Miasto, które nigdy nie spało, ale zawsze śniło – droga New York Knicks do mistrzostwa NBA
53 lata. Tyle czekali kibice New York Knicks na trzecie w historii organizacji mistrzostwo najlepszej koszykarskiej ligi świata. Trwająca ponad pół wieku posucha dobiegła jednak końca. Jalen Brunson i spółka wpisali się złotymi literami w historię Wielkiego Jabłka, a mieszkańcy Nowego Jorku wreszcie mogli wyjść na ulice i celebrować koniec drogi powrotnej na szczyt koszykarskiego świata.
Ostatni pamiętny sen
10 maja 1973 roku. W legendarnej hali The Forum w Los Angeles miejscowi Lakers stanęli naprzeciwko New York Knicks w meczu nr 5 Finałów NBA. Na parkiecie pojawiły się takie ikony koszykówki jak Walt Frazier, Willis Reed, Jerry West, czy Wilt Chamberlain. Po 48 minutach gry na tablicy wyników widniał rezultat 102:93 dla Nowojorczyków. Knicks pokonali Lakers 4:1 w serii finałowej i sięgnęli po drugie mistrzostwo w ciągu czterech sezonów.
Takimi słowami opisał tamtą ekipę Chris Herring w książce pt. “Blood in the Garden – Brutalna historia New York Knicks z lat 90.”:
New York Knickerbockers byli na początku lat 70. ulubioną drużyną koszykarskich smakoszy. Jedną z tych ekip, o których po latach ludzie mówią z zachwytem: “Kiedyś to było…”. Z tych, które zwyciężają w charakterystyczny tylko dla siebie sposób. Zwyciężali dzięki głowie. (…) Nie brakowało im talentu, a ich gra przypominała balet – charakteryzowały ją synchronizacja, mądrość oraz boiskowa bezinteresowność.
Tytuł Knicks z 1973 roku nie był jednak początkiem dynastii na miarę Boston Celtics z lat 60., lecz ostatnim tak wyraźnym obrazem spełnionego snu na wiele kolejnych lat.
Król z Brooklynu i ciemne czasy
Na początku lat 80. Madison Square Garden dostało nowego króla – dosłownie. Koronę w szeregach Knicks nosił Bernard King. Urodzony na Brooklynie skrzydłowy trafił do Knicks latem 1982 roku w ramach wymiany z Golden State Warriors. Już w pierwszym sezonie w Nowym Jorku notował 21,9 punktu na mecz. Następny sezon w jego wykonaniu był jeszcze lepszy. King stał się jednym z najgroźniejszych strzelców w całej NBA i ulubieńcem miejscowych kibiców. W głosowaniu na MVP (Najbardziej Wartościowego Gracza ligi) w sezonie 83/84 zajął drugie miejsce. Ustąpił tylko Larry’emu Birdowi, który tak komentował skalę talentu lidera Knicks w rozmowie z „The New York Times” z 1984 roku:
Nie jestem w stanie pojąć, jak Bernard to robi. Wchodzi w największy tłok, rywale obijają go z każdej strony, machają mu rękami przed twarzą, a on i tak oddaje rzut. I to nie byle jaki rzut, tylko dokładnie taki, jaki chce. A potem trafia. Raz za razem. To najlepszy strzelec, jakiego kiedykolwiek widziałem.
Problem polegał na tym, że świetny King nie wystarczał, by Knicks wrócili do realnej walki o mistrzostwo. Liga żyła wtedy rytmem wielkiego duopolu Lakers i Celtics, a do tego coraz wyraźniej dało odczuć się ciemniejszą stronę ejtisów. NBA zmagała się wówczas z problemem narkotykowym wśród zawodników, który nie ominął Nowego Jorku. W „Blood in the Garden” Paul Westphal – członek koszykarskiej Galerii Sław i były zawodnik Knicks – wspominał:
Narkotyki zabijały NBA, a nasi gracze również mieli z tym spory problem. Wszystko się przez to sypało. Wyobrażacie sobie, że klub nie organizuje treningów, bo wszyscy wiedzą, że i tak nikt się nie pojawi?
