Mierz najwyżej – recenzja filmu „Wielki Marty”

Mierz najwyżej – recenzja filmu „Wielki Marty”

W ostatnich miesiącach dyskurs filmowy orbituje niemal wyłącznie wokół jednego tytułu. Mowa oczywiście o Wielkim Martym spod ręki Josha Safdiego. Najnowsze dzieło amerykańskiego reżysera nie schodzi z nagłówków, stając się nie tyle kolejnym głośnym, świetnie zrealizowanym filmem, co fenomenem popkulturowym. Celebryci pozujący w kurtkach z logotypem produkcji, entuzjastyczne przyjęcie ze strony krytyków i publiczności, liczne wyróżnienia oraz dziewięć nominacji do Oscara, aż po Timothée Chalameta prowadzącego najprawdopodobniej jedną z najbardziej brawurowych kampanii marketingowych w historii kina. Kiedy poprzeczka zawieszona jest tak wysoko, nietrudno o potknięcie i niesprostowanie oczekiwaniom rozgorączkowanej publiczności. W takiej sytuacji zasadne staje się pytanie: „czy szum wokół Wielkiego Marty’ego jest faktycznie uzasadniony?”

 


Timothée Chalamet, zdjęcie autorstwa Matthew Kavanagh

W deszczowy dzień w Nowym Jorku

 

Akcja filmu przenosi nas do Nowego Jorku lat 50. Poznajemy Marty’ego Mausera (Timothée Chalamet) – nader ambitnego chłopaka, będącego w stanie poświęcić wszystko, byle tylko osiągnąć swój cel: zostać największym tenisistą stołowym w historii. Protagonista produkcji inspirowany jest prawdziwą postacią – amerykańskim mistrzem tej dyscypliny, Martym Reismanem. Mimo licznych sukcesów sportowych, Reisman został zapamiętany głównie jako największy cwaniak w dziejach tenisa stołowego. Słynął z prowokacyjnego stylu gry, dzięki czemu zyskał przydomek „Igła”. Ciekawą anegdotą jest również sposób, w jaki Marty dorabiał w salkach tenisowych. Maskując swój talent prowokował naiwnych rywali do stawiania zakładów pieniężnych po to, by w momencie, gdy stawka była naprawdę wysoka, bezlitośnie ogrywać nieświadomych przeciwników.

W powojennej Ameryce ping-pong traktowany jest powierzchownie i nie bywa stawiany w jednym rzędzie z resztą dyscyplin. Przekłada się to na odbiór pasji Marty’ego przez otoczenie, patrzące pobłażliwie na tenis stołowy jak na zabawę dla dzieci. Co musimy jednak wiedzieć o naszym protagoniście – wiara innych w jego osobę jest czymś, czego zupełnie nie potrzebuje. Marty nie gra dla relaksu, a tym bardziej dla rozrywki. Odbijanie piłeczki jest dla niego jedynym sposobem na nakarmienie nienasyconego ego. Powiedzieć o Martym, że wierzy w siebie, to jak nie powiedzieć nic. Główny bohater nie potrafi wyobrazić sobie rzeczywistości, w której nie odnosi upragnionego sukcesu. Wielokrotnie nazywa się wybrańcem i nawet przez chwilę nie wątpi, iż urodził się po to, by stać się wielkim.

Marty’ego nie da się zatrzymać w pędzie ku chwale. Gdy zaczyna tonąć, od razu chwyta się brzytwy – mimo tego, że bywa ona naprawdę ostra…

Smashing Machine

 

Fundamentem filmu, co jasne, jest postać Marty’ego Mausera. Produkcje oparte w głównej mierze na nęcącym, niejednoznacznym i przede wszystkim, angażującym protagonisty, wymagają bezlitosnej wiwisekcji jego charakteru i aktorskiego performance’u zdolnego unieść ciężar całości. Podświadomie przychodzą nam na myśl monumentalne kreację rodem z Aż poleje się krew, Mechanicznej pomarańczy czy Taksówkarza. Pytanie brzmi: czy duet scenariuszowy Josh Safdie i Ronald Bronstein oraz wciąż mający sporo do udowodnienia Timothée Chalamet zdołali sprostać tak wymagającemu zadaniu?


