Niby kino a jednak muzyczny pokaz, czyli kilka myśli o filmach koncertowych
Gra świateł, niemal ogłuszająca muzyka, bas wyczuwalny w całym ciele, napierający zewsząd tłum… brzmi znajomo? To opis standardowego doświadczenia koncertowego. Teoretycznie skrajnie dyskomfortowego, praktycznie — jedynego w swoim rodzaju, fascynującego i wciągającego. Czy dałoby się bez tego? Być może. Istnieją przecież filmy koncertowe, które jako alternatywa muzyki na żywo przeżywają obecnie prawdziwy renesans i gromadzą przed wielkimi ekranami pokaźną publiczność.
Mariaż sztuk
Łączenie różnych form wyrazu artystycznego nie jest w kulturze niczym nowym. Pola aktywności w sztuce romansują ze sobą, wchodzą w relacje i interakcje, eksperymentują czy wzajemnie się uzupełniają. Najlepszym tego przykładem jest performance, który integruje m.in. elementy plastyczne, audiowizualne oraz akt ruchu, a warunkuje go jedynie obecność osoby artysty w określonych kontekstach – czasu, miejsca, okoliczności. I tak pierwsze nagrania wydarzeń muzycznych pojawiły się wraz z rozwojem kinematografii, a z nią technologii nagrywania i możliwości przenośnego, bardziej kompaktowego sprzętu. Nie sposób jednoznacznie określić, czy te proto-filmy koncertowe powstawały z potrzeby uwiecznienia czegoś tak niepowtarzalnego i ulotnego jak instrumentalny lub wokalny popis, czy może były jedynie okazją do przetestowania w praktyce technicznych nowinek. Niezależnie od pierwotnych pobudek takie produkcje, i to zmierzające w stronę pełnych metraży, ukazywały się już w latach 40. ubiegłego stulecia. Kolejne kamienie milowe przypadają na lata 60. i 70. Narodziny kontrkultury i fenomen stadionowego rocka sprzyjały eksperymentom, zarówno w sztuce, jak i w wymiarze społecznym, a nawet politycznym. Na wspomnienie zasługują filmy Woodstock w reżyserii Michaela Wadleigha oraz The Last Waltz Martina Scorsese. Pierwsza produkcja łączy formę dokumentu społecznego z próbą uchwycenia momentu kulturowego zjawiska, druga to przykład autorskiego filmu, stworzonego podczas pożegnalnego koncertu kanadyjskiego zespołu The Band. Ich zestawienie pozwala zauważyć kluczowe zjawiska związane z filmowaniem muzycznych wydarzeń: rejestrację doświadczeń oraz ich dokumentalny, pozakulisowy charakter.
W Pełnej Kulturze Basia Winkel i Milena Morcinek wspomniały też o kolejnych punktach na mapie fenomenu koncertowych filmów – zwyczaju oglądania ich w umuzykalnionych domach, kultowym Talking Heads: Stop Making Sense z 1984 w reżyserii Jonathana Demme’a oraz działającym w latach 90. i na początku XXI wieku cyklu MTV Unplugged.
Dla mnie zawsze filmy koncertowe kojarzyły się z oglądaniem ich w domu. Przyjeżdżał mój wujek i mówił „okej Basia, musisz się trochę doedukować, puszczę Ci jakieś filmy” i puszczał back to back Daft Punk, później Amy Winehouse i ja po prostu musiałam to wszystko pamiętać i się edukować. I to kiedyś była taka forma, żeby zapoznać się z ikonicznymi koncertami.
Jak dla mnie niesamowitym doświadczeniem był film Stop Making Sense od Talking Heads. Jest to definitywnie mój ulubiony, do którego często wracam, po prostu słuchając live’a tego albumu, ponieważ uważam, że jest to idealnie wykonane. A poza tym oglądać to, jak oni się zachowują i jak występowali wtedy, jest niesamowite. I uważam, że ten koncert naprawdę załapał całą kwintesencję tego zespołu.
Myślę, że MTV Unplugged jest świetnym tego przykładem, ponieważ oni jednak z tego zasłynęli, że nagrywali te koncerty, które tam się działy. Trudno tu nie wspomnieć o słynnym koncercie Nirvany, który też chyba znam na pamięć, ponieważ jest jednym z moich ulubionych.