Knicks byli więc organizacją, która żeby myśleć o zwyciężaniu, musiała najpierw pokonać własne demony. W 1985 roku Bernard King zerwał więzadło w kolanie, a wraz z jego absencją zniknęły jakiekolwiek nadzieje na rychły sukces. Po sezonie 1984/85 Knicks dostali jednak dar od koszykarskich bogów. Do miasta trafił bowiem Patrick Ewing.
Wizja
Z pierwszym pickiem draftu NBA 1985 New York Knicks wybierają Patricka Ewinga z Uniwersytetu Georgetown.
Te słowa wieloletniego komisarza NBA Davida Sterna wlały w serca sympatyków Knicks ogrom nadziei. Ewing był gwiazdą koszykówki akademickiej, a trener jego drużyny uniwersyteckiej Georgetown — John Thompson — porównywał nawet pochodzącego z Jamajki podkoszowego do Billa Russella. Reinkarnacja 11-krotnego mistrza NBA miała być zbawieniem dla Knicks i przywrócić im dawny blask lat 70.
Początek był bardzo obiecujący. Ewing został wybrany debiutantem sezonu, a w 50 rozegranych spotkaniach notował średnio 20 punktów i 9 zbiórek na mecz. Jego drużyna zakończyła jednak sezon zasadniczy z bilansem 23-59, który nie wystarczył do awansu do fazy Play-Off. W kolejnych latach Ewing ewoluował we wszestronnego środkowego oraz niekwestionowanego lidera zespołu. Od 1988 roku Knicks regularnie wchodzili do Play-Off, ale zawsze brakowało im głębi składu i odpowiedniej siły, aby przeciwstawić się fizycznej koszykówce prezentowanej przez Boston Celtics czy Detroit Pistons.
W 1991 roku, po sześciu latach gry w Knicks bez dotarcia do finałów, Ewing był bliski kliknięcia przycisku reset. Jak czytamy w “Blood in the Garden”:
W ciągu sześciu lat gry dla Knicks Ewing zaliczył sześciu trenerów i czterech generalnych menadżerów. Był sfrustrowany i nie wierzył, że Knicks mogą stworzyć wokół niego zwycięski zespół. Za pośrednictwem reprezentującego go Davida Falka odgrażał się, że latem skorzysta z przysługującej mu w kontrakcie klauzuli i stanie się wolnym agentem.
Do pozostania w Nowym Jorku przekonał go jednak Pat Riley – główny architekt czterech mistrzostw Los Angeles Lakers w latach 80. Po objęciu stanowiska głównego trenera Knicks spotkał się z Ewingiem. W trakcie tej rozmowy poprosił go o zamknięcie oczu i wyobrażenie sobie parady mistrzowskiej przejeżdżającej przez ulice miasta. Ta wizja stała się dla Ewinga celem, do którego dążył przez następne lata.
O jeden mecz od wieczności
Pat Riley, Patrick Ewing i znani z twardej gry New York Knicks musieli poczekać na szansę na grę w finałach NBA do trzeciego sezonu wspólnej pracy. Wcześniej nie byli w stanie przeciwstawić się legendarnemu Michaelowi Jordanowi i jego Chicago Bulls. W 1994 roku MJ ogłosił zakończenie kariery w NBA i przebranżowił się na baseball. Zespoły z konferencji wschodniej NBA wiedziały, że to okazja, którą trzeba wykorzystać. Po siedmiomeczowej batalii Knicks pokonali Indianę Pacers w finałach konferencji i awansowali do finałów po raz pierwszy od 1973 roku. Wśród podopiecznych Pata Rileya panowało poczucie, że najgorsze już za nimi, a wygrana w Finałach to jedynie formalność.
