Luźno o AI: Made by human* – felieton
Mam zwyczaj otwierania branżowych portali czy pism z nadzieją, że dowiem się czegoś nowego o projektowaniu. O kolorach, typografii, identyfikacji wizualnej albo o tym, dlaczego większość marek świata zdecydowała się wyglądać niemal identycznie. Coraz częściej jednak trafiam na wpisy ostrzegające o tym, że sztuczna inteligencja zabierze pracę projektantom (tym razem naprawdę, chociaż kolejne kilka też o tym krzyczało). Wystarczy kilka do kilkunastu minut, żeby przeczytać o tym, jak AI uratowała produktywność, a następnie za pomocą czego ją niszczy, jak tworzy nowe możliwości, po to, by pozostawić rynek pracy w gruzach. Być może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że większość z nich zdaje się opowiadać nie tyle o boskim lub demonicznym narzędziu technologicznym, ile o ludziach, którzy w jego obliczu próbują przekonać siebie samych lub siebie nawzajem, że wiedzą, co się właśnie wydarzyło i jaką postawić na to diagnozę.
Chyba tak to już jest, że pośród wielu niesamowitości ludzkiego gatunku, najbardziej wyróżniające wydają się nasze osobliwości. W tym to, jak wielką posiadamy zdolność do tworzenia własnych problemów.
Od wieków cywilizacje wykazują tendencję do zachłystywania się wielkimi konceptami, po to by za chwilę pisać manifesty przeciwko nim. Tworzymy, zachwycamy się, inwestujemy czas, energię i inne zasoby, by entuzjastycznie zerkać w przyszłość. A kiedy ta nadchodzi, czujemy się zobligowani do wymyślania teorii, jak bronić się przed jej negatywnymi skutkami.
Ze sztuczną inteligencją dzieje się dokładnie to samo.
Jeszcze chwilę temu AI wydawała się odpowiedzią na wszystko. Od wyręczania ze żmudnych zadań, przez znaczne przyspieszanie wykonywania obowiązków, aż po wielkie nadzieje z nią związane, dotyczące między innymi wpływu na medycynę czy edukację. Wszystko po to, by człowiek mógł pozostać człowiekiem, mieć czas na refleksję i twórczość. Dzisiaj jednak tę samą technologię oskarżamy o odbieranie miejsc pracy, niszczenie kreatywności, rażącą ingerencję w cyfrowe bezpieczeństwo, a nawet przyłożenie się do upadku rzeczywistości, jaką znaliśmy od lat. Całe to szaleństwo tak szybko, jakby świat zdążył jedynie mrugnąć, by po otwarciu oczu na nowo orzec, czy patrzy na wybawienie czy zagrożenie.
Niekiedy łatwo uwierzyć, że sztuczna inteligencja pojawiła się znikąd i niczym nieproszony gość wtargnęła do naszego świata, infekując jego kolejne elementy. Jest jednak konsekwencją kierunku, który obraliśmy, tworząc chociażby usługi, produkty czy komunikację. Design od lat lubuje się w porządku. Trudno zresztą mieć mu to za złe. Jeśli coś jest skuteczne i działa, to dobrze. Projekty systemów, biblioteki komponentów, opisywanie zasad i złotych proporcji, standaryzacja, systemy i ujednolicanie doświadczeń. Wszystko po to, żeby ograniczyć przypadek i usprawnić proces. Dzięki czemu kolejne decyzje mogły zostać podejmowane sprawniej, tak by nadążały za postępem. W tym świecie kreatywność miała pozostać kreatywnością, ale ujętą w ramy uporządkowania. Nic więc dziwnego, że sztuczna inteligencja tak dobrze się tam odnalazła. Nie dlatego, że technologia rozkodowała istotę projektowania i tworzenia przez ludzi i dla ludzi. Nauczyła się jedynie operować w rzeczywistości, która opiera się na wzorcach.
Dlatego pytanie o to, czy AI zabierze pracę projektantom i osobom zaangażowanym w branżę kreatywną (choć to i tak, jedynie ograniczenie obaw), wydaje się trafiać, ale niekoniecznie w środek problemu. Bo czy nie powinno bardziej zastanowić nas to, jaką część procesu projektowego na przestrzeni lat uznaliśmy za kreatywną, właśnie dlatego, że wykonuje ją człowiek? Czy to kolejna wersja baneru dostosowana do kolejnego formatu, kolejna prezentacja na bazie tego samego schematu, kolejny wariant key visuala tylko z trochę innym odcieniem, kolejny copywriterski opis z frazami zaczerpniętymi prosto ze słownika zasad rynku? Trudno nie zauważyć, że większość zadań, które dziś z takim niepokojem powierzane są narzędziom wspieranym przez sztuczną inteligencję, od dawna polegała na odtwarzaniu dobrze znanych branżowych reguł.
I być może to właśnie ta myśl budzi największy dyskomfort. Może AI wcale nie stanowi największego wyzwania dla kreatywności, ale największy sprawdzian tego, jak właściwie kreatywność rozumiemy. Skoro godzi w nią jedynie kilka modeli językowych i parę nieźle wygenerowanych obrazków, coś musiało być na rzeczy wcześniej. Sztuczna inteligencja nie odebrała nam twórczości, a raczej bezpieczeństwo prostego zdefiniowania, czym ona jest. Pomysł to przecież nie wykonanie, a kreatywność nie polega na reprodukowaniu. Rynek wychwalający skalowalność i optymalizację, nie powinien obawiać się narzędzia, które te hasła potraktowało na serio oraz doprowadziło do konsekwencji, ucząc się na zasadach stworzonych przez człowieka.
Czy więc naprawdę boimy się technologii, czy raczej tego, jakie prawdy odsłania o nas samych?
Tekst i grafika: Marta Wonskowska