Archive
Od dymnego trip-hopu lat dziewięćdziesiątych po własny, monumentalny język muzyczny. Brytyjski kolektyw Archive powraca z trzynastym studyjnym albumem, udowadniając, że w świecie szybkich hitów i algorytmów wciąż jest miejsce na epickie narracje. Sprawdzamy, jak Glass Minds wpisuje się w historię zespołu, który w Polsce zyskał status niemal religijny, i dlaczego ich nowej twórczości trzeba pozwolić „pogryźć się” z naszymi oczekiwaniami.
Od trip-hopu do własnego języka muzycznego
Historia Archive zaczyna się w połowie lat dziewięćdziesiątych w Londynie. Darius Keeler i Danny Griffiths zakładają projekt, który początkowo wyrasta z estetyki trip–hopu – brzmienia powolnego, ciężkiego, kojarzącego się z deszczowymi nocami i atmosfery miejskiej melancholii.
Debiutanckie Londinium z 1996 roku doskonale wpisuje się w te klimaty i, moim zdaniem, można wymienić je obok takich legendarnych albumów jak Dummy Portishead czy Mezzanine Massive Attack. Już na tej płycie można było jednak wyczuć coś więcej niż tylko fascynację modnym wówczas stylem. Archive nie traktowali trip–hopu jak gatunku, lecz jak punkt wyjścia.
W kolejnych latach ich muzyka zaczęła zmieniać kierunek. Pojawiało się coraz więcej gitar i bardziej rozbudowane aranżacje. Z czasem zespół wypracował własny język muzyczny. To brzmienie trudno zamknąć pod jedną etykietą. Jest w nim rock alternatywny, elektronika, momentami coś z muzyki filmowej, a przede wszystkim charakterystyczna dla Archive powolna dramaturgia.
Ich utwory rzadko spieszą się z opowiedzeniem historii. Zamiast refrenów pojawiają się napięcia, które narastają powoli, niemal niezauważalnie. Specyfiką zespołu od początku była też jego płynna forma. Archive funkcjonują raczej jak kolektyw niż klasyczny zespół. W kolejnych latach przez projekt przewijało się wielu wokalistów i wokalistek, a każde z nich wnosiło do tej muzyki inny odcień emocji.
Utwór, który w Polsce urósł do legendy
Dla wielu polskich słuchaczy najważniejszym momentem w historii zespołu pozostaje album You All Look the Same to Me z 2002 roku. To właśnie na nim znalazł się utwór Again. Szesnaście minut muzyki, która rozwija się powoli, jakby z każdą kolejną minutą nabierała powietrza, aby na końcu emocjonalnie wykrzyczeć zżerające ją emocje.
Najpierw pojawia się cisza i delikatny motyw. Potem napięcie zaczyna rosnąć. Instrumenty gęstnieją, emocje narastają, aż w końcu utwór eksploduje gitarowym finałem. Dla mnie to jedna z kompozycji, których nie potrafię słuchać, nie odczuwając emocji. Utwór został tak doskonale skomponowany, że aż mi przykro, iż w radiu zwykle prezentuje się wersję będącą jedynie fragmentem z ponad 16 minut.
W Polsce Again zyskało status niemal kultowy. Przez lata utwór był regularnie emitowany w Programie Trzecim Polskiego Radia i wielokrotnie pojawiał się bardzo wysoko w plebiscycie Top Wszech Czasów. To ciekawy przypadek, gdy radiowa publiczność tak mocno wpisuje się w historię zespołu.
Glass Minds – spokojna kontynuacja własnej drogi
Nowy album Archive, Glass Minds, nie próbuje tej historii rewolucjonizować. I być może właśnie w tym tkwi jego największa siła. Trzynasty studyjny album londyńskiego kolektywu przynosi ponad godzinę muzyki rozpisanej na dwanaście kompozycji.