Nie graliśmy jeszcze naszej najlepszej koszykówki. Ciążyła na nas presja, by awansować do finałów. Po tym wszystkim, co przeszliśmy, zdobycie mistrzostwa to pestka. – mówił w pomeczowym wywiadzie po pokonaniu Pacers rzucający Knicks, John Starks.
Rywalami Knickerbockers w serii o mistrzostwo byli dowodzeni przez Hakeema Olajuwona Houston Rockets. Tutaj również potrzebne było siedem meczów do rozstrzygnięcia rywalizacji. Ostatnie spotkanie okazało się koszmarem dla tak pewnego zwycięstwa Starksa. Rzucający Knicks zakończył je z 8 punktami, zdobytymi na tragicznej skuteczności 2/18 z gry, a Knicks przegrali ten mecz 84:90. Po wyczerpującym sezonie zabrakło im jedynie siedmiu punktów, by zapisać się w historii jako mistrzowie NBA.
Kopciuszek
Po dwóch mistrzostwach Houston Rockets i drugim threepeacie Chicago Bulls, liga znów znalazła się w momencie zawieszenia. W 1998 roku Michael Jordan po raz kolejny odszedł z NBA, a walka o puchar Larry’ego O’Briena stała się bardziej otwarta, niż kiedykolwiek wcześniej.
Knicks nie wyglądali jednak jak drużyna mistrzowska. W 1996 roku trener Pat Riley zamienił Nowy Jork na Miami, a stery w Knicks przejął Don Nelson – szkoleniowiec mniej efektowny, bardziej nerwowy, słowem idealnie pasujący do zranionej drużyny. Z kolej Patrick Ewing miał już wtedy 37 lat i czuł, że jego czas w lidze zbliża się ku końcowi.
Skrócony przez lockout sezon 1998/99 od początku był dziwny i nieprzewidywalny. Knicks weszli do Play-Offów dopiero z ósmego miejsca, ale już w pierwszej rundzie sprawili sensację. W decydującym meczu serii ze zwycięzcami sezonu zasadniczego na Wschodzie – Miami Heat – Allan Houston oddał rzut, który zatańczył na obręczy i wpadł do kosza. Nowy Jork wyrzucił z gry drużynę Pata Rileya – człowieka, który kilka lat wcześniej obiecywał Ewingowi mistrzowską paradę.
W kolejnej serii Knicks bez straty meczu pokonali Atlantę Hawks, a w finale Konferencji Wschodniej zmierzyli się z Indianą Pacers Reggiego Millera. To właśnie tam Larry Johnson trafił jeden z najbardziej pamiętnych rzutów w historii Madison Square Garden – trójkę z faulem, do której dołożył po chwili celny rzut wolny. Czteropunktowa akcja sprawiła, że Nowy Jork przez moment naprawdę uwierzył, że koszykarscy bogowie ponownie stoją po jego stronie.
Knicks awansowali do finałów NBA jako pierwszy ósmy seed w historii ligi. Byli Kopciuszkiem, ale po nowojorsku: poobijanym, krnąbrnym i zbyt dumnym, by przyznać, że ledwo trzyma się na nogach. Problem tkwił jednak w tym, że finałowy bal odbywał się już bez najważniejszego bohatera tej epoki nowojorskiej koszykówki. Patrick Ewing zerwał bowiem ścięgno Achillesa w serii z Indianą i nie mógł pomóc drużynie w finałach z San Antonio Spurs.
Po drugiej stronie stali Tim Duncan i David Robinson – duet, który zwiastował początek nowego porządku w NBA. Spurs pokonali Knicks 4:1 i sięgnęli po pierwsze mistrzostwo w historii organizacji. Knicks wrócili do miasta bez pucharu, a Ewing bez pierścienia. Parada, którą kiedyś kazał mu sobie wyobrazić Pat Riley, znów pozostała tylko obrazem zamkniętym pod powiekami. W kolejnych latach Knicks przestali być bohaterem tragicznym. Stali się pośmiewiskiem.
