Rozegrane na LUZie

Rozegrane na LUZie
Wielkanoc już za nami, zatem Rozegrane na LUZie powracają ze świeżą dawką informacji ze świata sportu. W tym tygodniu podsumujemy minione imprezy – Halowe Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce i turnieje tenisowe w Indian Wells i Miami. Ponadto zagłębimy się w historię i poznamy lepiej sylwetki francuskich tenisistów nazywanych Czterema muszkieterami, a także przyjrzymy się najnowszym wydarzeniom z Premier League.

 

Halowe Mistrzostwa Świata w Toruniu

Chociaż od Halowych Mistrzostw Świata w Toruniu minęło już trochę czasu, warto po krótce podsumować zmagania polskich lekkoatletów. Jak przystało na imprezę sportową tej rangi, nie brakowało zaciętej rywalizacji, dużej dawki emocji, stresu, kto okaże się najlepszy oraz rywalizacji na najwyższym poziomie. Nasz biało-czerwony team pokazał, że również potrafimy doskonale wykorzystywać zawody mistrzowskiej rangi do osiągania niesamowitych rezultatów i zdobywania medali.

Mistrzowskie rozdanie Jakuba Szymańskiego

Na początek należałoby zacząć od osoby, która jako jedyna zdobyła złoty medal w polskiej kadrze. Mowa o Jakubie Szymańskim, który w biegu na 60 metrów przez płotki wywalczył pierwsze miejsce z czasem 7,40 s. Jeszcze bardziej spektakularne jest fakt, że ten sam zawodnik w tym sezonie ustanowił halowy rekord kraju w tej konkurencji rezultatem 7,37 s. Z pewnością to dobry prognostyk na zbliżający się okres biegów stadionowych.

Rewelacyjny duet z brązowym medalem

Nie odbiegając od tematyki 60 metrów przez płotki, na horyzoncie pojawia się niesamowicie utalentowana Pia Skrzyszowska. Pracując ze swoim trenerem – a zarazem tatą, Jarosławem Skrzyszowskim – przygotowała na lekkoatletyczne zmagania nieskazitelną formę, która zapewniła Pii brązowy krążek oraz nowy halowy rekord Polski, wynoszący aktualnie 7,73 s. Na pewno ta zawodniczka jeszcze nie raz zabłyśnie na światowych halach bądź stadionach.

Szalony finał okraszony polskim srebrem

Zdobywczynią kolejnego medalu podczas Halowych Mistrzostw Świata jest Natalia Bukowiecka, która po iście szalonym finale czasem 50,83 s., wywalczyła srebro na dystansie 400 metrów. Warto podkreślić, że Natalia tym wynikiem wyrównała swój własny rekord kraju, co  jest nie lada wyczynem. Jednak, jak to przystało na tę lekkoatletkę, Bukowiecka lubi zaskakiwać polskich kibiców swoją mocną formą i rewelacyjnym przygotowaniem.

To, co należało do Polski

W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że po burzliwych protestach dotyczących dyskwalifikacji Jamajczyków, Polska sztafeta 4×400 metrów zdobyła ostatecznie brązowy medal. W składzie tej mistrzowskiej grupy znaleźli się Kajetan Duszyński, Justyna Święty-Ersetic, Anna Gryc oraz Marcin Karolewski. Czasami, pomimo brutalności sportu – objawiającej się chociażby w nieoczekiwanych urazach – lekkoatletom sprzyja szczęście i doświadczają korzystnych dla siebie decyzji, czego ta grupa jest idealnym przykładem.

Młody talent, który warto zapamiętać

Na koniec uważam, że warto wspomnieć o jeszcze jednej zawodniczce. Mimo, że zajęła 6. miejsce w swoim biegu, zasługuje na wielkie brawa za czas, jaki osiągnęła oraz sposób rozegrania biegu taktycznie. Chodzi o Klaudię Kazimierską, która podczas rywalizacji na 1500 metrów uzyskała czas 4:02,80, co jest drugim wynikiem na tym dystansie w historii polskiej lekkiej atletyki w hali.

