Czym wyróżnia się polska fantastyka? Czy warto ją czytać?
Nie da się oczywiście powiedzieć, że polska fantastyka jest zupełnie inna od reszty, nietknięta zagranicznymi wpływami i nadzwyczaj czysta gatunkowo. Ale z pewnością można powiedzieć, że jest wyjątkowa. Czy czytając jedną z wielu naprawdę dobrych lokalnych powieści tego gatunku poczuliście kiedyś… to coś? Ten specyficzny klimat, którego nie da się pomylić z niczym innym? Długo się nad tym zastanawiałam – czy rzeczywiście coś w tym jest, czy może to tylko moje wyobrażenie, chęć odróżnienia się na tle wciąż rosnącego, zdominowanego przez zagraniczne trendy rynku fantastyki. Doszłam jednak do niezbyt skromnego wniosku, że coś jednak jest.
Po pierwsze, charakterystyczna dla naszego narodu jest nie tyle sama nasza historia, co fakt, że tak bardzo lubimy o niej pisać. Chętnie mieszamy niechlubne okresy naszych dziejów ze współczesnością czy magią, ale nie o samo mieszanie tu chodzi. Niewiele krajów przetrwało coś tak trudnego i wpływowego jak PRL czy zabory – a jeszcze mniej potrafi z takim uporem wracać do tych doświadczeń w literaturze fantastycznej, przetwarzając je, rozwijając. W polskich powieściach magia właściwa fantastyce wkrada się w zimne blokowiska powojennej Warszawy albo na pańszczyźniane pola. Rak w Baśni o wężowym sercu osadza magię wprost na polskiej wsi końca XIX wieku, z całym jej zabobonem i biedą, a Dukaj w Lodzie buduje alternatywną historię, w której mistyczny ład wkracza w sam środek polityki i historii Polski pod zaborami. Godna polecenia w tej materii jest także antologia Inne Światy, pięknie prezentująca połączenie polskiej historii z science fiction.
Wiele fantastycznych polskich powieści dzieje się też na prowincji. Podoba nam się fakt, że zarówno wielkie przygody, jak i sama magia mogą występować nie tylko w stolicach i dużych miastach, ale równie dobrze – a może nawet chętniej – w miejscach, których nikt by o to nie podejrzewał. Pilipiuk w cyklu o Jakubie Wędrowyczu osadza swojego bohatera w małej wsi na Lubelszczyźnie, gdzie prowadzenie egzorcyzmów miesza się z dobrze smakującym bimbrem własnej roboty.
Lubimy też mieszać dziką naturę, szczególnie w czasach historycznych, z nowoczesną technologią. Ten zabieg – zestawienie prymitywnego, na wpół pogańskiego świata wsi z postępem i industrializacją – pojawia się u nas zaskakująco często i tworzy specyficzne napięcie. Dukaj w Lodzie zestawia zamarzniętą, dziką Syberię z kolejami, sterowcami i mechaniczną nowoczesnością początku XX wieku, a Grzędowicz w Panu Lodowego Ogrodu miesza pierwotną, brutalną naturę obcej planety z technologią rodem z twardego science fiction. I znów pozwolę sobie wtrącić Inne Światy wielu autorów. Nawet okładka może nam w tym przypadku dużo podpowiedzieć.
Kolejnym drobnym wyróżnikiem jest, moim zdaniem, szarość i amoralność obecna w naszych książkach. Nie mówię oczywiście, podobnie jak ze wszystkim w tym artykule, że w zagranicznych powieściach to się nie zdarza. Mówię tylko, że to akurat mocno zwróciło moją uwagę w polskich. Zło i dobro nie są tu jednoznaczne, a bohaterowie to najczęściej zwykli, pełni wad ludzie, którzy nie mają ambicji zostać żadnymi zbawcami świata. Nasza fantastyka pokazuje świat brudny, brzydki i niewłaściwy. I nie tylko fantastyka zresztą – znacie Krajewskiego? Jego kryminały osadzone w międzywojennym Wrocławiu czy Lwowie są pełne tej samej mętnej, moralnie niejednoznacznej atmosfery, którą odnajdziemy też u Sapkowskiego, gdzie Geralt z Rivii lawiruje między frakcjami, z których żadna nie jest naprawdę dobra, a każda ma swoje brudne interesy. To nadaje polskiemu heroic fantasy zupełnie innego wydźwięku.
