Przegrana Bitwa o Brno. O Polkach na Mistrzostwach Świata w unihokeju słów kilka
Zwykle początek mistrzostw świata w unihokeju kobiet wiązał się dla mnie z wytężoną pracą. Zakwaterowanie kadry w hotelu, pierwszy oficjalny trening na obiekcie meczowym, akredytowanie drużyny i oczywiście technical meeting u boku członków sztabów i kapitanek wszystkich reprezentacji. Potem już karuzela: przejazdy, mecze, posiłki, odprawy, przejazdy… Minęły lata i tym razem miałem poznać perspektywę mediów. Dziennikarzy, którzy żyjąc tym wydarzeniem 24 godziny na dobę, starają się odbić jego obraz dla swoich odbiorców.
Duet Brno i Ostrawa
Drugie co do wielkości miasto w Republice Czeskiej i historycznie jedno z największych miast w jakich kiedykolwiek odbywały się Mistrzostwa Świata w unihokeju Kobiet. Brno, bo o nim mowa, tegoroczny turniej o mistrzostwo świata kobiet organizuje wespół z Ostrawą. Dzieje się tak po 12 latach od organizacyjnego debiutu tego „duetu”. W odległym 2013 r. na czeskiej ziemi zwyciężyły hegemonki unihokeja ze Szwecji, a gospodynie, po porażce w dogrywce ze Szwajcarkami, zajęły gorzkie 4. miejsce. Polki zakończyły tamten turniej na 7. pozycji.
Tegoroczne zmagania rozdzielił moment przeprowadzki wszystkich reprezentacji z Brna do Ostrawy, gdzie we wtorek 10 grudnia wystartowały decydujące mecze. W brneńskiej kampanii tegorocznych mistrzostw Polki nie sprostały oczekiwaniom i postawionym celom. Przede wszystkim oczekiwaniom własnym i celom postawionym samym sobie. Oczekiwania kibiców i działaczy schodzą tu na drugi plan, gdy weźmiemy pod uwagę, że w Polsce unihokej „na licencji” trenuje raptem ok. 700 kobiet i to w różnych kategoriach wiekowych.
Czechosłowacja
Trafiając do grupy B z drużynami zajmującymi obecnie miejsca nr 1. (Szwecja), 2. (Finlandia) i 5. (Słowacja) w światowym rankingu, Polki klasyfikowane na 6. miejscu, liczyły się z tym, że rywalizacja już na pierwszym etapie turnieju będzie wymagała od nich maksymalnych obrotów. Pokonanie dwóch pierwszych zespołów na świecie to scenariusz z gatunku fantastyki. Po pierwsze organizacyjnie i finansowo szwedzki oraz fiński unihokej są już dawno na innej planecie. Po drugie nie gramy z takimi drużynami zbyt często. Trudno nauczyć się wygrywania z najlepszymi jeśli rywalizujemy z nimi średnio co 2-3 lata. Na innym biegunie znajdują się Słowaczki, z którymi jeszcze do niedawna Polki rywalizowały na równych. Trzy razy z rzędu Polska wygrywała ze Słowacją mecze decydujące o końcowych miejscach na Mistrzostwach Świata – w 2015, 2019 oraz 2021 r. To ze Słowaczkami nasze zawodniczki miały zmierzyć się w swoim „mikołajkowym” meczu otwarcia.
Rywalizacja ze Słowacją zawsze przysparzała dużo emocji. Najlepiej skwitowała to kapitanka Dominika Buczek (FBC Kalmarsund, Szwecja).
– Słowaczki to takie stare znajome?
– Znajome bym nie powiedziała… ale znamy się dobrze (śmiech). (…) Myślę, że będzie bardzo dużo emocji. Będzie bardzo ostry, bardzo dynamiczny mecz.
Nie dało się ukryć, że to na tej potyczce skupia się uwaga zawodniczek i sztabu szkoleniowego. Pytaliśmy o to zarówno Dominikę Buczek jak i Martynę Grądzką (FBC Ostrava, Czechy), w przedmeczowych wywiadach dla Akademickiego Radia LUZ, które mieliście okazję usłyszeć w 0-1 do Przerwy:
Spotkanie ze Słowaczkami stało na bardzo wysokim poziomie – zarówno jeśli chodzi o umiejętności techniczne, jak i grę siłową, no i oczywiście wspaniałe akcje bramkowe. Mecz był widowiskiem kompletnym. Dużo bramek, rzut karny, spięcia między zawodniczkami, walka fizyczna i szybkość rozegrania, która z tercji na tercję tylko rosła. Trzeba przyznać, że dla kibiców zawodniczki obu drużyn przygotowały jakościowy „produkt”. Była to prawdziwa uczta, choć dla polskich fanów ciężkostrawna, z uwagi na wynik 3:7. Po meczu zapytałem dwóch trenerów ze sztabu o ocenę na gorąco – dlaczego tak się potoczył ten pojedynek. Potoczył się bowiem bardzo niekorzystnie.
Pierwszą tercję Polski wygrały w posiadaniu piłeczki w ofensywie, ale to Słowaczki w kontrataku wykorzystały subtelny błąd ustawienia obrony, a do tego dołożyły bramkę po rykoszecie od buta polskiej obrończyni. W drugiej tercji obraz był podobny – Polki napędzane nowym dla siebie, ofensywnym stylem opartym na posiadaniu, ale rażąco nieskuteczne. Słowaczki solidne w obronie, spokojnie wyprowadzające akcje kontrujące i wykorzystujące swoje okazje. 0:4 po dwóch tercjach i jeszcze bardziej widowiskowa trzecia, w której drużyny sprawiedliwie zagrały na remis.
Wracając do trenerów – od jednego z nich usłyszałem o „potężnej Słowacji”, która jest świetną drużyną. Nie da się tego ukryć – Słowacja pod wodzą czeskiego szkoleniowca Michala Jedlicki to światowy TOP. Dosyć powiedzieć, że aż 9 zawodniczek tej reprezentacji na co dzień gra w mocnych czeskich ligach. To oczywiście ma pewne przełożenie – w sezonie ligowym grają dużo więcej spotkań, na wyższym poziomie. Nieusatysfakcjonowany takim tłumaczeniem, szukałem jednak dalej. Od drugiego ze szkoleniowców usłyszałem, że bardzo duże znaczenie dla meczu miała niefortunnie rozegrana przez Polki 1. tercja (przyp. red.: 0:2) i to, że zdecydowanie za późno zaczęły trafiać do bramki rywalek (przyp. red.: 50. minuta meczu, przy stanie 0:5). Nie od dziś wiadomo, że z minuty na minutę coraz trudniej się gra, jeśli bramki się tylko traci.