Widzimy się na stadionie…

Wszystkim biało-czerwonym lekkoatletom, należą się ogromne brawa za trud i wysiłek, jaki włożyli w swoje przygotowania do tej wielkiej imprezy sportowej. Natomiast kibice tego sportu powinni wypatrywać polskich barw, bo już niebawem sezon letni, a co za tym idzie jeszcze więcej sportowych emocji oraz rewelacyjnych wyników.

Tekst: Jan Mokrzycki

Red. Zuzanna Kochanowska

Czterej muszkieterowie tenisa

Za nami prestiżowy turniej ATP rangi 1000 w Monte Carlo. Oznacza to, że sezon tenisowy na kortach ceglanych rozpoczął się już na dobre. Fani tenisa z całego świata czekają jednak z niecierpliwością na ten jeden, najważniejszy turniej na mączce. Mowa tu oczywiście o jedynym w swoim rodzaju wielkoszlemowym turnieju Roland Garros. Najsławniejsze czerwone królestwo nie powstałoby jednak, gdyby nie pewna czwórka francuskich tenisistów – Les Quatre Mousquetaires.

Pionierzy

Proces popularyzacji tenisa we Francji trwał już od XIX w. Pierwszy turniej o mistrzostwo Francji (Championnat de France) rozegrano w 1891 roku, a od 1897 roku do rywalizacji dopuszczono także kobiety. Jednak najbardziej prężny okres rozwoju przypada na lata 20. ubiegłego wieku. Prekursorką, której można by przypisać rozpoczęcie przysłowiowego „boomu” na tenis we Francji była Suzanne Lenglen. Ta paryska tenisistka stała się ikoną i jedną z pierwszych międzynarodowych gwiazd kobiecego sportu. W latach od 1919 do 1926 Lenglen zdobyła 25 tytułów na kortach Roland Garros i w Wimbledonie! Jej sukcesy przyczyniły się do popularyzacji tej dyscypliny na terenie Francji.

Oprócz Suzanne prym w zwycięstwach, zarówno w kraju, jak i na arenie międzynarodowej, zaczęła także wieść czwórka panów. Jean Borotra, Jacques Brugnon, Henri Cochet, René Lacoste – to właśnie oni zmienili historię tenisa i na zawsze zapisali się na jej kartach. Francuzi zwyciężyli łącznie w 18 turniejach singlowych, 14 deblowych i 10 mikstowych. Ponadto aż przez sześć lat (1927 – 1932) ten kwartet zwyciężał w rozgrywkach o Puchar Davisa. Jednak najbardziej symbolicznym zwycięstwem jest to z roku 1927. Za sprawą znakomitej gry Muszkieterów Francja po raz pierwszy zdobyła wówczas Puchar Davisa. Triumf w Stanach Zjednoczonych wiązał się jednak z potrzebą zorganizowania w roku 1928 przez Francuzów u siebie rozgrywek Davis Cup. Powstała zagwozdka, gdzie w takim razie ugościć jedno z najważniejszych wydarzeń sportowych. Padło na świetną lokalizację, rzecz jasna, w Paryżu. W 1928 roku w 16. Dzielnicy miasta zbudowano Stade Roland Garros. Z polecenia Émile Lesieura kompleksowi nadano imię Rolanda Garros’a – francuskiego pilota i bohatera I wojny światowej.

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego

Mianem Muszkieterów nazwał te czwórkę pewien amerykański rywal – Henry Slocum, który w kinie zobaczył film oparty na trylogii Alexandre’a Dumasa. Tak jak w powieściach pisarza, nasza czwórka również miała swoje przydomki. Borotra, urodzony w Biarritz we francuskim Kraju Basków uchodził za pełnego wigoru, ale i nieco irytującego człowieka. Na kort lubił zakładać niebieski beret. Słynął z nieustępliwego, ofensywnego stylu gry, częstego nacierania na siatkę i pokrywania kortu z niezwykłą energią i szybkością. Potrafił zagrywać świetnym wolejem, który często zwieńczony był lotem przez kort. Dodatkowo Borotra lubił przeskakiwać przez siatkę, aby po skończonym meczu gratulować swoim przeciwnikom. Z połączenia jego stylu gry oraz miejsca pochodzenia zyskał przydomek „Latający Bask”.

