehavi, zaś elektryczny bas Davida Ginyarda sprowadzał kompozycje w funkowo-bujającą stronę. Blanchard był z kolej elementem spajającym te dwa kierunki. Jego styl to feeria przeciwieństw, gdzie ostre, przenikające duszę krzyki solówek przeplatają się z perfekcyjną melodyjnością tematów. Ravi Coltrane również znakomicie odnajdywał się w owym świecie kontrastów. Obserwowany z bliska, zdaje się być także niezwykle skupionym artystą. Choć pozwalał sobie na momenty uśmiechu, większość solowych partii pozostałych muzyków skupiał na szybkich próbach swoich fragmentów. Brzmienie jego saksofonu było miękkie i pełne duszy, on sam zaś misternie konstruował coraz bardziej porywające akordy.
Koncert Terence Blanchard & Ravi Coltrane – Miles / Coltrane Legacy był znakomitym zamknięciem 62. edycji festiwalu Jazz nad Odrą. Oddawał on bowiem znakomicie esencję jazzu: gatunku czerpiącego z tradycji, a jednocześnie patrzącego naprzód i wynagradzającego jak żaden inny kreatywność oraz osobowość jego twórców.
Jeśli wolicie posłuchać o naszych wrażeniach w akompaniamencie muzyki, pod spodem znajdziecie zapis audycji Na Wodach Jazzu z 26 kwietnia, którą prowadzili Michał Lach i Jan Gawroński:
Tekst: Michał Lach, Jan Gawroński & Alicja Serafin
Zdjęcia: Patrycja Bania & Maja Kołodziej