kadr z filmu „Wielki Marty”, reż. Josh Safdie

Marty Mauser w interpretacji Timothée Chalameta charakteryzuje się nie tyle co sportową ambicją, a patologicznym narcyzmem i panicznym lękiem przed przeciętnością. Szybko staje się jasne, iż przydomek „Supreme” nie jest dla bohatera marzeniem czy celem, a jedynym akceptowalnym scenariuszem. Można odnieść wrażenie, że dla Marty’ego ważniejszym od zwycięstwa jest sam brak porażki. Widzimy to chociażby po przegranym pojedynku z japońskim mistrzem tenisa stołowego Koto Endo, w pierwszym akcie filmu. Porażka ta nie stanowi jedynie sportowego zawodu, napędzającego bohatera to szlifowania własnych umiejętności. Wywołuje w nim ona całkowity kryzys tożsamości i nie daje mu ona spokoju. Gdy Marty przegrywa, traci grunt pod nogami, co popycha go do coraz to bardziej destrukcyjnych zachowań.

Postać Marty’ego obnaża struktury narcystycznego umysłu. Bohater jest zapatrzonym w siebie arogantem, traktującym napotkanych na swojej drodze ludzi jak pionki, służące jedynie w ułatwieniu mu drogi na szczyt. Safdie mistrzowsko obrazuje mechanizm, w którym nadmierna pewność siebie maskuje głębokie wyobcowanie. Marty nie potrafi budować bliskości, co najwyraźniej widać w dwóch pozornie różnych, równie dysfunkcyjnych relacjach romantycznych.

Z jednej strony mamy Kay Stone (Gwyneth Paltrow), słynną aktorkę i dekadencką ikonę złotego okresu Hollywood. Kobieta jest dla bohatera ucieleśnieniem upragnionego prestiżu. Układ z nią z perspektywy Marty’ego jest czysto transakcyjny. Pragnie on jej uwagi, jedynie ze względu na desperacką potrzebę bycia podziwianym przez przedstawicielkę sfery wyższej, pompując tym samym swoje ego. Ciężko mówić o tej relacji w kontekście jakichkolwiek uczuć. Kay dla Marty’ego stanowi jedynie trofeum” i kolejny przystanek w drodze po sukces.


Gwyneth Paltrow w filmie „Wielki Marty”

Prawdziwym przejawem emocjonalnej dysfunkcji bohatera jest relacja z Rachel Mizler (Odessa A’zion). Jako wieloletnia partnerka Marty’ego, Rachel tkwi w związku przypominającym wyniszczającą sinusoidę. Nietrudno odnieść wrażenie, że dwójka lgnie do siebie z zupełnie odmiennych pobudek. Rachel dostrzega w Martym magnetyczną pasję i niezłomną wiarę w siebie, która sprawia, że nawet w najbardziej toksycznych momentach widzi w nim kogoś absolutnie wyjątkowego, mogącego umożliwić jej ucieczkę z szarej rzeczywistości. Dla Marty’ego zaś dziewczyna stanowi bezpieczną przystań, do której może spokojnie wrócić gdy jego megalomańskie wizje zderzają się ze ścianą. W efekcie Rachel staje się najbardziej dotkniętą ofiarą narcyzmu protagonisty. Marty bez namysłu wciąga ją w spiralę kłamstw, oszustw i niebezpiecznych przekrętów. Wydawać by się mogło, że momentem w którym główny bohater zdejmie nogę z gazu” będzie wiadomość o ciąży Rachel. Jednak perspektywa ojcostwa i odpowiedzialności, przepuszczona przez egocentryczny filtr, okazuje się być jedynie szumem, wadzącym w drodze ku chwale.


Odessa A’zion w filmie „Wielki Marty”

Chalamet przekonująco udźwignął ciężar tej roli, kreując postać bezwzględną i moralnie odrażającą, a zarazem przepełnioną urokiem i charyzmą, która nie pozwala oderwać wzroku od ekranu. Warto odnotować, że dla samego Timothéego występ ten stanowi ogromny krok naprzód. Na przestrzeni ostatnich lat widać ambicję aktora, by sięgać po coraz bardziej wymagające i – co najważniejsze – zróżnicowane role. Pozostaje trzymać kciuki, by wysiłek włożony w odegranie cwanego tenisisty zaowocował Oscarem, a sama statuetka jeszcze bardziej rozpędziła tę już teraz niezwykle imponującą karierę.

