Rozegrane na LUZie

Rozegrane na LUZie
Wiosna jest bardzo intensywnym okresem w sporcie, ale w Rozegranych na LUZie trzymamy rękę na pulsie. W tym tygodniu omówimy kulisy pracy pierwszej głównej trenerki w męskiej Bundeslidze, podsumujemy aktualną sytuację w kolarstwie szosowym i prześledzimy historię jednego z najtrudniejszych torów wyścigowych świata. Ponadto z rozmowy z trenerem i byłym biegaczem Dariuszem Żakiem dowiemy się więcej na temat rozwoju zarówno biegów długodystansowych, jak i całej lekkoatletyki. Czas, start!

 

Pierwsza dama – Marie-Louise Eta

Przez ponad sześć dekad istnienia Bundesligi, linia boczna boiska była obszarem niemal zamkniętym, w którym reguły gry dyktowali wyłącznie mężczyźni. Choć świat sportu ewoluował, a kobiety coraz częściej zajmują kluczowe stanowiska w strukturach administracyjnych, marketingu czy pionach medycznych, rola trenera w topowych ligach europejskich pozostawała nieosiągalnym szczytem, chronionym przez niewidzialny, ale twardy szklany sufit. Wszystko zmieniło się w listopadzie 2023 roku w Berlinie. To właśnie wtedy tamtejszy klub piłkarski Union Berlin, który od lat buduje swoją tożsamość na przekorze wobec głównego nurtu i łamaniu schematów podjął decyzję, która nie tylko wstrząsnęła niemiecką opinią publiczną, ale odbiła się echem w najdalszych zakątkach piłkarskiego świata. Teraz widzimy jej długofalowe konsekwencje. Marie-Louise Eta jest pierwszą kobietą w roli głównego trenera w męskiej Bundeslidze. Ma poprowadzić drużynę w ostatnich pięciu meczach bieżącego sezonu i zapobiec spadkowi.

Bez strachu

Nominacja Marie-Louise Ety na stanowisko asystentki trenera pierwszej drużyny nie była ideologicznym manifestem ani wyrachowaną zagrywką pod zasięgi, mającą na celu ocieplenie wizerunku klubu w kryzysie. Była to decyzja oparta na chłodnej, sportowej analityce i uznaniu kompetencji, które w stolicy Niemiec od dawna nie budziły wątpliwości. Eta nie znalazła się w sztabie dlatego, że Union szukał rewolucji. Wybrano ją, ponieważ była najlepszą kandydatką do wykonania konkretnej, merytorycznej pracy w momencie, gdy zespół walczy o ligowy byt. Jej debiut na ławce podczas meczu z VfL Wolfsburg sprawił, że liga niemiecka przestała być taka sama. Kobieta w dresie trenerskim, wydająca instrukcje reprezentantom krajów i wielomilionowym gwiazdom, przestała być sferą marzeń, a stała się faktem, który raz na zawsze zakwestionował dotychczasowy porządek w europejskiej elicie.

Droga na szczyt

Kariera Ety od początku była naznaczona sukcesami, choć początkowo w roli zawodniczki. Jako pomocniczka FFC Turbine Potsdam wygrywała kobiecą Ligę Mistrzów i seryjnie zdobywała mistrzostwa Niemiec. Na boisku ukształtowało się jej rozumienie gry, ale to ambicja trenerska pchała ją dalej. Po zakończeniu kariery w wieku zaledwie 26 lat, Marie-Louise natychmiast rzuciła się w wir edukacji szkoleniowej. Pracowała z młodzieżowymi reprezentacjami Niemiec, gdzie zdobyła uznanie jako wybitna analityczka. Jej przejście do drużyny U-19 Unionu Berlin w 2023 roku było tylko przystankiem. Gdy klub wpadł w kryzys i pożegnał się z legendarnym Ursem Fischerem, tymczasowy trener Marco Grote nie wyobrażał sobie sztabu bez Ety. Wiedział, że jej spojrzenie na fazy przejścia i ustawienie defensywne jest kluczowe dla ratowania sezonu. Późniejsze przyjście do klubu Nenada Bjelicy (znany z boisk Ekstraklasy) umocniło jej pozycję. Chorwacki szkoleniowiec znany z twardego charakteru błyskawicznie docenił kompetencje Marie-Louise, pozostawiając ją w pierwszej drużynie.

Wyjątkowa

Najciekawszym aspektem obecności Ety w szatni Unionu jest fakt, jak naturalnie została zaakceptowana przez zawodników. W świecie zdominowanym przez testosteron i wielkie ego, Marie-Louise obroniła się wiedzą. Piłkarze tacy jak Robin Gosens czy Leonardo Bonucci, którzy współpracowali z największymi trenerami świata, podkreślali w wywiadach jej profesjonalizm. Jej warsztat opiera się na nowoczesnej analizie wideo i bardzo precyzyjnych wskazówkach indywidualnych. Podczas treningów, często można ją zobaczyć z tabletem w ręku, korygującą ustawienie obrońców o kilka centymetrów. To właśnie te detale sprawiły, że bariera płci zniknęła w mgnieniu oka. Zawodnicy szybko zrozumieli, że rady Ety sprawiają, że stają się lepszymi piłkarzami. Niemka wprowadziła do sztabu spokój i chłodne analityczne spojrzenie, które było niezbędne w walce o utrzymanie w Bundeslidze.

