Jak robią to słowacy? Relacja z Pohoda festiwal
33 tysiące osób, trzy dni i prawie 30 stopni. Tak wyglądała jubileuszowa, 30. edycja Pohody. To muzyczny festiwal, który zachwyca nie tylko line-upem, ale przede wszystkim organizacją i atmosferą. Po kilku dniach spędzonych na jego terenie trudno nie odnieść wrażenia, że wiele europejskich festiwali mogłoby się od niego uczyć.
Żyjemy całą dobę
Pohoda co roku odbywa się na lotnisku w Trenczynie i standardowo trwa trzy dni. Z okazji 30. urodzin organizatorzy postanowili jednak dorzucić uczestnikom prezent w postaci dodatkowego dnia, którego gwiazdą był zespół The Cure.
Cały teren festiwalu rozciąga się na płycie lotniska. Po obu stronach znajdują się pola namiotowe, a pomiędzy nimi aż 14 scen. I nie jest to wyłącznie muzyka. Obok największych wykonawców można trafić na scenę literacką, panele dyskusyjne poświęcone polityce czy sztuce, bitwy taneczne, a nawet przestrzeń przygotowaną specjalnie dla dzieci.

foto: Naďa Koščíková-Para
Najciekawsze jest jednak to, jak Pohoda zmienia się w ciągu dnia. Rano między scenami spacerują rodziny z dziećmi, ludzie z kawą w ręku i ci, którzy próbują uciec z rozgrzanych namiotów. Spokojniejsze koncerty, a festiwal ma w sobie coś z pikniku. Z łatwością odnajdą się najmłodsi uczestnicy, fani gitarowego grania, miłośnicy elektroniki czy osoby, które po prostu chcą przez kilka dni pobyć w świetnie zorganizowanej festiwalowej przestrzeni.
Wieczorem wszystko nabiera tempa. Tłum gęstnieje, pod scenami robi się coraz ciaśniej, a po północy lotnisko przejmuje elektronika. I tak właściwie aż do szóstej rano, by znowu zacząć od 9. Nie sposób obejrzeć wszystkiego, co proponuje nam festiwal, ale trzeba pamiętać, że i tak rano obudzą nas palące promienie słońca. Nie pozostaje nic innego, jak mało spać i dużo słuchać.
Dopięci na ostatni guzik
To zdecydowanie najlepiej zorganizowany festiwal, na jakim do tej pory byłam. I nie chodzi wyłącznie o czystość terenu, chociaż ta również robi ogromne wrażenie.
Największą różnicę robią drobiazgi. Darmowe żele i szampony pod prysznic, wolontariusze stojący pod największymi scenami, którzy przez cały koncert podają wodę osobom znajdującym się pod barierkami. Odpowiednia liczba toalet i foodtrucków, dzięki czemu nawet w porze obiadowej nie stoi się godzinę po jedzenie. Zwykle zamyka się to w dwudziestu minutach.
Bardzo dobrze działa też sama przestrzeń. Ludzi jest dużo, tłok jest odczuwalny, ale nadal można komfortowo przejść z jednego koncertu na drugi, wejść i wyjść przez bramy czy po prostu znaleźć miejsce dla siebie. A to wcale nie jest takie oczywiste – na niektórych festiwalach po kilku godzinach człowiek ma wrażenie, że poruszanie się po terenie to kolejna konkurencja sportowa.
Na terenie Pohody znajduje się również mały sklep i warzywniak. I może brzmi to trochę absurdalnie, ale właśnie takie rzeczy są genialne. Kończą się zapasy? Zapomnieliśmy czegoś kupić? Festiwal wychodzi nam naprzeciw.
W cenie biletu otrzymujemy również pole namiotowe. Dodatkowo płatny jest parking, ale można z niego całkowicie zrezygnować i skorzystać z darmowych autobusów kursujących między centrum Trenczyna a festiwalem. I jeszcze jedna niespodzianka. Cena biletu na Pohodę wcale nie należy do wygórowanych, a powiedziałabym nawet, że przy tym standardzie organizacji wypada bardzo korzystnie. Ba! jest tańszy od polskich festiwali, które trwają tyle samo dni.
Nie samą muzyką żyje człowiek

Foto: Oleksandra Sherhina
Paradoksalnie, na festiwalu muzycznym czasem po prostu trzeba odpocząć od koncertów. Na szczęście jest gdzie.
Przez cały teren festiwalu ciągnie się rozbudowana strefa gastronomiczna z mnóstwem miejsc, gdzie można usiąść na trawie, złapać oddech, a kilka kroków dalej działa scena literacka z panelami dyskusyjnymi. Jeśli komuś nadal mało atrakcji, może przejechać się diabelskim młynem albo wskoczyć na wrotki.
Jest też propozycja dla tych, którzy lubią nieco mocniejsze wrażenia, czyli 40-metrowy „młot” stawiający na nogi. Powiedziałabym nawet, że pobudza lepiej niż kawa. Dla mnie sześć minut na tej karuzeli było najlepszym sposobem na nocne zmęczenie i zastrzykiem energii na kolejne kilka godzin koncertów. Nie sposób nie wspomnieć także o jedzeniu. Oprócz klasycznych foodtrucków z kuchnią z różnych stron świata można było spróbować słowackich przysmaków. Najczęściej zatrzymywałam się właśnie przy regionalnych plackach ziemniaczanych i… Kofoli z kranu. Niby drobiazg, a jednak prawdziwy ratunek na upalne dni połączone z niewyspaniem i odwodnieniem. Mam też nieodparte wrażenie, że Słowacy lubią swoją regionalną kuchnię i chcą się nią dzielić. Na polskim festiwalu nigdy nie widziałam kilogramowego schabowego, młodych ziemniaczków czy bigosu, a szkoda.
Line up
Tegoroczny line-up mocno reprezentowała Wielka Brytania. Na Pohodzie zagrali między innymi Maruja, IDLES, Fat Dog, Emma-Jean Thackray, a wśród największych gwiazd znaleźli się The Prodigy, The Cure i Gorillaz.

