Mateusz Marczewski „Niewidzialni” (Justyna Surma)

Mateusz Marczewski „Niewidzialni” (Justyna Surma)

Mateusz Marczewski „Niewidzialni”

wyd. Czarne

Justyna Surma

 

 

 

„Niewidzialni” Mateusza Marczewskiego to kolejna próba, jeszcze jedno działanie mające na celu zmierzenie się z tematem Obcego. W tym wypadku w roli tej spotykamy australijskich Aborygenów. Autor pragnie przybliżyć czytelnikom ich kulturę, w jakiś sposób oswoić z nią dzisiejszego odbiorcę. Naturalną konsekwencją tematu jest fakt, że znajdziemy w książce dużo antagonizmów: Biali kontra Aborygeni, cywilizacja kontra dzicy, biedni kontra bogaci, żyzne cieniste doliny kontra spalone słońcem pustkowia. O tym przede wszystkim jest ta książka: o podziałach społecznych, o walce przeciwieństw, ale także o próbie poznania i zrozumienia, chęci wyjścia drugiemu człowiekowi naprzeciw.

 

Autor w czasie swojego pobytu w Australii stara się zrozumieć zjawisko, o którym do tej pory jedynie słyszał, lub czytał. Obraz rdzennej ludności tego kontynentu, jaki spotyka będąc na miejscu, skontrastowany ze ogólnie przyjętymi stereotypami jest co najmniej zaskakujący. Okazuje się bowiem, że współcześni Aborygeni niewiele mają wspólnego z dawnymi, pełnymi wewnętrznej siły i dumy przedstawicielami tej grupy etnicznej.

 

Teraz zamieszkując obrzeża Sidney, cisną się w ruderach (które, aż dziw, że jeszcze się nie rozsypały), jeżdżą samochodami, które nadają się co najwyżej na złom, budząc w białych mieszkańcach miasta na przemian strach i politowanie. Oczywiście jeśli w ogóle zostaną zauważeni. Mają swoje wsie, swoje dzielnice, swoje problemy, właściwie na każdej płaszczyźnie są izolowani. Większość z nich już nie potrafi zdefiniować, na czym polega ich niepisane prawo do tej ziemi, a nieliczni, którzy jeszcze by potrafili, milczą – świadomi, że Biali i tak by tego nie zrozumieli, ponieważ przestrzeń życia Aborygenów jest zupełnie poza obszarem ich zainteresowań. Wymowny w tym kontekście wydaje się fragment książki, gdzie pisarz opisuje aborygeńskiego chłopca opartego o szlaban broniący wejścia na teren jednego z kampingów, na którym Biali odpoczywają od miejskiego zgiełku. Człowiek ten uparcie wpatrujący się w świat zupełnie mu obcy, z basenem, z barem oświetlonym światełkami, z łazienkami, w których płynie ciepła woda ogrzewana z baterii słonecznych, jest przez turystów zupełnie ignorowany, jakby był przeźroczysty. On sam początkowo sprawia wrażenie, jakby ta bierna obserwacja mu wystarczała, po jakimś czasie jednak odchodzi, kopiąc w przypływie gniewu i bezsilności stojący nieopodal szlabanu śmietnik. Myślę, że w jakimś sensie ta scena oddaje całość tamtejszych relacji społecznych.

 

Historia Marczewskiego, jej rytm, zdaje się doskonale współgrać z rytmem świata, który opisuje. Czasem mamy wrażenie, że nie czytamy jej, lecz ktoś nam ją opowiada, zupełnie niespiesznie, pięknym, poetyckim językiem, pozostawiając czas na własne refleksje. Pisarz przygląda się codzienności Aborygenów z wyjątkowa wrażliwością i życzliwością. Ma czas nie tylko by ich obserwować, ale też słuchać i współodczuwać z tymi ludźmi. Pomiędzy obrazy rozpaczy, biedy i ciągłego pijaństwa, autor wplata też opowieść o tańcu, muzyce, dzielnych wojownikach, czy aborygeńskich artystach. Niewątpliwie jest to pozycja literacka, z którą warto się zapoznać.