Jacques’a Brugnona nazywano „Toto”. Przezwisko to brzmiało lekko, niemal żartobliwie. Brugnon znany był ze swojego uroku, umiejętności i niekiedy „nieśmiałego sposobu bycia”. Jednak pod tymi cechami krył się jeden z najzacieklejszych zawodników, jakich kiedykolwiek wydał francuski tenis. Swoje największe sukcesy odnosił jako deblista. Triumfował w dziesięciu turniejach wielkoszlemowych i był ich siedmiokrotnym finalistom.

Mianem „Magika” nazywano Henriego Cocheta. Z pewnością można powiedzieć, że oczarował on wszystkich fanów tenisa w półfinale Wimbledonu w 1927 roku. Pokonał wówczas w pięciu setach uznawanego za jednego z najlepszych zawodników – Williama Tildena. Mimo, że szala zwycięstwa przeważała na stronę Amerykanina, ponieważ ten prowadził już 6:2, 6:4, 5:1 i 15:0, stało się coś niebywałego. Francuz od tego stanu zdobył siedemnaście punktów z rzędu, wygrywając tym samym z Tildenem. Wyglądało to tak, jakby władał on magiczną różdżką, a nie rakietą tenisową. Mierząc zaledwie 170 cm wzrostu „Magik” dominował nad przeciwnikami dzięki niezrównanym umiejętnościom technicznym, a nie czystej sile.

Czwarty muszkieter zwany był natomiast „Krokodylem”. Mowa tu oczywiście o René Lacoste. Przebiegły i nieustępliwy Francuz zasłynął nie tylko swoją niepowtarzalną grą, ale także pewną modową sensacją. Tenisiści w latach 20. ubiegłego wieku nosili zazwyczaj stroje zakrywające całe ciało. René natomiast grając w 1926 roku w turnieju US Open, założył po raz pierwszy białą koszulkę z krótkimi rękawami! Rok później amerykańska prasa nazwała go „the Alligator” z powodu noszonej przez niego teczki ze skóry aligatora. Przydomek bardzo spodobał się publiczności, ponieważ dobrze opisywał jego zawziętość na korcie. René również przypasowało nowe przezwisko, dlatego poprosił swojego przyjaciela o narysowanie krokodyla, którego następnie wyhaftował na swoich meczowych koszulkach. Lacoste był uznawany za tytana pracy i ogromnie pomysłowego człowieka. W 1927 roku wymyślił pierwszy napędzany ręcznie automat do podawania piłek. Jak wspominał, zrobił go na własne potrzeby treningowe, ponieważ chciał poprawić smeczowanie, a nie znalazł nikogo, kto potrafiłby mu zagrywać precyzyjne loby. Po zakończeniu kariery sportowej razem z André Gillier’em założył przedsiębiorstwo – Lacoste, które dziś jest znaną na całym świecie marką.

Dziedzictwo 

Triumf Czterech Muszkieterów w Pucharze Davisa z 1927 roku na zawsze pozostanie ważnym wydarzeniem w sercach francuskich kibiców tenisa. Na fali tego zwycięstwa Francuzi są gospodarzami wielkoszlemowego turnieju French Open, a Stade Roland Garros jest wyjątkowym kompleksem, znanym w całym świecie królestwem gry na mączce. Borotra, Brugnon, Cochet, Lacoste uwiecznieni są w wielu tekstach, fotografiach. W okolicach kortu Philippe’a Chatriera możemy podziwiać rzeźbę dedykowaną tym legendom. Natomiast trofeum przyznawane zwycięzcom gry pojedynczej mężczyzn we French Open nosi miano Pucharu Muszkieterów (fr. Coupe des Mousquetaires). Ponadto cała czwórka została odznaczona Legią Honorową i miejscem w Międzynarodowej Tenisowej Galerii Sławy.

