Jazzowe podsumowanie 2025
Selekcja najlepszych jazzowych albumów 2025 według Radia LUZ
Paulina Przybysz – Insides
Słuchanie Insides to satysfakcjonujące doświadczenie klasyki podobnej do już nieaktualnego zwyczaju zajadania się salted peanuts. Orzeszki w klubach muzycznych były bowiem nieodłącznym zwyczajem poprzedniego wieku. Słuchano jamu, a miski ze smakołykami stały na ladach i wszyscy po kolei wsadzali w nie palce. W tę retro ideę idealnie wpasowują się covery zawarte na Insides.
Choć zazwyczaj nie wyróżniamy utworów, których koncepcja jest wtórna, tak w przypadku muzyki jazzowej jest zupełnie inaczej. Na tym założeniu opierał się początek poprzedniego stulecia jazzu – nie chodziło o oryginalność samego materiału, lecz o sposób jego interpretacji i improwizacji. Paulina Przybysz weszła właśnie w tę koncepcję, wybierając standardy, które ukształtowały ją jako artystkę. W trakcie premierowych koncertów opowiadała o lekcjach śpiewu jazzowego, nowym rozwoju i emocjach, które towarzyszyły temu odkrywaniu. Słuchając Insides w szerszej perspektywie można odczuć dumę: bo nie da się ukryć szczerej energii towarzyszącej artystce, która robi to co chce.
Materiał przeszedł przez Polskę, a następnie spotkał się z entuzjastycznym odbiorem także w japońskiej Osace. Trudno się dziwić, bo skład koncertowy znany jest z innych docenianych projektów: Tymon Kosma czy Latarnik przewijają się też przez inny płyty naszego zestawienia. Największą, szczególnie wpadającą w pamięć przyjemnością tego albumu, jest połączenie wokali Pauliny Przybysz z wibrafonem w wykonaniu Kosmy. Wyjątkowo trafnym dopełnieniem jest też jego okładka – shoutout Anka Dobrańska (!). Stylizacją do tej sesji stworzyła według mnie esencję bytności Pauliny, której energię właśnie tak postrzegam.
Alicja Serafin
Wojtek Mazolewski – Solo
Ten album nie brzmi jak żaden z dotychczasowych projektów Mazolewskiego. Solo stanowi zbiór chwil, promieni słońca, wspomnień i doświadczeń. Pokazuje szacunek autora zarówno dla piękna otaczającego go świata, jak i do swojego instrumentu. Kontrabas Mazolewskiego to duchowy towarzysz w podróży przez kolory życia. Zarówno w chwilach bardziej nastrojowych, jak i podnoszących na duchu artysta bardziej skupił się na głębi przekazu, niż wirtuozerskich popisach. W efekcie powstało dzieło kompletne – jednocześnie kameralne i wszechogarniające.
Michał Lach
Michał Barański – No Return, No Karma
Najnowszy album uznanego basisty i kompozytora to ewolucja drogi obranej kilka lat temu na płycie Masovian Mantra. Zamiast eksploracji mazowieckiego folkloru Barański zdecydował się na jeszcze głębsze zanurzenie się w hinduskiej rytmice, osadzonej w nowoczesnych, jazzowych ramach. Wsparty wokalnym arsenałem Kuby Badacha, Agi Zaryan oraz Michała Rudasia projekt to dopieszczona produkcyjnie i brzmieniowo wizytówka muzyka, który nieustannie chce się rozwijać i doświadczać nowych brzmień,
Szerzej o najnowszej odsłonie serii Polish Jazz możecie posłuchać w rozmowie Michała Lacha z Michałem Barańskim:
Michał Lach
Technanaturalism – Immortal Onion
Technanaturalism to eksploracja relacji między tym, co dała technologia, a tym, co trwa w naturze. Projekt stworzony przez trio w składzie Wojtek Warmijak (perkusja), Tomir Śpiołek (pianino, syntezatory) i Ziemowit Klimek (kontrabas, syntezatory). Ten album jest swoistym przewodnikiem po ludzkiej duszy. Dużo w nim wyrachowanych pasaży i łamania muzyki agresywnymi syntezatorami, które stanowią kontrast dla przepięknych dźwięków pianina. Szukanie balansu między dwoma – wydawałoby się – odległymi światami okazuje się jednak bardzo NATURALNE. Gdański skłąd prezentuje nam symbiozę tych sfer, obnażając skomplikowaną technologię do jej najprostszej formy. Te same impulsy elektryczne, które pozwalają śpiewać skrzynkom z klawiszami, nam pozwalają żyć i tworzyć. Technanaturalism zadaje wiele pytań, na które sami musimy znaleźć odpowiedzi.
