Carla dal Forno – Under the Covers
Wszyscy entuzjaści marzycielskiego popu z pogranicza eksperymentu, nierzadko tworzonego przez artystki z zapleczem akademickim, już od dawna patrzą z utęsknieniem w stronę Skandynawii. Erika de Casier, Molina, ML Buch, Fine, snuggle, Astrid Sonne… – jeszcze długo tak można. I mimo że hype, tak rozpowszechniony w niektórych odmętach Internetu, już trochę opadł, to nie bez wątpienia wyznaczają one standardy w brzmieniu, które można ohashtagować jako #electronic #experimental #dream pop #indie pop. Kto by pomyślał, że w tym samym czasie niegorsza kontynuacja tego charakterystycznego brzmienia dzieje się po przeciwnej stronie planety.
Australijka Carla dal Forno robi muzykę prawie całe swoje życie. Skacząc między Berlinem i Londynem, zdążyła współtworzyć dwa zespoły, zdobyć stopień na uczelni artystycznej i na dobre zadomowić się w stacji radiowej NTS, znanej z wyłapywania interesujących sylwetek – zarówno jeśli chodzi o muzykę, którą polecają, jak i o muzykę, którą tworzą. W zeszłym tygodniu wydała album Confessions, kolejny solowy krażek w karierze. Jeśli Carla, robiąc pop, inspiruje się post-punkiem i dubem, to Confessions umyka w bardziej dubowe rejestry. To z niego pochodzi singiel Under the Covers, swobodna i beztroska próbka jej twórczości.
Przechodząc przez pasy, jadąc samochodem, jedząc zimną owsiankę na śniadanie – uwielbiam takie utwory, które łapią w prozaicznej życiowej sytuacji i przypominają o czymś większym. I nie mam tu na myśli tekstu piosenki, nie, bo to byłoby zbyt proste. W przypadku singla Carli moc odkopania głęboko skrywanej wrażliwości kryje się w jego koronkowej strukturze, prostej jak kołysanka, wzruszającej… też jak kołysanka. Oboje mamy szczęście/bo niewiele się zmienia/I tego właśnie chcemy serwuje spokój ducha wynikający z intymności i czułości, z jaką Australijka wyszeptuje swoje słowa. Under the Covers opowiada o relacji, niekoniecznie romantycznej, ale z pewnością bardzo bliskiej i bezpiecznej.
Zuzanna Pawlak