Złote czasy Czterech Muszkieterów są już dzisiaj dla nas pięknym wspomnieniem i historią, jednak w nowym milenium świat tenisa powitał kolejną erę. Nastał bowiem czas Nowych Muszkieterów (fr. Nouveaux Mousquetaires). Tym mianem określano grupę francuskich tenisistów młodego pokolenia, w skład której wchodzą: Gilles SimonRichard GasquetJo-Wilfried Tsonga Gaël Monfils. W październiku 2008 roku tych czterech zawodników znalazło się w czołowej dwudziestce światowego rankingu. Gaël Monfils określany często mianem „ostatniego muszkietera”. Znakomity tenisista, niestety, w tym roku odchodzi już na zasłużoną sportową emeryturę. Obecnie francuski tenis zmaga się z brakiem następców Les Mousquetaires, aczkolwiek o takich sylwetkach jak Arthur Rinderknech, Ugo Humbert, Arthur Fils czy Corentin Moutet możemy usłyszeć coraz częściej. Czy jest szansa, że te nazwiska utworzą kolejne mocne ugrupowanie godne miana muszkieterów?

Tekst: Agnieszka Traczyk

Red. Zuzanna Kochanowska

Perypetie północnego Londynu w Premier League 

Derby północnego Londynu to jedna z najbardziej ikonicznych rywalizacji na światowej arenie piłkarskiej. Arsenal i Tottenham to także kluby z Big Six (domyślnego), co dodatkowo podsyca nastroje i ambicje kibiców oraz zawodników. Oba zespoły mają też niemały kłopot z wygrywaniem trofeów w ostatnich latach. Tottenham Ange’a Postecoglou przełamał serię bez tytułu, wygrywając w ubiegłym sezonie Ligę Europy i gwarantując sobie tym samym udział w Lidze Mistrzów, jednocześnie zajmując 17. (ostatnie bezpieczne) miejsce w tabeli. Z kolei Arsenal w tym sezonie zaliczał kolejne zwycięstwa, budząc apetyt na poczwórną (!) koronę. Kwiecień, już tradycyjnie, przerwał świetną passę zespołu Artety. W tym samym momencie Spurs rozpędzają się na zjeżdżalni prowadzącej do Championship. Sytuacja obu zespołów jest nieporównywalna, ale łączy je z pewnością ogromne rozczarowanie kibiców – w końcu na obu stadionach mogliśmy zaobserwować fanów wychodzących z trybun jeszcze przed ostatnim gwizdkiem. 

Tottenham w Championship? 

Przed sezonem chyba nikt w to nie wierzył. Po zatrudnieniu Thomasa Franka w miejsce Ange’a Postecoglou wydawało się, że Spurs mogą wejść na falę i osiągnąć dobre rezultaty w tym sezonie. Losowanie Ligi Mistrzów zdecydowanie sprzyjało, kibice nie mogli doczekać się rozpoczęcia rozgrywek. Ale bardzo szybko czar prysł. Kontuzję odnieśli James Maddison i Dejan Kulusevski, zimą przeprowadzono mało trafione transfery, a o 3 punkty w Premier League było coraz ciężej. Nadzieję dawały występy w Lidze Mistrzów, ale to nie wystarczyło. Thomas Frank pożegnał się z klubem, notując fatalne wyniki, a jako strażaka zatrudniono… Igora Tudora. Wybór zdecydowanie nieoczywisty i szokujący dla piłkarskiego świata. Jego przygoda w Tottenhamie na pewno nie zostanie zapomniana – w pamięci kibiców utkwi obraz załamanego Kinskyego, schodzącego z boiska po straceniu trzech szybkich bramek w meczu z Atletico Madryt. Bardzo szybko Tudor został zastąpiony, a jego następcą okazał się Roberto De Zerbi, który niedawno pożegnał się z posadą w Olympique’u Marsylii. 