Maraton niekompetencji
Knicks wchodzili w XXI wiek pełni optymizmu. Klub miał wszystko, czego teoretycznie potrzebuje wielka organizacja do osiągnięcia sukcesu: Madison Square Garden, bogatą historię i kibiców, którzy potrafili zamienić zwykły mecz sezonu regularnego w niezwykłe wydarzenie.
W 2001 roku Jeff Van Gundy zrezygnował ze stanowiska trenera, a w ciągu następnych dwóch dekad żaden klub NBA nie wydał więcej pieniędzy, nie przegrał więcej meczów i nie wygrał mniej serii play-off, niż pogrążeni w marazmie New York Knicks. Z misją zbudowania zespołu zdolnego do walki o mistrzowski pierścień nie poradzili sobie ani lider Bad Boys Detroit Pistons – Isiah Thomas, ani mózg stojący za dynastią Chicago Bulls – Phil Jackson.
Kibice Knicks przeżywali jednak pojedyncze przebłyski nadziei, że ich klub wraca do ligowej czołówki. W 2011 roku nową twarzą nowojorskiej koszykówki został Carmelo Anthony. Znakomity strzelec nie okazał się jednak fundament i spoiwem, które mogłoby przywrócić Knicks pozycję z lat 90., o blasku lat 70. nawet nie wspominając.
Skalę słabości Knicks i głodu sukcesu ich kibiców najlepiej obrazuje fakt, że jednym z najjaśniejszych wspomnień lat 2001–2021 pozostaje tak zwane Linsanity – dwa tygodnie, podczas których szerzej nieznany absolwent Harvardu, Jeremy Lin, wyrósł na gwiazdę światowej koszykówki, notując średnio 24,4 punktu, 9,1 asysty i 4 zbiórki w siedmiu kolejnych spotkaniach.
Przez lata Knicks szukali drogi na skróty. Wielkiego nazwiska, efektownego transferu, pojedynczych twarzy, które przykryją wszystkie błędy organizacji i sprawią, że Madison Square Garden znów stanie się prawowitym centrum koszykarskiego świata. Problem polegał na tym, że za każdym razem Nowy Jork dostawał raczej krótkotrwałe pocieszenie, niż rozwiązanie. Carmelo regularnie dostarczał imponujące linijki statystyczne, Lin dał miastu dwa tygodnie zbiorowego szaleństwa, ale żadna z tych historii nie przerodziła się w coś większego.
Drużyna, która nie pękła
Spike Lee to znakomity reżyser i największy kibic New York Knicks, który może pochwalić się obecnością na hali odkąd zespół sięgał po mistrzostwo w 1970 roku. Na przestrzeni lat stał się uosobieniem niespełnionych nadziei milionów kibiców. W 2026 jego slogan „to jest ten rok” wreszcie przestał brzmieć jak zaklinanie rzeczywistości. Po raz pierwszy od dekad Nowy Jork nie tylko śnił o mistrzostwie. Był o krok od tego, by naprawdę się w tym śnie obudzić.
Jednak aby sen stał się rzeczywistością, Knicks raz jeszcze musieli stawić czoła własnej historii. Jalen Brunson i spółka przeszli przez tegoroczną fazę play-off jak zespół, który nie tyle unikał kryzysów, ile nauczył się oddychać w samym ich środku. Z bilansem 12–2 zameldowali się w Finałach po 27 latach przerwy i wygrali dwa pierwsze mecze z młodą ekipą San Antonio Spurs, na której czele stał francuski kosmita – Victor Wembanyama.
Kryzys przyszedł po przeniesieniu serii do Madison Square Garden. Spurs wygrali trzeci mecz 115:111, a nad Knicks znów zaczęły zbierać się ciemne chmury. Game 4 był dla Nowego Jorku egzaminem dojrzałości. Po pierwszej połowie wydawało się, że Knicks obleją go bez podjęcia walki. Spurs schodzili do szatni z 29-punktowym prowadzeniem i wszystko wyglądało aż nazbyt znajomo: wielka scena, ogromna nadzieja i moment, w którym Knicks mieli po prostu pęknąć. Tyle że ta drużyna znalazła w sobie siłę, której brakowało w Nowym Jorku przez 53 lata.