Foto: Adam Zvolenský
Równie ciekawie prezentowała się słowacka scena muzyczna. Wystarczyło zajrzeć na scenę Garaż, żeby przekonać się, jak mocno zakorzeniony jest tam punk. Grali zarówno doświadczeni muzycy obecni na scenie od ponad dwóch dekad, jak i młode zespoły dopiero budujące swoją pozycję. Jeśli po czymś można poznać muzyczne serce Słowacji, to właśnie po tej scenie.
Nie zabrakło również folku, szczególnie tego nawiązującego do słowiańskich tradycji, rapu, popu, funku czy nawet muzyki filmowej. Dzięki temu line-up był naprawdę różnorodny i pozwalał przeskakiwać między zupełnie różnymi gatunkami. Nocą stery przejmowała już elektronika. Organizatorzy bardzo sprytnie rozłożyli program, ponieważ piątek należał głównie do techno, sobota do drum and bassu. Dzięki temu można było usłyszeć zarówno artystów, którzy od lat wyznaczają kierunek tym gatunkom, jak i tych dopiero szukających własnego brzmienia.
Koncerty, które zapamiętam
The Prodigy
To taki zespół, którego słuchałam w kółko jeszcze w czasach gimnazjum. Dla mnie to prawdziwa legenda elektroniki i jedno z najlepszych połączeń tego gatunku z energią punku. Byłam bardzo ciekawa, jak poradzą sobie po tylu latach grania, po swoim największym okresie świetności i niestety już bez charyzmatycznego wokalisty Keitha Flinta. Nie zawiedli.
Dalej potrafią rozruszać tłum i zrobić koncert na naprawdę najwyższym poziomie, bez zbędnego gadania, za to z ogromną energią. Miałam wrażenie, jakby czas trochę się dla nich zatrzymał. Domyślam się, że nie był to już ten sam żywioł co w latach 90. jednak dalej warty poskakania w pogo przez ponad godzinę. Dla osób bardziej statycznych również znalazło się miejsce na trybunach, gdzie można było spokojnie patrzeć z oddali, ale dalej wyraźnie na scenografię i ostre wizualizacje lub wśród ludzi krzyczących wers „I’ll take your brains to another dimension”.
Hildur Guðnadóttir

Foto: Ctibor Bachraty
Na drugim biegunie festiwalowych emocji znalazła się Hildur Guðnadóttir. Islandzka kompozytorka i wiolonczelistka, autorka muzyki między innymi do filmu Joker i serialu Czarnobyl.
Na ten koncert czekałam chyba najbardziej, ale jednocześnie trochę się go obawiałam. Zastanawiałam się, jak tak delikatna, filmowa muzyka odnajdzie się na festiwalowej scenie, gdzie chwilę później albo wcześniej potrafi wybrzmieć zupełnie inny rodzaj energii.
Hildur wystąpiła z orkiestrą na jednej z mniejszych, zadaszonych scen i był to jeden z najbardziej magicznych momentów całej Pohody. Przez chwilę można było całkowicie odciąć się od festiwalowego chaosu i po prostu zanurzyć w muzyce. Było to coś zupełnie innego niż reszta line-upu i właśnie dlatego tak dobrze zadziałało.
Niestety, w najcichszych momentach koncertu słychać było dźwięki dochodzące z głównej sceny, co trochę wybijało z klimatu. Myślę, że Hildur zdecydowanie lepiej wybrzmiałaby w sali koncertowej albo na scenie przygotowanej specjalnie pod muzykę klasyczną, gdzie można byłoby w pełni docenić tę przestrzeń i subtelność jej kompozycji. Mimo tego bardzo się cieszę, że organizatorzy zdecydowali się właśnie na nią. To był odważny wybór i świetny kontrast dla reszty programu. Pomimo tych drobnych niedociągnięć koncert i tak zostanie ze mną na długo.
Dj sety

Foto: Jakub Dolezal
Moje serce w piątek skradł eksperymentalny Iglooghost, a w sobotę drum&bassowa Sherelle. Szczerze mówiąc, wobec Iglooghosta nie miałam praktycznie żadnych oczekiwań, a bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jego występ był kompletnie poplątany rytmicznie, niedający prostych odpowiedzi jak poruszać się na parkiecie. Napięcie budował teksturą dźwięków i co chwilę zaskakiwał czymś nowym. Czasami atakował ścianą dźwięku albo sygnałem o wysokich częstotliwościach, dla niektórych zapewne uznawanym za lekką przesadę. Nie był to set miły i przyjemny, a raczej dziwnie wciągający w swoją nieprzewidywalność. We wrocławskim żargonie powiedzielibyśmy „klub zdekonstruowany”. Zdecydowanie jeden z bardziej eksperymentalnych występów na całym festiwalu, a jednocześnie jeden z tych, które najbardziej zapadły mi w pamięć.
Sherelle to z kolei prawdziwa eksplozja energii. Drum and bass, jungle i footwork połączone w dwugodzinną imprezę, która utrzymuje się w tempie 160 BPM. DJ-ka poprowadziła swój set bardzo konsekwentnie i w sposób przemyślany, zaczynając od klasycznego drum and bassu, kończąc na swoich charakterystycznych footworkowych beatach. Wszystko dopełniały wizualizacje przypominające lipcowy wieczór w klubie i tłum, który aktywnie reagował i bawił się jak na prawdziwej domówce.
tekst: Jadwiga Lazar
red. Paulina Haglauer