Gdzie tu jazz? Wszędzie. Zwyczajnie wszędzie.
Karol Tomczyk
Bassic Chill – Waves
Gdyby przytulenie dało się zapisać w dźwiękach, zdecydowanie mogłoby brzmieć jak album Waves, czyli druga płyta jednoosobowego projektu bassic chill, za którym kryje się multiinstrumentalista i kompozytor – Marcin Majcherek. Cechuje go niezwykła wrażliwość, którą wyraża równie unikatowym instrumentem – gitarą barytonową, wobec której słuchacz staje się absolutnie bezbronny. Przenosi ona w przestrzenie bezkresne, jak improwizacja z której powstaje. Inspirowana naturą daje oddech, zatrzymuje. A minimalizm obowiązujący w tych kompozycjach sprawia, że główną rolę może zagrać nawet cisza.
O tym jak powstawała płyta, o fascynacji instrumentem, inspiracjach i produkcyjnych sekretach możesz posłuchać w rozmowie Justyny Kalbarczyk z Marcinem Majcherkiem:
Justyna Kalbarczyk
Lunamë – Lunamë
Określenie tego albumu mianem jazzowy nawet w małym procencie nie oddaje charakteru tego wydawnictwa. Każdy z członków tego niesamowitego kwintetu pyta: czym jest jazz? A zaraz po tym zadziornie dopytuje: a czym ten jazz może się stać?
Jazz niezaprzeczalnie pozostaje trzonem tych kompozycji, ale słyszymy tam też awangardowy wokal, elementy elektro-funku, hip-hopowe rytmy i repetycyjność zakorzenioną w techno. Gdyby tego było mało, dość wyraźne są także inspiracje tradycjami ludowymi i mitologią słowiańską. Mimo ogromu różnych światów połączonych w jednym brzmieniu, nie czujemy żadnego przepychu czy chaosu. Na tym albumie nie znajdziemy dźwięków przypadkowych. Tu wszystko ma swoje miejsce, mimo że sama ich obecność może wydać się zaskoczeniem.
Właśnie tym jest ten album — nieustannym zaskakiwaniem, niekończącymi się pytaniami i odpowiedziami, których nikt się nie spodziewa. Lunamë pokazuje, jak łamać wszelkie konwencje i jak czerpać z nieoczywistych źródeł, mając przy tym dodatkowo niesamowitą frajdę.
Niezwykle konkretny, twardo stąpający debiut. Dajcie nam tego więcej! A w międzyczasie możecie posłuchać rozmowy Zuzanny Kopij:
Zuzanna Kopij
Nene Heroine – 4
Obcowanie z albumem 4 bezwzględnie należy zacząć od skonsumowania teledysku do Tokyo. Choć to nie statystyki stanowią o sztuce, niezwykle mierzi mnie fakt, że ten teledysk ma tak niewiele wyświetleń. Kiedy wbijemy się już w niepokojącą, chłodną energię, zapragniemy zostać z nią na dłużej.
Odsłuch tej płyty wymaga odpowiedniego stanu psychicznego. Miesza ona bowiem pogranicze jazzu, rocka i psychodelii. Właśnie tak odpowiednio dobraną kompozycją składowych zebrali naręcze końcoworocznych, muzycznych wyróżnień. Sami muzycy proszą jednak o nieszufladkowanie ich w żadnych gatunkach. Nawet bez tego bowiem charakterystyczne, wypracowane brzmienie jest już znakiem rozpoznawczym Nene Heroine. W tej muzyce czuć siłę, która zgodnie z koncepcją reprezentuje żywioły natury. Trójmiejski skład nie próbuje nic udowodnić, a konsekwentnie buduje własny świat: chłodny, intensywny i natychmiast rozpoznawalny.
Alicja Serafin
Adam Bałdych – Portraits
Piękno rozświetlające mrok. Tak odczuwa się najnowsze dzieło kwintetu Adama Bałdycha. Portraits to upamiętnienie wszystkich istnień, które pochłonęła II Wojna Światowa i dojmujące przypomnienie o dualizmie ludzkiej natury. Artysta ustawia koszmar zniszczenia i zejście do piekła na Ziemi zaraz obok czystości rodzącego się na nowo życia.