Dla zespołu to format niemal naturalny. Archive od lat budują swoje utwory jak długie narracje – zaczynają od prostych dźwięków, które z czasem obrastają kolejnymi warstwami. Na Glass Minds słychać tę metodę szczególnie wyraźnie. Wiele kompozycji rozpoczyna się skromnie – pojedynczym motywem syntezatora, spokojnym pulsem rytmu, cichym wokalem. Dopiero z czasem muzyka zaczyna się rozrastać.
Pojawiają się kolejne instrumenty, przestrzeń gęstnieje, a utwory nabierają ciężaru. Archive nie próbują tu szokować ani zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji. W City Walls melancholia utrzymuje się przez cały czas trwania utworu, jakby zespół świadomie rezygnował z klasycznego rockowego finału. Z kolei When You’re This Down buduje napięcie na cięższym, pulsującym rytmie.

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook
Jednym z ciekawszych momentów albumu jest kompozycja Patterns. To właśnie od niej rozpoczął się proces powstawania płyty. Jej minimalistyczna struktura przywołuje skojarzenia z wczesnym okresem działalności zespołu i z atmosferą debiutanckiego Londinium.
Na płycie dobrze słychać także charakterystyczną dla Archive równowagę wokalną. Pojawiają się tu znani z wcześniejszych wydawnictw Dave Pen i Pollard Berrier, a także Lisa Mottram. Jej delikatny, nieco słodki, niemal eteryczny głos często stapia się z elektroniczną fakturą muzyki. Wokal nie próbuje dominować nad aranżacją. Staje się raczej jednym z elementów większego pejzażu dźwiękowego.
Nie brakuje też momentów bardziej bezpośrednich. Singiel Look At Us przynosi wyraźniejszy gitarowy riff i bardziej dynamiczny rytm. Zespół pokazuje tu nieco ostrzejsze oblicze, choć nawet w takich momentach nie rezygnuje z charakterystycznej atmosfery napięcia.
Wśród dłuższych kompozycji wyróżnia się również So Far From Losing You. Utwór rozwija się powoli, łącząc klasyczny wokal z bardziej rytmiczną narracją i rozbudowaną strukturą. Z kolei Wake Up Strange wprowadza bardziej elektroniczny puls i pokazuje, że Archive wciąż potrafią subtelnie przesuwać granice własnego brzmienia.
Całość sprawia wrażenie albumu bardzo spójnego, który wpisuje się w dotychczasową stylistykę. Skupia się na tym, co Archive robią najlepiej: powolnym budowaniu napięcia, wielowarstwowych aranżacjach i melancholijnej atmosferze, która unosi się nad całą płytą.
Single z tego albumu, a więc Look At Us, Wake Up Strange, City Walls i Patterns nie wzbudzały mojego entuzjazmu. Pierwszy odsłuch całej płyty również nie wywołał wielkich emocji, może nawet przeciwnie – rozczarował. Prawdopodobnie przez moje duże oczekiwania, które zbudowane były przez ostatnie słabe wydawnictwa. Jednak z każdym kolejnym odtworzeniem potwierdziła się moja teza – Archive to zespół, który zyskuje dzięki cierpliwości. Wiele zyskałem dzięki temu, że pozwoliłem ich twórczości powoli, z każdym kolejnym odtworzeniem, zdobywać miejsce w mojej głowie i sercu.
Trzy dekady konsekwencji

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook
Najciekawsze w historii Archive jest to, że przez prawie trzydzieści lat działalności zespół nigdy nie próbował ścigać się z trendami. Ich muzyka rozwijała się własnym tempem, zwykle wbrew logice rynku i radiowych formatów.
Glass Minds nie jest płytą, która zmieni historię zespołu. Nie jest też albumem wybitnym ani przełomowym. Ale jest czymś może nawet ważniejszym – kolejnym dowodem na talent, stabilność w tworzeniu muzyki, w której Archive czują się najlepiej. Po trzech dekadach działalności to wciąż zespół, który potrafi budować atmosferę z konsekwencją rzadko spotykaną w dzisiejszej muzyce. I właśnie dlatego ich płyty wciąż znajdują słuchaczy.
Piotr Sekuła