Rozegrane na LUZie

Rozegrane na LUZie
Emocje związane z Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi zdążyły już opaść, ale świat sportu nie stoi w miejscu. W kolejnej odsłonie cyklu Rozegrani na LUZie przyjrzymy się najnowszym wydarzeniom ze świata kolarstwa oraz zgłębimy historię jednego z najstarszych rekordów w lekkiej atletyce. Ponadto przeanalizujemy sytuację Polek w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej.

 

Strade Bianche, ach to ty

Tegoroczna zima była, jak na ostatnie lata, wyjątkowo chłodna i szara. Ujemne temperatury, śnieg, deszcz i pochmurne niebo sprawiały, że świat wydawał się nieco smutniejszy niż zazwyczaj. Trzeba jednak przyznać, że taki stan rzeczy ma też swoje dobre strony. Otóż, im gorsza jest zima, tym mocniej wyczekuje się wiosny, i tym bardziej się ją docenia, gdy już do nas zawita. Dla wielu symbolem nadejścia tej pory roku są kwitnące drzewa i kwiaty, dla innych słynny powrót bocianów do naszego kraju. Dla mnie jednym z takich symboli jest właśnie piękny, włoski wyścig jednodniowy, odbywający się co roku w Toskanii w okolicach malowniczego miasta Siena. Tym wyścigiem jest Strade Bianche.

Legendarny wyścig?

Jeden dzień, ponad 200 kilometrów trasy, blisko 4000 metrów przewyższenia i kilkanaście sektorów białego szutru sprawiają, że Strade Bianche jest moim skromnym zdaniem, jedną z najwspanialszych kolarskich imprez na świecie. Należy jednak zwrócić uwagę, że wyścig jest dość młody, szczególnie patrząc na bogatą historię słynnych Tour de France czy Giro d’Italia. Pierwsza edycja odbyła się w 2007 roku, dlatego trudno stawiać go w kategorii kolarskiego „monumentu” czy wyścigu legendarnego, ale zdecydowanie można już mówić o nim jako wyścigu klasycznym. Argumentem przemawiającym na korzyść Strade Bianche jako wyścigu prestiżowego jest klasa kolarzy biorących w nim udział. W tym roku po toskańskich pagórkach ścigali się między innymi Tadej Pogacar, Wout van Aert oraz Isaac del Toro, a u pań Demi Vollering, Anna van der Breggen, a także nasza Kasia Niewiadoma-Phinney. Do Sieny wyjechali więc najlepsi kolarze na świecie, ale czy dostarczyli nam godnych tego wyścigu emocji?

Nudy na pudy

Chociaż Strade Bianche ma na papierze wszystko, co może świadczyć o emocjonującym, dramatycznym wyścigu czyli strome podjazdy, trudne odcinki szutrowe i wymagające zjazdy to niestety okazuje się, że nawet najlepiej zaplanowana trasa nie jest w stanie zagwarantować emocji w 100%. Nie chodzi o to, że podczas tegorocznego wyścigu panów nic się nie działo. Mieliśmy w końcu ataki, walkę na podjazdach i piękne krajobrazy. Problemem jest jednak nieprawdopodobna dyspozycja Tadeja Pogacara, który wygląda jak kolarz z innej planety. Nieważne jaka taktyka zostanie obrana przez jego przeciwników, on po prostu zawsze jedzie swoje, i jeśli nie przytrafi mu się jakiś upadek jak w ubiegłorocznym Paris-Roubaix to spokojnie dojeżdża do mety z gigantyczną przewagą nad rywalami. Co gorsza, wjeżdżając na Piazza del Campo, Tadej wyglądał jakby miał za sobą co najwyżej intensywną wycieczkę do pobliskiego marketu, a nie ponad dwustu-kilometrową trasę po najtrudniejszych drogach Toskanii. Nie ma wątpliwości, że Pogacar jest kolarzem epokowym i geniuszem w swoim fachu. Po prostu dobrze byłoby zobaczyć raz na jakiś czas kogoś, kto byłby w stanie skutecznie z nim powalczyć.