Oszlifowany Diament

 

Duet reżyserski Josh i Benny Safdie w ostatnich latach dał się poznać jako jedno z największych objawień kina amerykańskiego. W swoich produkcjach, takich jak Good Time czy Nieoszlifowane diamenty, niezaprzeczalnie udowodnili swoje umiejętności i wizjonerstwo, tworząc jedne z najbardziej brawurowych filmów ostatnich lat. Gdybyśmy byli zmuszeni opisać ich kino wyłącznie jednym słowem, bez dwóch zdań brzmiałoby ono: chaos. Oczywiście chaos kontrolowany, wymierzony z ogromną precyzją, przypominający dwugodzinny atak paniki, prowadzący w najmniej spodziewane kierunki. Kręte drogi do rozwiązania głównego konfliktu zdają się być ich ulubionym motywem. Kiedy widz myśli, że sytuacja głównego bohatera nie może być już bardziej zagmatwana, wszystko wywraca się do góry nogami, rzucając mu pod nogi coraz to nowe kłody.

Liczne twisty przy akompaniamencie rewelacyjnie wymierzonego humoru i niejednoznacznych bohaterów tworzą pigułkę oferującą śmiech, łzy, śmiech przez łzy oraz dynamiczną akcję pędzącą na złamanie karku. Zarówno Good Time, jak i Nieoszlifowane diamenty stanowią dziś klasykę współczesnego kina. Nic więc dziwnego, że cały filmowy świat z wypiekami na twarzy wyczekiwał kolejnych ruchów w karierze braci.

 


Josh i Benny Safdie, zdjęcie autorstwa Matta Martina

Nowy rozdział filmografii braci Safdie zaczął się od bardzo niepokojącej informacji. W 2024 roku Benny Safdie potwierdził, że drogi reżyserskie braci się rozchodzą. Mówiło się o rzekomym konflikcie Benny’ego z Joshem, ten jednak zapewniał, że odeszli od współpracy w przyjacielskich stosunkach, a rozłam stanowił naturalny etap w rozwoju ich karier. Do dziś wokół tego rozstania krąży wiele plotek i budzi ono sporo wątpliwości. Bez względu na wszechobecne znaki zapytania, bracia uparcie starają się unikać tematu, a Benny, zapytany, czy nakręciłby kolejny film ze swoim bratem, odpowiedział prostym: „nie wiem”.

Co intrygujące, solowe projekty braci obrały bardzo podobny kierunek. Podczas ubiegłego festiwalu filmowego w Wenecji Benny zaprezentował swój pierwszy samodzielny obraz: The Smashing Machine, oparty na prawdziwej historii utytułowanego zawodnika mieszanych sztuk walki, Marka Kerra. Tak więc bracia, pracując osobno, opowiedzieli pozornie zbliżone historie – dramaty sportowe portretujące drogę na szczyt niezłomnych mistrzów w swoich dyscyplinach. Co prawda jedna solowa produkcja po wieloletniej współpracy stanowi małą próbkę statystyczną, jednak The Smashing Machine i Wielki Marty mogą wskazywać na aspekty, które były priorytetowe dla każdego z nich podczas wspólnego tworzenia. Pora więc zadać pytanie: czy Wielki Marty zmierza w kierunku niespotykanym wcześniej w filmografii braci Safdie?

Do ostatniej kości

 

Odpowiedź jest zaskakująco prosta i brzmi: nie. Wielki Marty stanowi naturalne przedłużenie dorobku braci Safdie. Właściwie oglądając ten film bez wiedzy o rozłamie duetu, niemożliwym byłoby doszukanie się jakichkolwiek przesłanek świadczących o ich rozstaniu. Benny w swoim The Smashing Machine, pomimo czerpania z wcześniejszych produkcji, postawił na odwzorowanie historii sportowca, skupiając się na ludzkim aspekcie bohatera i ukazując wzloty oraz upadki na wyboistej drodze ku gwiazdom. Josh z kolei wykorzystał sportowy background, by opowiedzieć kolejną chaotyczną historię, w której protagonista – próbując wykiwać wszystkich wokół – doprowadza do absolutnej destrukcji, a jego sytuacja komplikuje się z każdą kolejną decyzją.