Debiut De Zerbiego przypadł na mecz wyjazdowy z Sunderlandem – przegrany 1:0. Kontuzji w tym spotkaniu uległ kapitan Cuti Romero, a Spurs usadowili się wygodnie w strefie spadkowej. Środkowego obrońcy nie zobaczymy najprawdopodobniej przez kolejnych kilka tygodni, a do formy wróci dopiero na nadchodzące Mistrzostwa Świata. Nowy trener nie ma łatwego zadania – do dyspozycji nie ma, poza trzema wymienionymi zawodnikami, Bentancura, Davies’a, Odoberta, Kudusa i Vicario. Sytuacja maluje się mało optymistycznie, a terminarz jeszcze gorzej. Zdaniem ekspertów, zawodników i trenera największym problemem jest mental piłkarzy. Czasu na pracę nad nim nie ma jednak dużo – do końca sezonu zostało 6 spotkań, w tym m.in. starcie z Chelsea i Aston Villą. Jeśli sytuacja się nie poprawi, Tottenham pożegna się z Premier League pierwszy raz od sezonu 1976-1977. Jest to jeden z największych kryzysów, jaki obserwujemy w tej lidze od lat. 

Kwiecień plecień w Arsenalu

Kibice Arsenalu w ostatnim czasie czekają na wiosnę z duszą na ramieniu. To czas, w którym zawodnicy zaczynają oddychać rękawkami, a inne drużyny obejmują prowadzenie. Póki co, to właśnie Kanonierzy zajmują pierwsze miejsce w tabeli, ale marzenia o poczwórnej koronie przepadły w ciągu kilku dni. 

W ostatnich tygodniach przed Arsenalem stało dużo wyzwań – walka w Lidze Mistrzów, ale też finał Carabao Cup oraz kolejny etap FA Cup. Warto przybliżyć sobie także daty tych wydarzeń, by zdać sobie sprawę z tego, jak narasta presja wokół Arsenalu. 17.03 zwyciężyli z Bayerem Leverkusen w ⅛ finału Ligi Mistrzów. Niedługo później, 22.03 rozegrali finał EFL Cup z Manchesterem City, który przegrali 2:0. Oznaczało to utratę pierwszego, choć najmniej ważnego trofeum. Kolejny mecz przypadał na 04.04 i był to ćwierćfinał FA Cup. Tam sensacyjnie odpadli z zeszłosezonowym spadkowiczem – Southampton – 2:1. Wywołało to ogromną falę krytyki oraz zawodu wśród fanów Kanonierów. Zaledwie 3 dni później zagrali ze Sportingiem w kolejnej fazie Champions League, gdzie po późnym golu wygrali 1:0, choć czeka ich jeszcze rewanż. Następnie, 11.04 nadszedł czas na kolejkę Premier League z Bournemouth, gdzie przegrali 2:1. 

W tej samej kolejce zwycięstwo nad Chelsea odniósł Manchester City, a kibice zwiastują już utratę tytułu na ostatniej prostej. Z pewnością Arsenal ma jeszcze wszystko w swoich rękach, ale nie ma już przestrzeni na potknięcia – zarówno w Lidze Mistrzów, jak i w Premier League. Czeka nas jeszcze bezpośrednie starcie między City a Arsenalem, które najpewniej wiele nam rozjaśni. Już teraz pojawiają się jednak dyskusje na temat przyszłości Mikela Artety, który seryjnie zdobywa drugie miejsca w lidze. Czy Hiszpan tym razem zdoła dowieźć sukces? Tego dowiemy się w najbliższych tygodniach.

Co nas czeka w Premier League?

Przed nami jeszcze wiele wrażeń, a ten sezon pokazuje, że walka o tytuł będzie się toczyła do samego końca. Ciekawie układa się Puchar Anglii, w którym w półfinałach zobaczymy mecze: Manchester City – Southampton oraz Chelsea – Leeds. W czasie ostatnich kolejek wszystkie oczy będą skierowane na północny Londyn – ze względu na walczący o tytuł Arsenal oraz próbujący nie utonąć Tottenham. Pewne jest, że nie zabraknie emocji, bez względu na to, jaki będzie rezultat najbliższych wydarzeń, które dzielnie będziemy relacjonować na 91.6 fm.

Tekst: Kornelia Polis

Red. Zuzanna Kochanowska

W najnowszym podcaście Agnieszka Traczyk i Karol Dziewałtowski-Gintowt podsumowują Sunshine Double, czyli tenisowe turnieje w Indian Wells i Miami – kto zachwycił, kto zaskoczył, a kto trochę rozczarował. Jeśli chcecie jeszcze raz poczuć klimat amerykańskiej części sezonu, zapraszamy do odsłuchu.