Lubimy też pisać o religii, zastanawiać się nad jej znaczeniem, dywagować nad jej historią. Wiele krajów jest przecież chrześcijańskich, a jednak w tej polskiej wierze coś tkwi – jakiś specyficzny, ludowy rys, którego nie znajdziemy nigdzie indziej. Tu trzeba koniecznie wspomnieć Cykl Inkwizytorski Jacka Piekary, ale wątki religijne przewijają się też mocno u Grzędowicza. Chcę również zwrócić uwagę, podobnie jak jeden z autorów Innych Światów, na polski kult Matki Boskiej, poruszany czasem także w fantastyce – to element, który rzadko pojawia się w zachodnich odpowiednikach tego gatunku.
Częstym, choć nie wyłącznym zjawiskiem w polskiej fantasy jest zastępowanie patosu i nadmiernej powagi humorem oraz ironią. Nie chodzi przy tym o prostą ucieczkę od tematów trudnych, lecz raczej o charakterystyczny sposób oswajania ich poprzez dystans, autoironię i świadome podważanie konwencji. Zamiast budować świat przedstawiony wyłącznie na podniosłych tonach, polscy autorzy często pozwalają swoim bohaterom komentować rzeczywistość z przekorą, sarkazmem czy poczuciem absurdu. Pilipiuk w swoich powieściach chętnie igra z konwencjami fantasy i mitologią gatunku, Jakub Ćwiek buduje narrację wokół czarnego humoru i absurdu, a Milena Wójtowicz (publikująca również jako Kisiel) łączy elementy grozy i fantastyki z ironicznym dystansem. Podobną strategię wykorzystuje Marcin Mortka, który przez perspektywę swoich bohaterów przygląda się ludzkim przywarom, słabościom i absurdalności codziennych sytuacji, często właśnie poprzez ironię i humor. To właśnie to współistnienie fantastyki, ironii i codziennego, często przewrotnego spojrzenia na rzeczywistość można uznać za jeden z bardziej charakterystycznych rysów polskiej odmiany gatunku.
Muszę też krótko napomknąć o naszym polskim zamiłowaniu do wojskowości i walki. Nie chodzi mi tu o proste sceny bitewne, bo te w fantasy pojawiają się wszędzie, tylko o coś głębszego – o to, jak bardzo lubimy pisać o wojnie jako codzienności, o żołnierskim rzemiośle, o hierarchii, rozkazach i braterstwie broni, które w naszych książkach wybrzmiewają wyjątkowo autentycznie. Może to zresztą pokłosie tej samej fascynacji historią, o której już wspominałam. Opowieści z meekhańskiego pogranicza Roberta M. Wegnera są tego dość dobrym przykładem – cały ten cykl w gruncie rzeczy kręci się wokół żołnierzy, strażników pogranicza, taktyki i wojskowej rutyny. Można mówić w tym kontekście także o Wiedźminie czy Nie ma tego złego Marcina Mortki, gdzie wątek wojskowy i żołnierska mentalność bohaterów są chyba jeszcze bardziej wysunięte na pierwszy plan.
I oczywiście słowiański folklor, bo tym zdecydowanie możemy się poszczycić. Nie mówię tylko o Wiedźminie – takich książek jest naprawdę wiele. Katarzyna Berenika Miszczuk w Szeptusze buduje cały świat wokół szeptuch, uzdrowicielek i demonów zaczerpniętych wprost z ludowych wierzeń Podlasia, a Karolina Fedyk w Szeptach starych bogów sięga głębiej, do przedchrześcijańskich bóstw słowiańskich. Należy też dodać, że równie chętnie sięgamy do mitologii i kultur nordyckich i celtyckich – nie ograniczamy się wyłącznie do własnego podwórka. Odnosimy się też do polskich legend, jak ta o bazyliszku czy o Twardowskim, które od lat inspirują kolejnych twórców. W anglosaskim fantasy dominują za to elfy, krasnoludy, smoki oraz mitologia nordycka lub celtycka – u nas te elementy też się pojawiają, ale rzadko jako główny fundament świata, częściej jako dodatek do rodzimej, słowiańskiej podstawy.
Nie chcę w ten sposób, tym artykułem, przekreślać z czytelniczej listy zagranicznych książek. Wręcz przeciwnie – uważam je za niesamowite i sama chętnie po nie sięgam. Chodzi o to, żeby docenić też nasze polskie dzieła, które zbyt często giną w cieniu głośniejszych, zagranicznych tytułów. Jak to mówią: cudze chwalicie, a swego nie znacie. Albo inaczej – ciągnie swój do swego. Polecam sprawdzić i to nie tylko te znane pozycje, ale także wczytać się w nowości!
tekst: Paulina Haglauer
obrazy pochodzą z twórczości Jakuba Różalskiego