Irlandia na OFF festiwalu – koncertowe wydanie grupy Madra Salach
Folklor jest coraz bardziej pożądany, a jego wpływy są widoczne nie tylko w literaturze, np. w Chłopkach czy ich ,,malarskich” ekranizacjach. Jego odzwierciedlenie mogliśmy zobaczyć również w Dolinie Trzech Stawów. Tegoroczne zestawienie irlandzkich zespołów pokazało Zieloną Wyspę jako miejsce zasilane energią wiatru i wprawiło w ruch widownię całego namiotu sceny eksperymentalnej.
Bez wątpienia, Madra Salach było najlepszym koncertem całej sceny irlandzkiej, a może nawet festiwalowej? Usłyszeliśmy trzy utwory z jedynej na razie płyty tego zespołu, It’s a Hell of an Age: Blue & Gold, I Was Just a Boy oraz The Man Who Seeks Pleasure, wieńczący koncert mocno-gorzkim przytupem. Paul Banks, frontman zespołu zaskoczył nie tylko otwartością (w szczególności w kontekście miłości do polskich piw), ale także tym, jak pomimo statycznej formy grania całego zespołu potrafił ożywić publikę swoim wokalem. Jego głos mogliśmy usłyszeć w zupełnie nowej jakości, odmiennej od tej, którą znamy z platform streamingowych. Ten sześcioosobowy zespół z Dublina łączy folk z brzmieniem syntezatorów, utrzymując łagodność i szczerość. Jest aktualnie jednym z najbardziej obiecujących zespołów na scenie irlandzkiej.

Drugiego dnia festiwalu scenę eksperymentalną otworzył zespół M(H)AOL, który już swoją nazwą potwierdza tożsamość i podaje dłoń królowej irlandzkiego feminizmu, ,,Pirackiej Królowej”, Gráinne Mhaol. Ważnym elementem ich twórczości jest język gaelicki, którym uwypuklają swoją tożsamość, a wojowniczy charakter zespołu częściowo buduje wokal, chociaż według mnie to dzięki niemu folk spotyka alternatywę. Ten dubliński zespół pokazał, że płyta Something Soft z 2025 roku, będzie przekraczać więcej niż jedną granicę i chociaż osobiste wyznania na scenie nie są największym atutem ich koncertów, to muzyka się broni i stanowi dobre preludium do kolejnych wystąpień.
Siła Irlandii bierze się nie tylko ze wsi, ale też z miasta, a zespół Chalk potwierdził, że historia Belfastu jest nie tylko skomplikowana, ale niesie za sobą dużo klubowego ciężkiego brzmienia, a industrialny hałas, to tylko część ich buntowniczego charakteru. To zdecydowanie, tuż obok ikonicznego Segi Bodegi, najbardziej nowoczesne spojrzenie na irlandzkie wpływy. Kontrastuje ono z The Mary Wallopers, wyrastającymi z tradycyjnego irlandzkiego folku. Ich koncert, wypełniony pieśniami i balladami w nowoczesnym wydaniu, pozwala na eksport współczesności do tradycji. Można powiedzieć, że to „muzyka na wypas owiec”, ale na ich koncertach warto być i warto skakać, nie tylko w irlandzkim stylu.
Po zeszłorocznym triumfie Kneecap i Fontaines D.C. wyspiarski nurt buntowniczej muzyki jest nadal mocno widoczny na OFF Festiwalu. Mam nadzieję, że to nie ostatnia edycja z folkowym sznytem.
tekst: Zuza Mruk, red. Dominika Kubat
fot. materiały prasowe