Młyn – Fajastarta

W gronie potencjalnych odniesień słowa „młyn” znajdują się między innymi: kultowy kawałek z płyty Mobbyn – Mobbyn, stały fragment gry w rugby (w którym, jako zawodnik Posnanii, brał udział wuja Bonusa BGC), niedzielne targowisko na Sołtysowicach, a także wrocławski zespół, który właśnie wypuścił pierwszy singiel promujący nadchodzący album. Każdy z tych tematów jest godzien omówienia, ale póki co skupmy się na tym ostatnim.

Nowy album długogrający Młynu zwie się Cały ten jazz, co jest oczywiście nawiązaniem do odcinka Świata według Kiepskich o tym samym tytule, ale stanowi też próbę ujęcia twórczości zespołu w jakieś ramy gatunkowe. Trio Rosiński – Milewski – Wdowikowski ma z jazzem mniej więcej tyle samo wspólnego, co duet Stockton – Malone, czyli jednocześnie bardzo dużo i nie za wiele. Z jednej strony, żadnej bardziej pasującej łatki nie znajdziemy, a muzyka młynarzy ma tę niedefiniowalną, ale kluczową dla jazzu cechę, jaką jest mityczny groove. Z drugiej, nie brzmi to ani trochę jak zespoły Davisa, Coltrane’a czy Mariana „Ptasznika” Paździocha, który w klubie jazzowym Sibidżibi wyjaśnił Boczkowi, że gra czarny jazz, bo ma soulową duszę i czarne serce. Jeśli Młyn gra jazz, to na pewno jest on biały jak, nie przymierzając, Tony Jazzu.

Póki co z Całego tego jazzu dostaliśmy Fajastarta, drugi kawałek z tracklisty. To w gruncie rzeczy bardzo przyjemna kompozycja, której główna melodia zasiedliła moją głowę bez płacenia czynszu niczym dobry popowy motyw. W tle gra nam syntezatorowe staccato, które poprzez ciągłe modulacje dostarcza słuchaczowi porządnej stymulacji, a perkusja daje całości napęd godny jeśli nie sułtanów swingu, to chociaż bejów bitu. Podobno jazzu nikt nie kuma, man, ale przebojowy Fajastarta powinien podejść nawet takim słuchaczom, którzy jazz kojarzą głównie z tych tandetnych tytułów płyt Ostrego.

Jan Rostek