Leśny list miłosny – recenzja filmu „Pieśni lasu”
Moja pierwsza myśl, gdy rozpoczynał się seans Pieśni lasu, brzmiała: cóż za nieszczęśliwie przetłumaczony tytuł. Nieszczęśliwie przetłumaczony na angielski i z angielskiego, bo francuski Le Chant des forêts i polski Pieśni lasu są sobie bardzo bliskie. Angielski tytuł, Whispers in the woods, sugeruje coś skrajnie innego – że las nie śpiewa, tylko szepcze. Oprócz oczywistego dysonansu znaczeniowego, angielskie tłumaczenie odebrałam jako próbę wyciszenia go, a także urealistycznienia – w lesie przecież zazwyczaj bywa cicho. Czy w kwestii nietrafionego tłumaczenia bardzo, bardzo się myliłam? Tak.
Reżyser Pieśni lasu, Vincent Munier, urodził się w górskim rejonie Wogezów we Francji. Jest wielokrotnie nagradzanym fotografem natury, który z czasem zajął się tworzeniem filmów dokumentalnych w tej tematyce. Jest znany międzynarodowej, a co nawet ważniejsze – polskiej publiczności za sprawą jego poprzedniego filmu, Duch śniegów, opowiadającym o tajemniczej panterze śnieżnej. Duch został świetnie przyjęty na festiwalach filmowych i wszystko wskazuje na to, że Pieśni czeka równie duży, jeśli nie większy, sukces. Podczas wrocławskiej edycji festiwalu Millennium Docs Against Gravity, na którym Pieśni lasu miały swoją premierę, wszystkie seanse filmu błyskawicznie się wyprzedały.
Otoczenie, w jakim dorastał reżyser, miało ogromny wpływ na zdolność dostrzegania piękna w otaczającej go naturze. Wiele zawdzięcza ojcu, który zasiał w nim miłość do przyrody, reszta to efekt własnej, ciężkiej pracy – ale w jakże urokliwych okolicznościach. Umiejętność wynajdywania idealnych kadrów doprowadził do perfekcji, będąc fotografem, jednak wygląd to nie wszystko. By sprawić, że obrazy pozostaną z widzem na długo, a nie zostaną zapomniane po chwili niczym ładna, ale zwykła pocztówka, reżyser zawiera w nich ogromną wrażliwość i szacunek. To nadaje kadrom głębi. Munier nie tyle nagrywa przyrodę, o ile maluje zapadające głęboko w pamięć obrazy, dzieła sztuki.
Po rozmowie z kilkoma innymi widzkami Pieśni lasu jednogłośnie stwierdziłyśmy, że jest to film poruszający do łez. Niektóre filmy wzruszenie mają wpisane w scenariusz – wykorzystują odpowiednią kombinację smutnej muzyki i smętnych kadrów, by doprowadzić widza do płaczu, i traktują to jako kolejne zadanie do wykonania. Munier za to nie stosuje tanich sztuczek – skupia się na jak najbardziej obiektywnym przedstawianiu przyrody i jest daleki od chęci wywołania konkretnych emocji. Wzruszenie w widzu pojawia się (nomen omen) naturalnie, organicznie. Reżyser starannie dobiera kadry, widać w nich mistrzowską precyzję, a ujęcia trwają akurat tyle, ile powinny. Wzbudzają w widzu poczucie, że podgląda z ukrycia spektakl, na który nie ma biletu. Poczucie to nie jest jednak nieprzyjemne – nie przytłacza, nie ma presji każącej nam uciekać z widowni. Zamiast tego wdzięczni rozkoszujemy się możliwością bycia z przyrodą na wyciągnięcie ręki.