Unikalne, renesansowe skrzypce lidera grupy są pomostem między tymi dwiema skrajnościami. Za ich pomocą maluje on wszystkie kolory życia, poczynając od nieprzeniknionej czerni, poprzez pulsująca czerwień i kończąc na nieskalanej bieli. Bałdych po raz kolejny pokazuje swoją wyjątkowość jako improwizator i kompozytor, a przede wszystkim – człowiek.
Michał Lach
Ciśnienie – [angry noises] (self-released)
Zawsze traktowałem Ciśnienie jako odpowiednik porozumiewawczego mrugnięcia, sekretnego uścisku dłoni, lub hasła jakiejś tajnej organizacji, zrzeszającej fanów jednocześnie jazzu, polskiego niezalu, post-rocka i oczywiście zespołu Swans. Grono kameralne, ale dosyć twarde i znoszące bardzo wiele eksperymentów ulubionych składów.
Ślązacy zatem od samego początku nie szczędzili swoim słuchaczom nowych pomysłów, często bardzo radykalnych. Koncerty z udziałem orkiestry, bardziej kameralne odsłony zespołu, ale za to nasiąknięte potężną dawką hałaśliwej elektroniki, a wszystko to cały czas balansując między jazzem, muzyką eksperymentalną, noisem i nastrojowym post-rockiem z hałaśliwymi crescendo.
Pomimo zawirowań personalnych, tegoroczna płyta Ciśnienia dostarczyła po raz kolejny nowej jakości. Sam nie wiem czy to jeszcze jazz czy już jazzgot. Moje wątpliwości wynikają bowiem z faktu, że jest to materiał skrajnie odległy od klasycznie pojmowanych ram gatunku. Zdecydowanie bliżej mu do wczesnych nagrań Swans, Glenna Branci i późnych nagrań Swans. Przymioty takie jak wściekłość, agresja i ciężar kojarzą się raczej z metalem i punkiem, niekoniecznie zaś z jazzem. Nagrywanie płyty na setkę w trakcie koncertu to też cecha raczej kapel z jarocinowym rodowodem.
Ciśnienie na [angry noises] wychodzi z matematycznie słusznego założenia, że dwa minusy dają plus i na plus również zaskakują słuchacza. Tym większe moje zaskoczenie, że materiał tak radykalny ma szansę stać się płytą przełomową dla zespołu i znacznie poszerzyć wierne grono fanów i słuchaczy. Czy to jazz? Nie wiem. Czy jest to świetny materiał? Tu wątpliwości już nie mam.
Maciej Tomasiewicz
Jazz Report from the Hood by Omasta
Omasta – Jazz Report from hood
Jazzu ufam tobie. A w szczególności takiemu prosto z polskiego podwórka, granemu przez osiedlowych kolegów. Gdy krakowski zespół Omasta wypuścił swój pierwszy utwór Kazimierz, wiedziałam że ten groove i te niezwykle odświeżające solówki na flecie będą mi towarzyszyć przez cały rok. Nie myliłam się.
Chłopaki tworzą jazz na luzie, do którego należy bujać łapą, ba! Należy! Na OFF festiwalu od tego bujania powstało nawet małe pogo. Ten koncert utwierdził mnie w przekonaniu, że zespół ma „to coś” i z pewnością zobaczę ich jeszcze na większych scenach. Oczywiście ich debiutancki krążek również to potwierdza. To jazz brudny od hip hopu i ulicznych przepychanek dęciaków z fortepianem, ociekający melodiami, o których trudno zapomnieć, a dzięki tanecznym rytmom wybijanym przez perkusję, trudno też przy nim ustać w miejscu.
Największą siłą Jazz Report From The Hood jest jedność. Czasem gdy słucham jazzmanów mam wrażenie że każdy tak naprawdę gra dla siebie, dla swojej 7 minutowej solówki. Tutaj przeważa wspólna energia i niesamowita komunikatywność tej muzyki. Powracające tematy i trzymanie napięcia daje słuchaczom przestrzeń na reakcje. I ewidentnie my, młodzi, chcemy takiej formy jazzu, w której nie tylko zamykamy się w swoich światach, ale również możemy rezonować z muzykami. Do tego płyta jest przemyślana i spójna, a wszystkie utwory są tłuściutko dopracowane, jak sugeruje sama nazwa zespołu. Nie wiecie o czym mówię? Zajrzyjcie do rozmowy Jędrzeja Śmiałowskiego:
Jagoda Lazar