Przed zachodem słońca – Recenzja filmu „All of a Sudden”

Przed zachodem słońca – Recenzja filmu „All of a Sudden”

Bez absolutnie żadnych zaskoczeń Ryūsuke Hamaguchi po raz kolejny udowadnia swoją mistrzowską formę. Zaprezentowane w Konkursie Głównym tegorocznego festiwalu w Cannes All of a Sudden to dzieło, które od pierwszych minut zachwyca i opatula widza swoją wrażliwością. Serce filmu stanowi fenomenalny duet stworzony przez Virginie Efira oraz Tao Okamoto. Ich hipnotyzujący występ i niezwykła, budowana w długich rozmowach więź przyniosły im w pełni zasłużoną wspólną Złotą Palmę za najlepszą rolę żeńską.

 

Ryûsuke Hamaguchi dał się poznać jako mistrz kina subtelnego, osadzonego w długich ujęciach i wszechobecnym minimalizmie, z narracją wyjętą wprost z prozy Harukiego Murakamiego. Zasiadając na pokazie najnowszego dzieła reżysera – All of a sudden – wydawało mi się, że stąpam po sprawdzonym gruncie. Przyzwyczajony do delikatnego Drive My Car i zauroczony oszczędnym w wyrazie obrazem Zła nie ma, nie miałem pojęcia, że japoński twórca pójdzie ze swoją formułą o krok dalej.

Podwójne życie Weroniki przed wschodem słońca

 

Poczucie obcowania z czymś zupełnie nowym, połączone z oglądaniem „starego dobrego” Hamaguchiego, pięknie rymuje się z fabułą filmu. Trzon historii stanowi rozwijająca się przyjaźń dwóch kobiet. Jedna z nich, Marie-Lou (Virginie Efira), jest dyrektorką paryskiego domu opieki. Bohaterka stara się zreformować sposób funkcjonowania placówki, przekładając opiekę opartą na szacunku nad ślepą pogoń za wynikami (warto dodać, że mowa o ośrodku prywatnym, co w kontekście drugiego aktu staje się niezwykle wymowne). Drugą połowę filmowego duetu stanowi Mari (Tao Okamoto) – japońska reżyserka i scenarzystka teatralna, która w swojej twórczości porusza problemy osób z niepełnosprawnościami, oddając głos wykluczonym. Niczym w Przed wschodem słońca Richarda Linklatera przypadkowe spotkanie bohaterek zamienia się w całonocną rozmowę, a ta z kolei – w kilka wspólnie spędzonych dni. Kolejnym narzucającym się skojarzeniem jest Podwójne życie Weroniki Krzysztofa Kieślowskiego. W końcu dwie kobiety z różnych zakątków świata przeglądają się w sobie nawzajem niczym w lustrze, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, jakby znały się całe życie. Tym samym dynamika między bohaterkami stanowi zwinną analogię doświadczania filmu. Zderzenie ze sobą tego, co pozornie obce, przynosi kojące poczucie obcowania z czymś doskonale znanym i bliskim.

W pętli ryzyka i fantazji

 

Wspomnianych wcześniej „pięknych rymów” jest w filmie znacznie więcej. Wątki w scenariuszu Ryūsuke Hamaguchiego zazębiają się niczym trybiki w precyzyjnym mechanizmie. Obserwujemy tu bowiem liczne kontrasty: od niesienia pomocy w ramach codziennej pracy w placówce zestawionego z opowiadaniem o wykluczonych na deskach teatru, przez zderzenie francuskiego naburmuszenia z japońską skromnością, aż po tak subtelne zabiegi, jak fonetyczne podobieństwo imion bohaterek. Warto zatrzymać się na moment przy ideowych starciach obecnych w filmie, ponieważ ni stąd, ni zowąd reżyser postanawia poświęcić 40 minut drugiego aktu na swoisty wykład bohaterki na temat współczesnego kapitalizmu i jego wpływu na otaczającą nas rzeczywistość. Choć tak podany przekaz może początkowo budzić konsternację, to właśnie w nim upatruję geniuszu najnowszej produkcji japońskiego mistrza. Kiedy wydaje się, że trudno o urozmaicienie sprawdzonej, opartej na dialogach formuły, trzeba przyznać Japończykowi, że wciąż ma wiele asów w rękawie.