Współczesny boom na tego rodzaju produkcje wiąże się z wielkimi sukcesami filmów Taylor Swift: The Eras Tour oraz Renaissance: A Film by Beyoncé. Oba ukazały się w 2023 roku i stanowiły uzupełnienie tras koncertowych artystek. Zarówno wydarzenia na żywo, jak i wersje kinowe zgromadziły ogromną publiczność, co ustanowiło pewien precedens. Filmy koncertowe stały się niemal standardem pośród obecnej generacji gwiazd oraz spopularyzowały odświeżanie nagrania twórców sprzed lat.
To jest bardzo ciekawe zjawisko, ponieważ nie pojawiają się jedynie nowe filmy koncertowe artystów, którzy są nam współcześni, ale też wracają filmy koncertowe, które pojawiały się we wcześniejszej dekadzie, we wcześniejszych latach i są one remasterowane i możemy na nowo je wszystkie podziwiać – w Pełnej Kulturze mówiła Milena Morcinek.
Dlaczego teraz?
Skoro udało się za pierwszym razem, może powiedzie się również za kolejnym. A przynajmniej wydaje się, że w ten sposób do filmów koncertowych podchodzi marketing po 2023 roku. Celowe zaplanowanie premiery takiego rodzaju produkcji, umożliwia przedłużenie medialnego szumu wokół artysty oraz konkretnej trasy już po jej zakończeniu. Sam zysk z biletów może być cennym źródłem dochodu na muzycznym rynku. Wydaje się również, że popularność takich filmów wiąże się z sytuacją ekonomiczną fanów oraz specyfiką ich środowiska. W świecie rosnących cen, wejściówki na wydarzenia na żywo, szczególnie artystów o nośnych i dużych nazwiskach, są coraz droższe. Z tego powodu koncerty stają się niemal luksusem, niedostępnym dla niektórych fanów. Dodając do tego znany marketingowy zabieg celowej niedostępności oraz fizyczne ograniczenia przestrzeni eventowych, nierzadko dochodzi do kryzysów dostępności i szybkiego wyprzedawania tras. W takich okolicznościach bilety do kina, nawet nieco droższe niż na klasyczny filmowy seans, to świetna i finansowo opłacalna alternatywa. Ważnym elementem napędzającym rynek produkcji filmowych z koncertów jest rola internetu, szczególnie mediów społecznościowych, na sposób konstruowania się społeczności wokół artystów i ich twórczości. To już nie tylko zwykła sympatia czy zafascynowanie, ale i styl bycia, samopoczucie, charakterystyczne zachowania oraz możliwość zawierania znajomości, które wręcz opierają się na tych samych idolach lub idolkach. Artyści odpowiadają na potrzeby fanów i oprócz typowo muzycznej działalności, angażują się także w aktywności medialne – udzielają wywiadów, biorą udział w podcastach czy wreszcie prowadzą własne konta na wielu portalach. Dzięki temu budują wrażenie większej bliskości oraz wprowadzają fanów w więcej sfer swojego życia i twórczości, co ma też przełożenie na obecność elementów dokumentu w filmach z ich koncertów.
Można zauważyć od niedawna albo tak od paru lat taki trend, jeżeli chodzi o samo wypuszczanie produktów, czy to filmów czy czegokolwiek, że tak naprawdę samą rolę marketingową nie gra reklama, tylko już making of-y z tego, czyli właśnie to, co działo się – sam proces tworzenia. I to właśnie w jakiś sposób przybliża tego widza. Myślę, że też w dobie AI, gdzie można wszystko wygenerować, jednak pokazywanie tego, że to się robiło samemu, że to była włożona praca ludzka, że na to poświęciło się kilkanaście godzin buduje w jakiś sposób więź z samym twórcą i z produktem. Ale tutaj, nawiązując do tych filmów koncertowych to myślę, że też bardzo zbliża do artysty, gdzie jednak widzimy, jak on się porusza może gdzieś za tą sceną, musi gdzieś przejść, z kimś rozmawiać, jakieś małe rozmowy typu „o, już nie dam rady” albo „tracę głos”, „podaj mi wody” — wspomniała Zuza Szarczyńska podczas Pełnej Kultury.
Co więcej, przenikanie materiałów z koncertów do social mediów w pewnym stopniu wywołuje FOMO. Fani, którzy nie mogli uczestniczyć w konkretnym evencie, obserwując amatorskie nagrania w internecie, czują, że ominęło ich coś ważnego. Z perspektywy marketingowej jest to pożądany efekt, ponieważ nawet po zakończeniu konkretnej trasy jest ona szeroko omawiana publicznie. Nietrudno zauważyć w tym szansy na monetyzację. Wykorzystując rozwój nowoczesnych technologii, które pozwalają na zaawansowaną rejestrację dźwięku i obrazu. Dzięki temu możliwe stało się stworzenie świetnych jakościowo materiałów oraz ich realizacje na wielkim ekranie, zbliżających się do oddania charakteru doświadczenia koncertowego.