W drugich 24 minutach Nowojorczycy zaczęli odrabiać straty punkt po punkcie, posiadanie po posiadaniu, jakby każdy kolejny kosz zrywał z nich jedną warstwę dawnej klątwy. Jeszcze chwilę wcześniej przygaszone Madison Square Garden, zaczęło żyć od nowa, a sekwencja kończąca to spotkanie natychmiast trafiła do ligowej i klubowej mitologii.
18 sekund do końca. Spurs prowadzą 106:105. De’Aaron Fox biegnie sam na sam z koszem, ale w ostatniej chwili dogania go OG Anunoby. Blok. Przerwa na żądanie Mike’a Browna. Ostatnia akcja Knicks. Piłka trafia do Brunsona, który oddaje rzut za trzy. Niecelny. Przez ułamek sekundy cała hala zamiera, jakby Nowy Jork znów miał dostać kolejną scenę do katalogu swoich sportowych traum.
Ale tym razem piłka nie spada w ręce rywali. OG Annunoby wyskakuje z okolicy linii rzutów wolnych i dobija rzut. Madison Square Garden eksploduje. Spurs mają jeszcze nieco ponad sekundę, by uratować zwycięstwo, ale nie znajdują odpowiedzi. New York Knicks obejmują prowadzenie 3:1.
Największy comeback w historii Finałów NBA nie dał im jeszcze mistrzostwa, ale zmienił wszystko. Po tamtym wieczorze nie byli już drużyną, która próbuje uciec przed własną przeszłością. Byli drużyną, która spojrzała jej w twarz i nie cofnęła się ani o krok. Kilka dni później Knicks dokończyli dzieła. Wygrali piąty mecz 94:90, a tytuł mistrzowski wrócił do Nowego Jorku po 53 latach.
MVP
Główną rolę w koszykarskim spektaklu odegrał Jalen Brunson – człowiek, który nie przyszedł do Madison Square Garden jako zbawca z plakatu, jednak zakończył tegoroczne finały jako lider i twarz największego koszykarskiego sukcesu we współczesnej historii miasta. Pod jego wodzą Knicks zrobili coś, czego nie udało się największym legendom klubu, z Bernardem Kingiem, Patrickiem Ewingiem, czy Allanem Houstonem na czele. Ogromne wsparcie dali mu OG Annunoby, Karl-Anthony Towns oraz jego koledzy z czasów uniwersyteckich — Josh Hart i Mikal Bridges. Po zakończonej serii Brunson, MVP Finałów, nie był w stanie ukryć swojego wzruszenia. Tak opisał emocje towarzyszące mu po końcowej syrenie:
Nie ma słów, którymi mógłbym wyrazić to, co teraz czuję. Jestem pełen podziwu dla naszego zespołu. Za każdym razem kiedy byliśmy spisywani na straty, wracaliśmy na parkiet i znajdowaliśmy sposób, żeby coś z tym zrobić.
Brunson w serii finałowej notował średnio 32,6 punktu, 4,6 asysty i 4,2 zbiórki na mecz. Swoimi występami postawił jeden z najważniejszych kroków w stronę koszykarskiej nieśmiertelności, ale dla Nowego Jorku zrobił coś jeszcze ważniejszego – zagoił rany, które przez ponad pół wieku otwierały się przy każdej kolejnej straconej szansie. Dzięki niemu kibice Knicks wreszcie nie musieli opowiadać o tym, jak niewiele im zabrakło. Mogli po prostu wyjść na ulice i świętować to, na co czekali od 1973 roku.
Miasto, które nigdy nie spało, ale zawsze śniło, wreszcie obudziło się jako mistrz. Wizja parady Patricka Ewinga z 1991 roku stała się rzeczywistością.
Tekst: Kajetan Krawczyk
Korekta: Michał Lach