Wielka Niewiadoma

Dużo więcej emocji związanych z tym, kto ostatecznie jako pierwszy przetnie linię mety, dostarczył nam wyścig Strade Bianche Donne. Panie rywalizowały na nieco krótszej, bo około 130-kilometrowej trasie, lecz główne trudności w postaci stromych pagórków i nieprzewidywalnych odcinków białego szutru zostały oczywiście zachowane. Faworytką do zwycięstwa na głównym placu w Sienie była Demi Vollering, która jednak pogrzebała swoje szanse na triumf około 30 kilometrów do mety. Grupka, w której jechała Holenderka, wybrała złą drogę i tym samym straciła szansę na dogonienie czołowych zawodniczek, w tym Kasi Niewiadomej-Phinney. Polka jechała na czele z kilkoma rywalkami m.in. Marianne Vos i Elise Chabbey. Na ostatnich 20 kilometrach byliśmy świadkami wielu ataków i przetasowań, ale ostatecznie podjazd na Via Santa Caterina rozpoczęła ósemka pań. Na słynnej stromiźnie w centrum średniowiecznej Sieny dobrze pokazała się nasza zawodniczka, która wjechała na szczyt, będąc na drugiej pozycji. Na 200 metrów do końca Kasia nawet prowadziła, ale została wyprzedzona w końcówce przez Elise Chabbey, która wygrała cały wyścig. Drugie miejsce Polki jest jednak z pewnością wielkim sukcesem i przyczyniło się do tego, że jako kibice kolarstwa wchodzimy w czas wiosenny z dodatkowym uśmiechem na ustach.

Tekst: Karol Dziewałtowski-Gintowt

Red. Magdalena Szlachta

Przypadkowy bieg zakończony rekordem świata…

W historii lekkiej atletyki było wiele wydarzeń niewiarygodnych, w których przebieg ciężko jest uwierzyć i zrozumieć. Lecz moim zdaniem sport właśnie taki jest. Czasami nasza forma oraz rewelacyjne przygotowanie mogą nas zaskoczyć w najmniej spodziewanej sytuacji, a co za tym idzie… wyniki, o których nawet byśmy nie pomyśleli, nagle zauważamy na zegarze, przekraczając linię mety. O jednej takiej historii chciałbym dzisiaj opowiedzieć, pokazując zarówno piękno, jak i nieprzewidywalność biegów średniodystansowych.

Do kogo należy najdłużej niepobity rekord świata w lekkiej atletyce?

Na sam początek należałoby się cofnąć w czasie do roku 1983 oraz poznać zawodniczkę, która reprezentowała wtedy barwy jeszcze istniejącej Czechosłowacji. Mowa tutaj dokładnie o Jarmili Kratochvílowej, która podczas meetingu w Monachium na dystansie 800 metrów, ustanowiła nowy rekord świata, który liczy sobie teraz ponad 42 lata i do tej pory nie został przez nikogo pobity. Ciekawostką na temat tej lekkoatletki jest fakt, że docelowo trenowała do dystansu na 400 metrów, więc można śmiało zapytać, jakim cudem ustanowiła nowy rekord globu?

Magiczna kontuzja Kratochvílowej…

To, co mogłoby się wydawać w tamtym momencie problemem, ostatecznie okazało się szczęśliwym losem na loterii. W trakcie zawodów sportsmanka z Czechosłowacji doznała lekkiego urazu, ponieważ podczas rozgrzewki dokuczały jej uciążliwe skurcze. Najrozsądniejszym wyjściem z tamtej sytuacji, według Jarmili oraz jej trenera, była zmiana dystansu z biegu na 200 metrów na dystans dwóch stadionowych okrążeń. Ostatecznie, start, który miał służyć Kratochvílowej jedynie jako mocniejszy trening wytrzymałości, okazał się życiowym sukcesem. Jarmila wbiegła na metę w czasie 1:53.28, co było wtedy nowym rekordem świata.

Efekt domino w sportowym stylu

Po ustanowieniu światowego rezultatu, w tym samym roku Jarmila Kratochvílowa wystartowała w Mistrzostwach Świata w Helsinkach, gdzie zdobyła złoty krążek zarówno na dystansie 800m, jak i w biegu na 400m, a ten cały sukces udekorowała dodatkowo srebrnym medalem w sztafecie 4x400m.

Czy nadchodzi nowa królowa?

Wydawałoby się, że rekord kobiet na dystansie 800m jest nie do pobicia, skoro minęło tyle lat i jeszcze nikt tego nie dokonał, ale w ostatnim czasie jedna zawodniczka coraz silniej daje o sobie znać w lekkoatletycznym świecie. Mowa tutaj o Keely Hodgkinson, która na jednym z meetingów ustanowiła halowy rekord świata na tym samym dystansie czasem 1:54.87. Warto podkreślić też fakt, że biegi halowe pod wieloma względami są znacznie bardziej specyficzne niż biegi stadionowe. Nie pozostaje nic innego jak czekać na sezon letni i zobaczyć czy dystans dwóch kół stadionowych, będzie miał nową rekordzistkę.

Tekst: Jan Mokrzycki

Red. Magdalena Szlachta

Reprezentacja Polski kobiet w walce o Mistrzostwa Świata

Reprezentacja Polski w piłce nożnej kobiet rozpoczęła już zmagania w eliminacjach do nadchodzących Mistrzostw Świata. Awans do czołówki zachwycił, ale wiązał się od razu z wyższym prawdopodobieństwem trafienia na niewygodne i mocne rywalki. Tak też się stało. Polki wylądowały w grupie z Francją, Holandią oraz Irlandią. Każda z tych reprezentacji może się pochwalić zawodniczkami grającymi na co dzień w najlepszych klubach oraz poważaniem na arenie międzynarodowej. Ale czy to od razu skazuje nas na porażkę?

