Omasta: Instrument jest po to, by coś na nim stworzyć
Polska scena jazzowa przeżywa w ostatnich latach niezwykły renesans. Zarówno zaprawieni w muzycznym boju wyjadacze pokroju Wojtka Mazolewskiego, jak i młode gwiazdy, takie jak Kosmonauci, pokazują coraz to nowe, ekscytujące twarze muzyki improwizowanej. Żaden skład nie narobił jednak w ciągu kilkudziesięciu ostatnich miesięcy tak wielkiego szumu, jak Omasta.
Z krakowską grupą rozmawialiśmy w Radiu LUZ niecałe dwa lata temu, gdy muzycy dopiero wypływali na szerokie wody. Choć mieli już wtedy na koncie współpracę z Peją podczas niezwykłego wydarzenia w klubie Paul’s Boutique, czy otwieranie polskiego przystanku trasy koncertowej Slum Village, to największe wyróżnienia były jeszcze przed nimi. Gdy w zeszłym roku gruchnęła informacja o ich udziale w najnowszym przedsięwzięciu legendarnego producenta Madliba, ciężko było sobie wyobrazić, co jeszcze bardziej ekscytującego czeka na „tłusty” zespół.
Pod koniec zeszłego roku ukazał się debiutancki album Omasty – Jazz Report From The Hood. Przyznam zupełnie szczerze – przez pierwsze miesiące po premierze tego materiału moje odczucia co do niego były raczej mieszane. Owszem, niepowstrzymana chwytliwość singla Kazimierz była też dla mnie jednym z highlightów 2025 roku, jednak mnogość znakomitych premier na polskiej scenie w tym okresie (o czym również mogliście przeczytać na stronie Radia LUZ) skutecznie przyćmił mi zalety „jazzowego raportu”. W tej płycie szczególnie brakowało mi miejsca na improwizację; szans na zatracenie się w szaleństwie nieznanego i kolektywne poszukiwanie powrotnej drogi do punktu wyjścia. Moje nastawienie zmieniła dopiero rozmowa, którą odbyłem z zespołem kilka miesięcy temu.
Już od pierwszych chwil w studiu z Antonim Blumhoffem (flet, saksofon sopranowy), Brunem Sikorskim (fortepian), Wojciechem Romanem (gitara basowa) i Nikodem Wikiełem (perkusja) (skład Omasty dopełnia nieobecny tego dnia w Luzowym studiu Paweł Kowalik na trąbce) pojąłem, że wszystkie moje zarzuty wobec Jazz Report From The Hood to efekt głęboko przemyślanej wizji zespołu. Każdy z członków formacji myśli bowiem o sobie w pierwszej kolejności jako kompozytorze, a dopiero później instrumentaliście. Co za tym idzie, debiutancki krążek Omasty miał przede wszystkim przekazywać emocje i osobowości jego twórców, a nie skupiać się na wirtuozerskich popisach.
Ludzie nie słuchają muzyki dlatego, że tam są dobre teksty, albo ktoś mega dobrze swinguje, albo ktoś w ogóle nie wiadomo co robi z harmonią jazzową, tylko ludzie szukają raczej motywów. My też generalnie wychodzimy z takiego założenia, że chcemy robić muzykę dla wszystkich, a ta muzyka wtedy musi rzeczywiście zawierać te motywy, które jakoś zapadną w pamięć. Myślę, że akurat w tym Jazz Report From The Hood jest bardzo dobre, to znaczy, że tam te motywy są takie, że po prostu jak raz ten numer poleci, no to idzie zapamiętać mniej więcej, co tam się w nim działo ~ Bruno Sikorski.
Silne postawienie na klimat i tematy, zamiast na złożoność kompozycji, przybliża krakowski zespół bardziej w stronę hip-hopu, niż jazzu. To bowiem ludzie, na których życiorysy co najmniej równie mocno jak synkopowane standardy wpłynęły opowieści ulicznych mistrzów pióra – zarówno polskich, jak i tych zza Atlantyku. To, co MCs oddawali w słowach, Omasta postanowiła jednak przekazać inaczej. Nakreślając temat poszczególnych singli, jak i całego krążka, za pomocą sugestywnych tytułów i wyrazistej szaty graficznej stworzyli przestrzeń dla odbiorcy do samodzielnego kształtowania miejskich historii.
{Utwór – przyp. red.} to jest tylko taki zarys historii, gdzie każdy słuchacz może sobie trochę to dopasować i jest tam przestrzeń na to, żeby zinterpretować to po swojemu i znaleźć sobie coś takiego, z czym można się utożsamić. ~ Wojciech Roman
Jazz Report From The Hood nie jest więc do końca „raportem” z osiedla, a raczej zbiorem uniwersalnych ulicznych opowiadań, gdzie szczegóły zależą od wrażliwości danego słuchacza. Dodatkowo, gdy przestanie się go postrzegać jako stricte jazzowy projekt, pozwala on w pełni nacieszyć się swoim dopracowaniem oraz charakterem każdej kompozycji. A co do moich wcześniejszych zarzutów o małą ilość swobody i improwizacji w muzyce grupy, mam jedną rekomendację – posłuchajcie ich na żywo.
W upalny piątek pod koniec czerwca w beach barze koło pętli tramwajowej Klecina grupa zaprezentowała zarówno materiał z debiutanckiego krążka, jak i z nadchodzącej płyty Hits Different. Z tego wydarzenia najbardziej zapadły mi w pamięć dwa aspekty koncertowego sznytu Omasty. Po pierwsze, piosenkowe wręcz formy albumowe zamieniły się w rozciągnięte, swobodnie ewoluujące pejzaże. Po drugie, podkręcanie debiutowego materiału, jak i kompozycji z drugiej płyty, odbywało się głównie poprzez (bardzo) intensywne modulacje klawiszy przez Sikorskiego oraz dęciaków, szczególnie przez Kowalika (trąbka). Napiszę krótko – brzmiało to znakomicie.
Omasta zapowiedziała wspomniany wyżej, drugi album Hits Different, jako „debiut na sterydach”. Będzie to więc, według ich słów, kontynuacja drogi obranej na Jazz Report From The Hood, jednak prowadząca przez boczną, nieco mroczniejszą i bardziej intensywną ścieżkę. Te obietnice potwierdzają wypuszczone dotychczas single, w których czuć pewne rozluźnienie formuły przy jednoczesnym zachowaniu siły głównych tematów. Całość usłyszymy już w ten piątek, 16.10. Save the date.
Rozmowę z zespołem Omasta znajdziecie poniżej:
Michał Lach