„Miłość w czasach apokalipsy”: zamiast o końcu świata, o końcu samotności
Czy miłość jest ostatecznym ocaleniem wobec świata mierzącego się z narastającym kryzysem klimatycznym? Odpowiedzią jest film Miłość w czasach apokalipsy w reżyserii Anne Émond.
Film miał światową premierę 18 maja 2025 roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes. Polscy widzowie musieli jednak uzbroić się w cierpliwość — do naszych kin trafił dopiero 8 maja 2026 roku, niemal rok po festiwalowym debiucie.
Mam taki głęboki smutek w sobie
Adam (Patrick Hivon) mieszka w małym miasteczku pod Montrealem i prowadzi dość skromne, uporządkowane życie. Na co dzień zajmuje się schroniskiem zamieszkiwanym przez gromadę rozbrykanych psów. Na pierwszy rzut oka zdaje się, że wszystko ma pod kontrolą. Nic bardziej mylnego, gdyż cierpi on na solastalgię. Czuje ogromny smutek oraz lęk ekologiczny związany z degradacją otaczającego go świata. Ma nieustanne przeczucie, że zmiany klimatu osiągają katastrofalny punkt krytyczny, a ludzie są tylko „karaluchami świata” i nie robią nic, co mogłoby ich uratować. W celu poprawy swojej sytuacji przyjmuje leki przepisane mu przez psychiatrkę oraz decyduje się spróbować solarnej lampy terapeutycznej. Podczas pierwszej sesji naświetlania przeżywa coś w rodzaju załamania nerwowego i dzwoni na numer dołączony do instrukcji obsługi lampy.
Uczucie zaczęło się od rozmowy
Mężczyzna jest przekonany, że dzwoni na telefon zaufania. To była jego pierwsza myśl po znalezieniu kartki z numerem telefonu. Odbiera Tina (Piper Perabo). Mimo, że w trakcie rozmowy uświadamia go, że tak naprawdę dodzwonił się na infolinię działu technicznego, rozmowa trwa dalej. Żartują, a on po raz pierwszy czuje się wysłuchany i zauważony. Dzwonią do siebie jeszcze kilka razy, a on jest już całkowicie zauroczony. Właśnie takiego głosu wsparcia potrzebował. Od tej pory nie czuje się już całkowicie sam pośród swoich lęków. Tak bardzo zaangażował się emocjonalnie, że dosłownie jest w stanie rzucić wszystko i przejechać z okolic Montrealu do Ontario, żeby sprawdzić, czy wszystko z Tiną w porządku i czy nie ucierpiała w wyniku okolicznego trzęsienia Ziemi. Relacja, która zaczęła się przypadkowym telefonem, staje się dla niego czymś znacznie ważniejszym — próbą odnalezienia sensu i bliskości w świecie, którego przyszłość wydaje mu się przesądzona.
Powracający sen
Bohater cierpi na bezsenność, jednak gdy już udaje mu się zasnąć doświadcza powracającego snu. Jest w nim zupełnie sam pośród terenu polarnego. Są to naprawdę wyjątkowe kadry, którym towarzyszy klimatyczna muzyka. Ten obszar to zupełne przeciwieństwo miejsca, w którym żyje na co dzień. Gdy poznaje Tinę, relacja z nią zaczyna przenikać również do jego podświadomości. Wówczas pada śnieg, który Adam uwielbia, po czym razem kładą się na ogromnej warstwie świeżego opadu, jakby nie liczyło się nic poza tym właśnie momentem. Być może Adam pokładał tak wielkie nadzieje w terapii solarnej, bo biel przez nią wydzielana przypominała mu tak samo jaskrawą biel śniegu ze snów?
Frustrujący znak zapytania
Sny, lęki i obsesje Adama budują portret bohatera wyraźnie wyobcowanego społecznie. Prawdopodobnie jest w spektrum autyzmu, jednak jedyne potwierdzenie, jakie na ten temat można znaleźć w filmie to wypowiedź Romy (Elizabeth Magaren): Boże, jestem odrzucana przez 40-letniego neuroatypowca!. Poza tym, postać Tiny nie zostaje zgłębiona, scenariusz nie daje wystarczającego wytłumaczenia jej determinacji wobec Adama.
Ze względu na humorystyczny charakter filmu pojawiają się sceny ekscentryczne, przepełnione ironią. Momentami wydają się przesadzone, jak na przykład nalot narkotykowy. Wówczas ma się wrażenie, że zostały dodane tylko po to, żeby tym bardziej nazwać film komedią. Jednak ze względu na poważną tematykę, jaką w dużej mierze są choroby psychiczne, trudno jest w takiej skali operować żartem i ironią. W tym przypadku się to udaje, co przypomina trochę serial After life w reżyserii Rickiego Gervaisa.
Wszystkie te elementy — eko-lęk, samotność, potrzeba bliskości i obsesja końca świata — prowadzą do niejednoznacznego finału. Zakończenie, jak i sam plakat filmowy mogą wywoływać nawet biblijne skojarzenia. Dwoje ludzi swoją miłością i naturalnością zwalcza apokalipsę. Poza nimi nie ma nic więcej, bo liczą się tylko oni. Ich dwoje przeciwko światu. W kontrze do wcześniejszych snów bohatera, scena wydaje się szokująca. W swoich marzeniach sennych pragnął on zimna, śniegu. W ostatniej scenie natomiast uprawia on z Tiną miłość pośrodku kwiecistej łąki. Czy to oznacza, że apokalipsa się spełniła, a ponadczasowość ich miłości realizuje się w raju? Czy może musieli cofnąć się do początku, prymitywnego pierwowzoru, aby osiągnąć szczęście? Pole do interpretacji jest tutaj szerokie.
O filmie Miłość w czasach apokalipsy posłuchacie również w ramach audycji Pełna Kultura:
tekst: Martyna Kąkolewska, red. Marek Kopel
fot. kadr z filmu „Miłość w czasach apokalipsy”, reż. Anne Émond