I dokładnie taki był zamysł reżysera. Film powstał jako efekt wędrówek po lasach Wogezów, podczas których Munier często wybierał ukrywanie się pod nisko zwieszającymi się gałęziami drzew iglastych i wielogodzinne oczekiwanie na zwierzęcych bohaterów. W wyprawach towarzyszyli mu ojciec i syn. Mogliśmy być świadkami pięknie opowiadanych historii Michela, ojca Vincenta, które równocześnie z nami chłonął jego wrażliwy syn Simon. Ten międzypokoleniowy aspekt wspaniale zagrał z przedstawioną w filmie cyklicznością natury. Stare, powalone drzewa są podłożem, na którym mogą bezpiecznie wykiełkować siewki drzewek tego samego gatunku – w sprzyjającym środowisku pełnym składników odżywczych. Czymże były więc historie Michela, jego ogromna wiedza, którą przekazywał w pełen łagodności sposób, jeśli nie troską o następne pokolenie? I dziadek, i wnuk chłonący każde jego słowo wypełnili perfekcyjnie swoje role w kręgu życia.
Czy nie brzmi to wszystko trochę zbyt idealnie i ckliwie? Może ten film jest bardzo ładną, ale bajeczką, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością? Otóż nie. Wśród momentów pięknych wyłania się bowiem melancholia wywołana odchodzeniem zagrożonych gatunków. Bohaterowie, a szczególnie Michel, ze względu na najdłuższy staż jako podglądacz dzikiej przyrody, doświadczają znikania rzadkich gatunków. Spowodowane jest to, oczywiście, niszczącą działalnością człowieka, ale film ani razu nie wpada w moralizatorski ton – tak powszechny w produkowanych aktualnie dokumentach o naturze. Absolutnie zrozumiała jest chęć wstrząśnięcia widzem, przerażenia go, że nasza planeta ginie, a my razem z nią technika motywacji strachem działa, ale miewa skutki uboczne. Ile więc takich przerażających dokumentów można obejrzeć bez kompletnego załamania? Pięć, dziesięć? Ile smutku i strachu może przyjąć jednostka, która w dodatku samodzielnie ma sprawczość bliską zeru?
Pieśni lasu nie przerażają. Bohaterowie współtrwają z nami w uczuciu bezsilności, dzielą się swoimi emocjami i pozwalają przeżyć nasze, a potem – podsuwają mały promyk nadziei. Proponują, by w nawet najgorszych zmianach znaleźć drobne pozytywy. Tak drobne, jak małe ptaszki, które nadal śpiewają w lesie, w którym już od dawna nie słyszano głuszców. To jest ogromna wartość tego filmu.

Na koniec zostaje to, co gdy dobrze zrobione w dokumentach, jest prawie niedostrzegalne – muzyka. Właściwie nawet przez wielkie M, bo ścieżka dźwiękowa pozwala na to, by właśnie pieśni lasu wybrzmiewały z największą mocą. Muzyka stanowi tylko dopełnienie chwili. Nie dyktuje nam, jak powinniśmy się w danej chwili czuć – co również jest piętą achillesową współczesnych dokumentów, a za uniknięcie czego należą się reżyserowi i kompozytorowi ogromne brawa. Oryginalna ścieżka dźwiękowa skomponowana na potrzeby filmu jest po prostu piękna. I tak jak z opisywaniem obrazów jeszcze sobie jakoś radzę, tak tutaj, przy muzyce, się poddam – i zachęcę was, żebyście mocno trzymali kciuki. Czemu? Żeby film trafił do polskich kin i żebyście mogli na własne zmysły doświadczyć tego małego dzieła sztuki.
Po wyjściu z sali kinowej czułam się więc bardzo… głupio. Półtorej godziny wcześniej zaplątałam się w technikalia tłumaczeń tytułu, logicznie rozpracowałam go na części pierwsze i byłam dumna, że udało mi się znaleźć nieścisłości i niepasujące do siebie kawałki. Film przypomniał mi, że logika to nie wszystko, a tak zwane pierwsze wrażenie, chociaż często zakrawające o prawdę, nie wystarczy do zapoznania się z istotą rzeczy. Bo las przecież i śpiewa, i szepcze. Milczy, krzyczy, płacze, śmieje się – tylko trzeba chcieć, i umieć, posłuchać.
Chętnych na wysłuchanie rozmowy z reżyserem zapraszam na Spotify.
tekst: Zuzanna Kukiełka, red. Dominika Kubat
fot. kadry z filmu „Pieśni lasu”, reż. Vincent Munier (mat. prasowe)