Jak to wygląda w praktyce?
W ostatnim czasie udało mi się zobaczyć w kinie dwa filmy koncertowe: Twenty One Pilots: More Than We Ever Imagined oraz Hit Me Hard and Soft: The Tour od Billie Eilish. Oba łączyły w sobie formułę rejestracji konkretnego wydarzenia z trasy z elementami dokumentującymi backstage.
Pierwszy, w reżyserii długoletniego przyjaciela zespołu Marka C. Eshelmana, w znakomity sposób operował możliwościami montażowymi tego rodzaju produkcji. W trakcie filmu Tyler Joseph i Josh Dun — artyści tworzący Twenty One Pilots — tłumaczyli, jak istotne jest dla nich celowe planowanie występów, tak aby regulować silne emocje tłumu. Po wysokoenergetycznych numerach zwykle wybierają te, które pozwalają na wyciszenie, skupienie, a w efekcie wzruszenie, wywołane skupieniem na warstwie tekstowej wykonywanych utworów. Struktura More Than We Ever Imagined była tego odbiciem, montażowo zestawiając głośne sceny koncertowe z następującymi później wyraźnie cichszymi fragmentami dokumentalnymi. Przemyślane rozwiązania w warstwie formalnej produkcji współgrały z charakterem całej twórczości zespołu. Szybki ruch kamery, skupienie na konkretnych niuansach ruchu muzyków oraz miejsc na scenie, tworzyły swego rodzaju narrację. Opowiadanie historii, ich kontynuowanie, łączenie, nabudowywanie i dodawanie kolejnych postaci do kreowanego w ten sposób świata, jest strategią artystyczną Twenty One Pilots, która przyświeca im od początku kariery. Zbliżone kadry, zwracające uwagę na konkretny element koncertowego storytellingu oraz uzupełnienie ich odautorskim komentarzem spoza eventu jedynie potęgowały wrażenie inteligentnej i konsekwentnej intencjonalności.
Nagranie koncertu Billie Eilish powstało we współpracy z Jamesem Cameronem. Jego wieloletnie doświadczenie w wykorzystywaniu rozwiązań technicznych i technologicznych do wzmacniania wrażenia immersyjności materiału filmowego było zdecydowanie jedną z najmocniejszych stron tej produkcji. Zastosowano bowiem kamery 3D nowej generacji, które umożliwiły zobaczenie artystki z bliska, dosłownie! Nie bez powodu, zarówno na promujących premierę plakatach, jak i w napisach końcowych, Billie jest także wymieniona jako reżyserka. Materiały zakulisowe we fragmentach dokumentalnych, pokazały jak duży wpływ miała na wizualny aspekt produkcji. Jej inicjatywą było m.in. dołączenie do filmu perspektywy pierwszoosobowej. Na scenie do jej dyspozycji znalazły się zatem kamery, które niejednokrotnie brała do ręki, pokazując siebie samą, ale i to, co widzi wokół. W ten sposób uhonorowała swoich fanów, którym oddała czas ekranowy oraz uwagę widzów w kinach.
Trudno jednoznacznie określić, czy filmy koncertowe należy oceniać w kategoriach filmowych czy muzycznych. Jeszcze większym wyzwaniem jest stworzenie opisu, który traktowałby je jako konkretne wydarzenia kulturowe w odseparowaniu od interpretacji narzucanej przez stopień wiedzy o konkretnych wykonawcach oraz perspektywy fanowskiej. Jedna rzecz pozostaje jednak bezsporna: potencjał technologiczny oraz immersyjny takich produkcji może pchnąć je w jakość doświadczania, której jeszcze nie mieliśmy okazji przeżywać jako widzowie kin. Takie fascynujące zjawiska warto obserwować — ja na pewno będę.
Więcej na temat fenomenu filmów koncertowych mówiły w Pełnej Kulturze Basia Winkel, Zuza Szarczyńska, Milena Morcinek oraz Marta Wonskowska:
tekst: Marta Wonskowska, red. Martyna Kąkolewska
fot. Facebook — Cinema City Poland