“Patchworki, puzzle i potworki, czyli mieszkania we Wrocławiu” – spacer z Joanna Wicherską
Podczas licznych spacerów odkryłam zupełnie inne miejsca, które jeszcze lepiej pokazują, jak wyjątkowe są wrocławskie mieszkania i domy. Osiedle na Sępolnie układające się w kształt orła, słynne “sedesowce”, trzonolinowiec, galeriowce, blok-okręt na Psim Polu i oczywiście wspaniałe kamienice – to tak naprawdę kropla w morzu dachów unoszących się nad miastem. Zabiorę Was w podróż do miejsc nieco wyrwanych z kontekstu.
Domy w pigułce
Historia mieszkalnictwa we Wrocławiu tak naprawdę rozpoczyna się we wczesnym średniowieczu. Linię miejskiego horyzontu kształtowały dachy chłopskich chat oraz zamki i klasztory. Renesans ożywił barwami miejską tkankę, kolorując kamieniczki. Najwięcej zmian przyniosła rewolucja przemysłowa, która postawiła kamienice czynszowe i murowane domy na przedmieściach. Początek XX wieku to prawdziwa uczta dla oczu; fikuśne secesyjne zdobienia zmieniły się w gładkie i pragmatyczne bryły modernistycznych willi i kamienic robotniczych. “Bohaterowie” tego tekstu powstali między 1920 a 1980 rokiem ubiegłego wieku.
Chaotyczną odbudowę po II wojnie światowej charakteryzowały m.in. kilkupiętrowe bloki bez wind, i proste kamienice bez zbędnych ozdób. Kolejne dekady wynosiły budynki na wyższe piętra w dobie postmodernizmu i socrealizmu; “wielka płyta”, osiedla wieżowców ciągnących się jak Mur Chiński i abstrakcja lat 90’. Współczesność nie może się zdecydować, czy bardziej jej zależy na nowoczesnym “dizajnie”, czy na powrocie do korzeni poprzez odnawianie kamienic? Stawiać na naturę czy na prestiż? Deweloperski chów klatkowy ma się całkiem dobrze, ale na szczęście wciąż we Wrocławiu są miejsca, w których można się poczuć jak w domu.
Wrocławskie Notting Hill
Przypomnijcie sobie ten moment, kiedy chwyciliście w ręce kolorowe kredki i narysowaliście swój wymarzony domek. Koniecznie z okienkiem i płotkiem, po którym mógłby spacerować kot. A z okien, zamykanych kolorowymi okiennicami, wychylały się doniczki z kwiatami. Dachówki były ogniście czerwone, a ściany zamiast nudnej bieli pokrywały się różami, zieleniami, błękitami i żółcieniem. A co jeśli Wam powiem, że Wasze dzieła istnieją naprawdę? Ulicę Kamieniecką odkryłam przypadkiem, wybierając się na rowerową przejażdżkę. Ukryta w ciszy Tarnogaju przypomina ilustrację z książki Astrid Lindgren. Malutkie domki w różnych kolorach z niewielkimi ogródkami z tyłu były bardzo nowoczesne, jak na swój czas. Wybudowane w latach 1919-1930 osiedle łączyło funkcje wiejskiego domu z mieszkaniem w mieście. Ponadto posiadały kanalizację i bieżącą wodę, a także strych i piwnicę – idealne połączenie tradycji i nowoczesności. Urokliwa uliczka sprawia wrażenie, jakby istniała poza miejskim zgiełkiem. Pomimo sąsiedztwa pętli autobusowo-tramwajowej, bliskość ogródków działkowych i drzew pobliskiego skweru doskonale wycisza. Kolorowy sznur domków poprzedza zabytkowy kościół pod wezwaniem św. Stefana. Zatem mieliśmy Notting Hill, zanim stało się modne.
Swojska chińszczyzna
Wrocław dynamicznie się rozwijał. Mimo konieczności szybkiego zagęszczania architektury inżynierowie nie chcieli rezygnować z ciekawych form i nietypowych rozwiązań. Dzięki jednej z takich wizji powstały niezwykłe domki zwane…chińskimi, i choć mają rodowód wiejski, stanowią wspaniały przykład wrocławskiego modernizmu. 36 bliźniaczych domów o konstrukcji szkutniczej to dzieło Ernsta Maya. Wybudowane dla robotników rolnych w latach 20. XX wieku do dziś zdobią ulicę Strączkową na Ołtaszynie, choć w okrojonej liczbie. Domki charakteryzują się wysokimi dachami, poziomymi oknami i małymi ogródkami, a od kilkunastu lat mają także swojego krasnoludka, który zaprasza w baśniową okolicę.
Dom Czarownicy
Są takie miejsca, w których można poczuć dreszczyk emocji. Wielbiciele horrorów i fantasy powinni koniecznie odwiedzić dom nr 10 przy ul. Jana Ostroroga na Oporowie. Ogromny budynek z ciemnego drewna o nietypowym rozmieszczeniu okien chowa się między upiornymi gałęziami drzew. Wyłania się zza rogu i wprowadza nutkę niepokoju. Jeśli jednak uważacie się za odważnych i dysponujecie zapasem środków, to możecie wystawić się na próbę i nawet tam zamieszkać, ponieważ dom jest obecnie wystawiony na sprzedaż. Uważajcie jednak w nocy, bo może się okazać, że stukanie i tajemnicze dźwięki wcale nie są sprawką starej boazerii…
Wieczór „kawalerski”
Kawalerki zyskały na popularności w powojennej architekturze. Wielki blok, w którym można pomieścić wiele osób w malutkich mieszkaniach, był próbą nowoczesnego rozwiązania problemu. Taka budowa była tańsza i szybsza, co miało ogromne znaczenie w nowej rzeczywistości zniszczonego miasta. Nie wszystkie jednak kawalerki były od razu gotowymi mieszkaniami. W latach 70 i 80 we Wrocławiu było sporo hoteli robotniczych, które oferowały noclegi dla pracowników fabryk i kombinatów, takich jak Polar, Pafawag, Hutmen, ELWRO, czy Dolmel. Mieszkania były zazwyczaj dzielone przez kilku pracowników zakładu. Łazienki i kuchnie były wspólne i znajdowały się na korytarzach. Niestety sanitarne warunki często były dramatyczne; wiele budynków było zaniedbanych i pełnych robactwa. Ponadto w wielu hotelach dochodziło do przestępstw i przemocy. Przemiany ustrojowe i kryzys w latach 90. doprowadziły do upadku wielu zakładów, co wymusiło zmiany także w hotelach robotniczych. Część kwater, tak jak budynki przy al. Brücknera 40-46, została zlikwidowana, a niektóre zostały przemianowane na mieszkania, np. dawne hotele przy ul. Ostrowskiego i ul. Mieleckiej.
Miejska architektura potrafi zaskoczyć, a przewrotny los sprawił, że w dawnych kwaterach pracowniczych kwitnie zupełnie inne życie. Wielu nowych, młodych lokatorów nawet nie ma pojęcia o historii budynku, w którym mieszkają. Niemniej w dawnych domach robotników rolnych także może zamieszkać każdy, nawet jeśli nie ma zielonego pojęcia o rolnictwie. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze – dom i jego historia stale pisze się na nowo i służy kolejnym pokoleniom. Wrocław to niezwykłe miasto, w którym jak w kalejdoskopie odbijają się kolejne epoki i style architektoniczne. Łatwo można przenieść się w czasie i bez względu na to, w którą część miasta się udamy, zawsze będziemy u siebie.
tekst: Joanna Wicherska, red. aserafin