Josh Safdie i Timothée Chalamet na palnie filmu „Wielki Marty”, A24

W tym miejscu warto uderzyć w sedno: Wielki Marty to dramat sportowy jedynie na papierze. Choć tenis stołowy spina narrację klamrą, dominując w otwarciu i finale, to serce filmu pulsuje czystym, safdiowskim chaosem. Marty, zdesperowany, by zdobyć sporą sumę pieniędzy, rzuca się w wir niefortunnych sytuacji – mąci, kradnie i manipuluje każdą napotkaną osobą, co błyskawicznie owocuje kaskadą absurdalnych kłopotów. W rezultacie droga z punktu A do punktu B przestaje być prostym odcinkiem; staje się nerwową, powykrzywianą spiralą, w której każdy krok do przodu generuje dziesięć nowych, nieprzewidzianych problemów i wiele kroków wstecz.

Marketing Wielkiego Marty’ego karmił nas wizją klasycznego dramatu sportowego w widowiskowym wydaniu. Nawet otwarcie filmu zdaje się utwierdzać widza w przekonaniu, że czeka na niego przeprawa przez kolejne sety, zwycięstwa, porażki, litry wylanego potu i piękne zwieńczenie w postaci triumfu i chwały w finale. To jednak haczyk, skrycie zastawiony przez Josha Safdiego. Właśnie tutaj objawia się jego reżyserska wielkość: filmowiec prowadzi nas po sznurku znanych tropów i schematów tylko po to, by w najmniej oczekiwanym momencie zaskoczyć nas ukochanymi przez siebie zwrotami akcji i jazdą bez trzymanki. Nie jest to zresztą pierwszy raz, kiedy reżyser pogrywa z widzami w ping-ponga, zgrabnie odbijając życzeniowe piłeczki.

Estetyka tamtych dni

 

Nie sposób rozmawiać o Wielkim Martym, pomijając skalę technicznych aspektów tego filmu. Produkcje braci Safdie przyzwyczaiły nas do najwyższej dbałości o szczegóły i nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła Josha. Zdjęcia, montaż, muzyka, scenografia oraz kostiumy umożliwiają odczuwanie tej produkcji w całości – przeżywanie historii całym sobą, a nie jedynie jej oglądanie.

Za zdjęcia odpowiedzialny jest Darius Khondji, znany z takich produkcji jak Siedem Davida Finchera czy wcześniejszy film braci Safdie – Nieoszlifowane Diamenty. Khondji kreuje wizję lat 50. przesiąkniętą brudem i klaustrofobią, rezygnując z cyfrowej sterylności na rzecz taśmy 35 mm. Zestawienie spranych brązów z neonowymi przebłyskami tworzy estetykę unikatową, która synergicznie współgra z brudnymi realiami historii i jej szaleńczą dynamiką.


Darius Khondji wraz Joshem Safdiem na planie filmu „Wielki Marty”

Josh Safdie we wcześniejszych produkcjach przyzwyczaił nas do zamiłowania w umiejscawianiu kamery tak, by wydawała się nieobecna, co daje nam wrażenie podglądania scen przez dziurkę od klucza. Szerokie plany gwałtownie ścierają się tu z ekstremalnymi zbliżeniami, potęgując niepokój i wrażenie obserwowania bohaterów niczym pod mikroskopem. Na szczególne wyróżnienie zasługują sekwencje rozgrywek tenisa stołowego. Szarpana, rwana praca obiektywu zmusza nas do obserwowania pojedynków na krawędzi fotela. W napięciu śledzimy każdy mikroruch nadgarstka i trajektorię piłeczki, drżąc o wynik do samego końca.


kadr z filmu „Wielki Marty”, reż. Josh Safdie

Ścieżka dźwiękowa, za którą odpowiada stały współpracownik SafdichDaniel Lopatin (Oneohtrix Point Never) – to pulsująca synthpopowa podróż. Muzyka ta skutecznie podbija stres oraz nerwowość poczynań protagonisty,  przenikając umysł widza jeszcze na długo po wyjściu z kina. Niezwykle intrygującym, a zarazem kluczowym zabiegiem jest muzyczna anachronizacja. Ścieżka dźwiękowa w Wielkim Martym swoim klimatem mocno nawiązuje do lat 80. Wsparta jest ona wzmożoną obecnością kultowych hitów z tych właśnie czasów, jak choćby Forever Young zespołu Alphaville, które hipnotyzująco otwiera film. Pozornie sprzeczne zestawienie w niewyjaśniony sposób działa nad wyraz dobrze, cementując klimat całości i nadając mu charakterystycznego sznytu.