Remis na wagę zwycięstwa

Pierwsze starcie było skokiem na głęboką wodę. W meczu domowym, na stadionie w Gdańsku, Polki podjęły Holenderki, które stawiane były w roli faworyta. Nasze reprezentantki od samego początku postawiły nacisk na mocną grę, która pozwoliła otworzyć wynik już na początku rozgrywki. Pomimo że Holandia nie tylko wyrównała, ale wyszła na prowadzenie, to Polki wytrzymały presję i uniosły ciężar spotkania – w samej końcówce bramkę na 2:2 zdobyła Paulina Tomasiak. Wielu ekspertów i pasjonatów polskiej piłki nożnej kobiet stwierdziło jasno – to był jeden z najlepszych, a być może najlepszy mecz w wykonaniu naszych piłkarek. 

Selekcjonerka reprezentacji podkreśliła, że jej podopieczne zrealizowały założenia w 100%, co okazało się niezwykle budujące dla kibiców i kadry. Nic dziwnego – remis z reprezentacją, która w swojej gablocie ma Mistrzostwo Europy oraz podium na Mundialu jest niemałym sukcesem. 

Występ naszej reprezentacji nie był nienaganny – zdarzały się błędy, defensywa wciąż ma momenty niezwykle chaotyczne, ale ten mecz pokazał znaczną poprawę w poziomie intensywności oraz ofensywie. We wcześniejszych spotkaniach Polki potrafiły tracić prowadzenie w drugiej części spotkania i coraz bardziej opadać z sił. Przeciwko Holandii walczyły do samego końca, a akcja prowadząca do bramki Pauliny Tomasiak zainicjowana przez Ewę Pajor i Ewelinę Kamczyk zdecydowanie zapisze się w pamięci kibiców. 

Francja ciągle poza zasięgiem

Kilka dni później na Polki czekało kolejne wyzwanie – wyjazdowy mecz z Francją, która, mimo pustej gabloty, ciągle jest jedną z najmocniejszych europejskich reprezentacji. Dodatkowo to zupełnie inna gra niż przeciwko Holenderkom

Pierwsza część spotkania przebiegała całkiem pomyślnie. Po nieudanej defensywie i bramce na 1:0 dla Francji Polska dość szybko wyrównała za sprawą trafienia Ewy Pajor. Niestety, jeszcze przed gwizdkiem kończącym połowę pasmo niefortunnych zdarzeń przekreśliło szanse reprezentacji Polski na wygraną w tym meczu. Najpierw bramkę na 2:1 zdobyła Sakina Karchaoui, a kilka minut później boisko opuściła Nadia Krezyman, która obejrzała dwie żółte kartki, co osłabiło zespół.

Francuskie piłkarki zdecydowanie wykorzystały osłabienie Polek i ruszyły do ataku, w rezultacie doprowadzając do wyniku 4:1. Trudny rywal na obcym terenie, a w dodatku gra w osłabieniu sprawiły, że nasze reprezentantki znalazły się w niezwykle trudnej sytuacji. 

Co dalej czeka reprezentację Polski?

Na ten moment Polska zajmuje trzecie miejsce w grupie, co jest równoznaczne z grą w barażach. Awans bezpośredni na Mundial należy się tylko zwycięzcom grup – najprawdopodobniej będzie to reprezentacja Francji. Ostatnie miejsce w naszej tabeli zajmuje Irlandia, która jest naszym kolejnym rywalem. Dwa spotkania zostaną rozegrane kolejno 14.04 w Gdańsku, a później 18.04 na wyjeździe. W barażach wezmą udział także zespoły z niższej dywizji, a to oczywiście oznacza wyższe szanse na awans. 

Mistrzostwa Świata Kobiet odbędą się w 2027 roku w Brazylii. Będzie to 10. edycja Mundialu i pierwsza zorganizowana w Ameryce Południowej. Co więcej, to ostatni taki turniej, w którym wezmą udział 32 reprezentacje – od kolejnej edycji formuła zostanie rozszerzona do 48. 

Polki nie grały jeszcze w zawodach takiej rangi. Jest to ogromna szansa na przełom i zaznaczenie rozwoju piłki nożnej kobiet w Polsce. „Czas na naszą historię” to hasło, które towarzyszyło naszym reprezentantkom w czasie Euro 2025 – a jak będzie tym razem? Czy znów uda się napisać historię?  

Tekst: Kornelia Polis

Red. Magdalena Szlachta