Choć metraż (3 godziny i 16 minut) na pierwszy rzut oka zwiastuje „drzemkę życia” (zwłaszcza w festiwalowym trybie funkcjonowania), to paradoksalnie stanowi jedną z największych zalet tej produkcji. Skłamałbym, twierdząc, że długość seansu nie jest fizycznie odczuwalna, jednak ani przez moment nie miałem ochoty zerknąć na zegarek. Obraz Hamaguchiego hipnotyzuje i otula nas niczym gruby koc, spod którego najzwyczajniej w świecie nie chcemy wychodzić. Każda minuta pogłębiająca relację bohaterek wywołuje szczery uśmiech i przywraca wiarę w drugiego człowieka. Chciałoby się, aby Marie-Lou i Mari gawędziły tak bez końca. Obserwując niezwykłą chemię między aktorkami, niezwykle cieszy fakt, iż obie aktorki wyjechały z festiwalu w Cannes z w pełni zasłużoną Złotą Palmą za najlepszą rolę żeńską.

 

„Poezja jest nieprzetłumaczalna, podobnie zresztą jak cała sztuka”.

 

Z tym cytatem z Nostalgii Andrieja Tarkowskiego na pewno zgodziłby się Goro (Kyōzō Nagatsuka), aktor teatralny i przyjaciel Mari. Odpowiadając na pytania po swoim występie, wyznaje, że tylko w ojczystym języku jest w stanie w pełni dzielić się artystyczną refleksją, co spotyka się ze sporym niezrozumieniem francuskiej publiczności. Przywołuję ten fragment fabuły nie bez powodu. Przed seansem miałem ogromne obawy związane z realizacją przez Hamaguchiego projektu poza granicami ojczystej Japonii, bowiem transfery azjatyckich reżyserów na europejskie podwórko nierzadko kończą się niepowodzeniem. Jak nietrudno się domyślić z optymistycznego tonu tej recenzji – w tym przypadku jest inaczej. Epizodycznie odwiedzana przez bohaterki Japonia wspaniale współgra, zarówno wizualnie, jak i symbolicznie, z paryską scenerią, wzbogacając całość o kolejną warstwę i doskonale uzupełniając wymowę dzieła. W finale kultury obu krajów przeplatają się ze sobą, stanowiąc paralelę dla relacji samych bohaterek, odnajdujących coraz to nowe wspólne mianowniki. Tutaj możemy wrócić do wniosku postawionego wyżej: Hamaguchi odważnie wychodzi poza swoją strefę komfortu, silnie umacniając swoją monumentalną pozycję we współczesnym krajobrazie kinematografii.

 

Zła nie ma

 

Seans All of a Sudden Ryūsuke Hamaguchiego na festiwalu w Cannes był niczym widok rozstępujących się chmur po długiej ulewie. W konkursie zdominowanym przez niezwykle ciężkie tematycznie filmy, japoński reżyser wyciąga pomocną dłoń do widza, mówiąc wprost: „życie jest piękne, warto żyć”. Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało w tej spłyconej przeze mnie formie, o tym właśnie opowiada jego najnowsze dzieło. To trzyipółgodzinny, humanistyczny traktat o miłości do drugiego człowieka i wspólnotowym wsparciu, będący zarazem niespodziewanym powiewem świeżości w dorobku mistrza. Ścisła czołówka tegorocznego canneńskiego konkursu i kino, które zostaje bardzo blisko serca. Kochajmy się.

 

Szymon Mazurkiewicz