Nordic walking
Po nieudanym otwarciu ze sztabu szkoleniowego oraz od zawodniczek popłynęły sygnały o zupełnie innym nastawieniu do kolejnych dwóch potyczek. Te miały być rozegrane odpowiednio z mistrzyniami świata ze Szwecji oraz wicemistrzyniami z Finlandii. Głęboka defensywa, szukanie szansy w kontrataku i ćwiczenie obrony przeciwko rywalkom, które miażdżą oponentki ciągłym posiadaniem oraz „automatyzacją” w zakresie celności podań i strzałów. Zaskoczenia nie było. Polki prezentując twardą i w wielu momentach odważną grę w ataku, wysoko przegrały oba spotkania odpowiednio 0:21 i 1:18.
Zajęcie 4. miejsca w grupie, sprawiło że „nordycki” etap rywalizacji został dodatkowo przedłużony o spotkanie fazy play-off przeciwko Norwegii. Ta drużyna, jako niżej klasyfikowana w światowym rankingu, zyskała prawo do rywalizacji barażowej o ćwierćfinał mistrzostw świata po wygraniu grupy C (przyp. red.: składającej się z zespołów klasyfikowanych poniżej miejsca 8. w światowym rankingu). Dokonała tego z imponującym kompletem zwycięstw.
Obserwując walkę o ćwierćfinał, trudno oprzeć się wrażeniu, że obydwie drużyny chciały rozegrać wzorcową partię szachów. Jest to zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę znaczenie tego spotkania. Dużo dyscypliny w ustawieniu, ostrożne posiadanie i choć podyktowane kary na chwilę wytrącały z „równowagi”, to przez długi czas obraz gry się nie zmieniał. Nie zmieniał się też wynik. Od przechwytu Mai Helman i bramki na 1:0 w 15. minucie, aż do wyrównania w ostatniej 60. minucie, kiedy Norweżki grając bez bramkarki doprowadziły do dogrywki. Po bezbramkowej dogrywce Polki ostatecznie przegrały w rzutach karnych. Pierwszy raz od 2007 r., i awansu z dziś już nieistniejącej dywizji B, Polki będą grały o miejsca poza czołową 8-ką. Rywalizację o prawo do gry o miejsce 9. (przyp. red.: przeciwko Niemkom) zaczną meczem z Estonią w czwartek 11. grudnia.

Światowy floorball
To co zobaczyłem w brneńskiej hali Vodova należy nazwać wydarzeniem sportowym na światowym poziomie. Hala pełna kibiców, świetna oprawa wizualna i dźwiękowa, a do tego wysoki standard hostingu – zawodniczek, mediów i kibiców, z ogromną fan zone, wypełnioną sympatykami unihokeja w różnym wieku. Floorball, czyli w polskiej i szwajcarskiej wersji: unihokej, ma się w Czechach bardzo dobrze. Wspaniałe wrażenia przyćmił brak zwycięstw polskiej reprezentacji, jednak w każdym meczu Polki udowadniały swoją postawą, że do unihokejowej elity należą. I to niezależnie od walki ostatecznie jedynie o 9. miejsce. Mocne otwarcie w Brnie ma być przyćmione tym, czego doświadczymy w Ostrawie, gdzie na 10-tysięcznej hali mają zostać rozegrane decydujące mecze fazy play-off.

tekst: Dominik Wojciechowski
red. Kajetan Krawczyk
fot. Flickr IFF