Lao – Tábano
Czy w ostatnich piętnastu latach mieliśmy na globalnej scenie klubowej i w jej okolicach zjawisko ważniejsze niż meksykański label N.A.A.F.I? Jeśli tak, to dajcie mi proszę o nim znać, bo ja o takim nie słyszałem. Za to, że obecnie w klubach i na festiwalach co rusz słyszymy wpływy muzyki latynoamerykańskiej, w dużej mierze odpowiedzialna jest grupka outsiderów z CDMX, którzy postanowili wsłuchać się w rytmy swojej ojczyzny i jej okolic. Nie tylko zainspirowali zachodnie elektroniczne podziemie (kto pamięta ich showcase w kuchni Hotelu Forum na Unsoundzie 2016?), ale też przetarli szlaki dla wielu innych wytwórni z Ameryki Środkowej i Południowej, takich jak TraTraTrax, Muakk czy WVWV.
Z N.A.A.F.I od samego ich początku związany jest Lao, którego nowe produkcje zawsze są gwarancją świeżości i doskonale nadają się zarówno na parkiet, jak i do spokojnego odsłuchu w domowym zaciszu. Po wydanej w lutym EPce Siren Cycle, która była pełna organicznych dźwięków, Lauro Robles kontynuuje inspiracje naturą w nowym singlu Tábano. Słowo to w języku hiszpańskim oznacza gza, albo w bardziej przenośnym znaczeniu – osobę równie irytującą i natrętną, co ów owad. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że przed prostą basową melodię oraz perkusję, która wybija zagęszczony rytm dembow, wysuwają się wysokie dźwięki imitujące właśnie namolną muchę lub komara.
Nawet gdy już się nam wydaje, że przyzwyczailiśmy się do tych częstotliwości przypominających nam o letnich nocach spędzonych na uganianiu się za małymi krwiopijcami, producent zaczyna nimi manipulować tak, aby znowu zaczęły wzbudzać podskórny niepokój. House’owe sample wokalne brzmią wręcz absurdalnie normalnie, gdy kontrastują z tą owadzią muzyką. Brzmi okropnie? Nie chcielibyście tego słuchać z własnej woli? Mimo wszystko, dajcie Tábano szansę. Lao to zdolna bestia i potrafił ukręcić z tego świetny taneczny kawałek, który można długo puszczać na zapętleniu z niesłabnącą fascynacją.
Jan Rostek