Alessandro D’Avenia „Biała jak mleko, czerwona jak krew” (Justyna Surma)
Alessandro D'Avenia „Biała jak mleko, czerwona jak krew”
wyd. Znak
Justyna Surma
„Biała jak mleko, czerwona jak krew”. Kolejne love story, motyw wyświechtany zarówno we współczesnej kinematografii jak i literaturze. Fabuła książki Alessandro D'Avenia także realizuje powszechnie znany, banalny schemat. To historia młodzieńczych zalotów, nastoletniego zauroczenia, które zostaje wystawione na ciężką próbę.
16 – letni Leo, to typowy włoski nastolatek. Do jego ulubionych zajęć należą gra z kumplami w piłkę nożną, słuchanie głośnej muzyki i jazda po mieście na skuterze. Szkołę traktuje oczywiście jako zło konieczne. Jedynym powodem, dla którego w ogóle się tam pojawia, zdaje się być Beatrice, rudowłosa piękność, w której chłopiec potajemnie się podkochuje. Wszystko nagle się komplikuje, gdy okazuje się, że dziewczyna jest chora na białaczkę.
Prosta historia, opisana prostym językiem, naszpikowanym młodzieżowym slangiem. Może właśnie dlatego stanowi świetny uniwersalny obraz współczesnej młodzieży? Może dlatego czułam pewną niechęć przewracając kolejne strony książki? Bo jak tu pałać sympatią do kogoś, kto twierdzi, że ma steki planów i marzeń a w rzeczywistości nie realizuje żadnego z nich? Jego świat kręci się wokół komputera i elektronicznych dóbr, od których jest uzależniony. Nie stać go nawet na odrobinę głębszej refleksji nad własnym życiem. Boi się tego, tak jak ciszy i przebywania w samotności, czyli momentów kiedy pustka, która go otacza stałaby się jeszcze wyraźniejsza. Smutny obraz powierzchowności dzisiejszych młodych ludzi. Uczą się nie dlatego, że fascynuje ich otaczający świat, lecz by przejść do następnej klasy. Większość rzeczy robią bo muszą, nie dlatego, że naprawdę chcą, a swoje ewentualne porażki tłumaczą słabym DNA. Dopiero gasnące spojrzenie umierającej dziewczyny uświadamia Leo, że ma wszystko to, co ona właśnie traci: rodzinę, przyjaźń, szkołę taniec, miłość, nadzieję, przyszłość, a nawet włosy…I nie wie co z tym zrobić.
Kolejną kalką obecną w tej powieści jest motyw młodego nauczyciela-przewodnika, stosującego niekonwencjonalne metody nauczania. To już było, w filmie „Stowarzyszenie umarłych poetów. Z tą różnicą jednak, że przypowieści Naiwniaka – bo tak nazywają go uczniowie – to w większości oczywiste prawdy, ocierające się niemalże o frazes. Nie przekonają mnie tu argumenty, że przecież to książka dla nastolatków i ten prosty przekaz jest jak najbardziej na miejscu. Od tego są amerykańskie poradniki w stylu ”jak żyć by, być szczęśliwym”. W powieści powinno się znaleźć coś więcej. Nie wiem, może to sposób, w jaki autor próbuje maskować swój niewystarczający warsztat pisarski?
Jedyne momenty, kiedy nie mogłam się nie uśmiechnąć czytając tę książkę, to „rozmowy” głównego bohatera z jego czworonożnym pupilem, jamnikiem o imieniu Terminator. Ciekawym pomysłem jest także podejście do kolorów. Świat emocji Leo, to świat opisany przez barwy: biel, błękit i czerwień.
Czy warto tę książkę przeczytać? Wahałam się chwilę przed ostateczną oceną. Z jednej strony wydaje mi się, że powszechna dziś magdonaldyzacja kultury, z jaką młody człowiek styka się na co dzień w telewizji, radiu lub gazetach jest już wystarczająca. Z drugiej strony zaś odnoszę wrażenie, że dla czytelnika, który w postaci Leo zobaczy swoje lustrzane odbicie, ta narracja może stać się wystarczającym bodźcem do zmiany własnego życia.