Nowy Jork, Londyn i Tokio w recepcji Safdiego stanowią tętniące życiem ekosystemy. Scenografię są przepełnione detalami: od odrapanych ścian w klubach ping-pongowych, po duszne, zagracone biura aż po aż po chłodny blichtr lobby pięciogwiazdkowych hoteli. Tak obsesyjne dopieszczenie detali umożliwia chłonięcie filmu w hiperodkładny, bez małą fizyczny sposób. Kadry przesiąknięte są potem, zapachem świeżo mielonej kawy, czy dymem papierosowym.


kadr z filmu „Wielki Marty”, reż. Josh Safdie

Kolejnym dowodem na chirurgiczną precyzję w produkcji są kostiumy spod ręki projektantki Miyako Bellizzi. Kreacje w Wielkim Martym odrzucają hollywoodzki retusz lat 50. na rzecz brudnego realizmu epoki. Zarówno kroje i materiały stanowią odpowiednik 1:1 ze stanem faktycznym tamtego okresu, a każda stylizacja niesie za sobą historie. Dbałość o detale nie opuszczała Belizzi na każdym etapie kreowania kostiumów. W ekstremalnych zbliżeniach kamery Khondjiego widać każdą wypłowiałą nitkę, pognieciony mankiet czy ślady wielokrotnego zaprasowania. To właśnie te niuanse pozwalają powołać do życia pełnokrwiste postacie, niezbędne do immersyjnego przeżywania filmu. 


kadr z filmu „Wielki Marty”, reż. Josh Safdie

Techniczne rzemiosło Wielkiego Marty’ego nie przeszło bez echa, co zaowocowało w pełni zasłużonym gradem oscarowych nominacji. Szczególnie satysfakcjonuje przełamanie skostniałych standardów w kategorii najlepszych kostiumów. Niezrozumiałą decyzją wydaję się być brak nominacji Daniela Lopatina za jego muzyczne dokonania w filmie.

As serwisowy

 

Marty w pełni zasłużenie zapracował na tytuł „wielkiego”. Mało który film w ostatnim czasie ma tak ogromny potencjał, by zapisać się na kartach historii jako przyszła klasyka kinematografii. Josh Safdie, pracując tym razem solo, jawi się jako twórca jeszcze bardziej świadomy swojego unikatowego stylu. Choć osobiście bliżej mi do Good Time czy Nieoszlifowanych diamentów, to właśnie Marty wydaje się produkcją, która porwie tłumy i na dobre ugruntuje pozycję reżysera. Jako fanboy kina braci Safdie przyjąłem wieść o ich rozstaniu z obawą, jednak po premierze dwóch samodzielnych projektów pozostaje mi jedynie cieszyć się z tej decyzji – oznacza ona bowiem, że czeka nas dwa razy więcej wybitnego kina. A kto wie, czy drogi braci jeszcze kiedyś się nie skrzyżują? Nigdy nie mów nigdy.

Kropkę nad „i” stawia Timothée Chalamet. Stawia ją, nie pytając nikogo o zdanie, z niepodrabialną pewnością siebie i cwaniackim uśmieszkiem pod nosem. Jeżeli ktoś jeszcze miał wątpliwości co do talentu Timmy’ego, po Wielkim Martym nie powinien ich już mieć. Chalamet oddycha tą rolą całym sobą, tworząc postać, nad którą widz pochyla się na długo po seansie. Poświęcenie dla filmu poza planem zdjęciowym to również coś o czym nie można zapomnieć. Oddanie lejcy Marty’emu Mauserowi przez Timothéego w kampanii marketingowej przeobraziło się w niezapomniany performance, który przyciągnął do sal kinowych rzesze ludzi. Tak się to robi. SCHWAP!

Wielki Marty na stałe zawitał do polskich kin od 30 stycznia!

tekst: Szymon Mazurkiewicz

 

O filmie Wielky Marty rozmawiali Szymon Mazurkiewicz i Justyna Czuchrij w ramach audycji Pełna kultura.