By Storm – Dead Weight
Dekonstrukcja ludzkich emocji ukryta w muzycznym dysonansie. Injury Reserve oficjalnie zakończyło działalność w 2021 po albumie By The Time I Get To Phoenix, który dokończono po śmierci Jordana Groggsa, jednego z członków grupy. By Storm to osobliwy hołd złożony zmarłemu muzykowi przez jego długoletnich muzycznych wspólników – RiTchiego i Parkera. W tym tygodniu w paśmie Mocograjów wyróżniamy utwór Dead Weight z debiutanckiego albumu duetu By Storm.
Arizoński skład przez lata dbał o nietuzinkowość swoich projektów, szukając swojej niszy w balansie eksperymentu z chwytliwością. Wraz z albumem Injury Reserve z 2019 roku, grupa osiągnęła szczyt w konwencji rapowo-eksperymentalnej, co widać przede wszystkim w popularności niektórych utworów z tego krążka. Rok później w wieku 32 lat odszedł Jordan Groggs, charyzmatyczna siła całego trio. Przed śmiercią zdążył on jednak nagrać zwrotki na płytę By The Time I Get To Phoenix, która pierwotnie miała zostać zadedykowana zmarłemu ojcu RiTchiego. Po miesiącach kontemplacji podjęto decyzję o dokończeniu albumu, lecz wraz z jego premierą zakończono również działalność Injury Reserve. Płyta odbiła się szerokim echem w rapowym środowisku dzięki unikatowej produkcji i monumentalnej poetyckości tekstów. Wbrew hiphopowym standardom, RiTchie opuszcza muzyczną gardę i traktuje linijki jak medium, przez które może porozumieć się ze swoim zmarłym przyjacielem. Ta wszechobecna histeria i chaos oraz przeszywający smutek to emocjonalny nokaut, który z pewnością nie jest dla każdego. Jednak z pewnością można stwierdzić, że jest to muzyczne opus magnum całego projektu.
Trudno nie usłyszeć, że My Ghosts Go Ghost to rozwój pomysłów z ostatniej płyty Injury Reserve. Polirytmia, delay, krzywy autotune – widać, że panowie mieli zamysł na to, w jakim kierunku chcą poprowadzić swoją współpracę. Nie słychać również jakby był to zbitek niedomkniętych kompozycji, które przez lata zalegały na dysku. Na MGGG, Parker niejednokrotnie osiąga produkcyjne katharsis poprzez powolną budowę poszczególnych elementów. Kompozycyjne napięcie rozwija RiTchie, który w teatralny sposób bawi się wokalem i ponownie udowadnia swój niezaprzeczalny dryg przy doborze słów. Jest to materiał stosunkowo ciężkostrawny, lecz wciąż niezmiernie zaskakujący.
Jędrzej Śmiałowski