Marie-Louise Eta to globalny fenomen i wzór dla trenerów oraz menedżerów, którzy wierzą, że profesjonalizm w futbolu nie zna granic. Jej historia pokazała, że największe kluby świata tracą ogromny potencjał, ignorując talenty wyłącznie ze względu na płeć. Sukces Ety to przede wszystkim triumf odwagi, by myśleć inaczej niż reszta i kwestionować przestarzałe zasady gry. Dla postronnego obserwatora najważniejszym wnioskiem jest fakt, że nowoczesna piłka nożna coraz bardziej przenosi się do laboratoriów analitycznych i gabinetów psychologicznych. Przykład Ety udowadnia, że przewaga mentalna i merytoryczna potrafi zniwelować wszelkie bariery kulturowe. Jej obecność w elicie to przypomnienie, że prawdziwa jakość nie potrzebuje manifestów, potrzebuje jedynie szansy, by wybrzmieć na boisku.

Krytyka

Jak każda wielka zmiana, pojawienie się Marie-Louise Ety w męskim futbolu wywołało nie tylko podziw, ale i falę sceptycyzmu, a momentami otwartej niechęci. W konserwatywnych kręgach kibicowskich i wśród części ekspertów starszej daty nominacja została przyjęta z niedowierzaniem. Krytycy podnosili argumenty o braku doświadczenia w męskiej szatni, sugerując, że kobieta nie będzie w stanie zrozumieć dynamiki grupy złożonej z mężczyzn ani zbudować u nich naturalnego posłuchu. Nie brakowało głosów, że Union Berlin uległ poprawności politycznej, a Eta jest jedynie figurantką mającą ocieplić wizerunek klubu. W mediach społecznościowych przetoczyła się fala komentarzy podważających jej autorytet, często uderzających w cyniczne tony. Niektórzy komentatorzy obawiali się, że obecność kobiety w sztabie zaburzy specyficzny klimat piłkarskiej szatni, który dla wielu tradycjonalistów jest fundamentem sukcesu. Ten opór pokazał, jak głęboko zakorzenione są uprzedzenia w świecie zawodowego sportu i jak wielką presję psychiczną musi dźwigać Eta, wchodząc do środowiska, które w dużej mierze czeka na jej najmniejszy błąd.

Tekst: Jakub Popiel

Red. Zuzanna Kochanowska

Wiosenne ściganie

Sezon kolarski rozpoczął się na dobre. Za oknem wiosenne temperatury, kwitną kwiaty, świeci słońce, a w wielu regionach Europy trwają mordercze zmagania szosowe, w których biorą udział najlepsi kolarze na świecie. Kwiecień to miesiąc kojarzony przede wszystkim z szosowymi klasykami. Wśród tak zwanych monumentów znajdują się między innymi Ronde van Vlaanderen (Flandria) Mediolan San Remo, czy Paris Roubaix (piekło północy). Każdy z tych trzech legendarnych wyścigów jednodniowych mamy już niestety za sobą, ale z pewnością zapamiętamy je na bardzo długi czas. Wciąż przed nami jednak największy z klasyków ardeńskich, czyli sławna staruszka (La Doyenne), oficjalnie Liège-Bastogne-Liège – czwarty monument.

Przydomek belgijskiego wyścigu jest jak najbardziej trafny. Pierwsza edycja odbyła się na długo przed tym, zanim za skoki narciarskie wziął się Noriaki Kasai i kilkanaście lat przed wynalezieniem przerzutek. Historia zmagań w belgijskich Ardenach jest gigantyczna. Prestiż Liège-Bastogne-Liège co roku przyciąga absolutne kolarskie asy i podobnie będzie także w tę niedzielę, 26 kwietnia. Jednak który z wielkich jest najlepszej formie i co za tym idzie, będzie faworytem do triumfu w najstarszym klasycznym wyścigu jednodniowym?

Nogi spaghetti

Tadej Pogačar jest zdecydowanym faworytem tegorocznego ardeńskiego monumentu. Najlepszy kolarz wszechczasów ma już na swoim koncie trzy triumfy w wyścigu z metą w Liège. Wygrywał tutaj w 2021 roku i ostatnie dwie edycje w 2024 i 2025. Doświadczenie i znajomość tamtejszych krótkich, lecz ostrych jak brzytwa podjazdów, z pewnością mogą okazać się pomocne w walce o czwarte zwycięstwo. Oczywiście, najważniejsza jest jednak forma czysto sportowa. Ta wydaje się być u wielkiego Słoweńca wyborna, nawet pomimo ostatniej dotkliwej porażki w piekle północy, czyli w wyścigu Paris Roubaix.

Sławne paryskie bruki przysporzyły w tym roku wiele kłopotów kolarzom próbującym swoich sił we francuskim monumencie. Różne defekty i problemy z rowerami nie ominęły żadnego z faworytów, ciężkie chwile przeżywali zarówno Matthew van der Poel, Wout van Aert, jak i właśnie Tadej Pogačar. Ostatecznie to Słoweniec i Belg walczyli w zabójczym pojedynku na torze Vélodrome André-Pétrieux o premierowe zwycięstwo w wyścigu. Wygrał van Aert, a Tadej Pogačar zajął rozczarowujące dla niego drugie miejsce. Słoweniec pytany o wrażenia po wyścigu powiedział, że czuł jakby jego nogi były zrobione z makaronu spaghetti. Między piekłem północy, a staruszką są jednak aż dwa tygodnie przerwy, mamy więc nadzieję, że nogi Słoweńca przestaną przypominać makaron i że Tadej pokaże w Belgii wielką formę.

Remco kontratakuje

Remco Evenepoel jest kolarzem niezwykłym. Szerszej publiczności dał się poznać między innymi na trasie 77. Tour de Pologne, gdy wbrew oczekiwaniom wygrał klasyfikację generalną. Już wtedy było wiadomo, że 20-letni wówczas Belg ma zadatki na wielkiego mistrza, zarówno w kontekście wyścigów jednodniowych, jak i wielkich tourów. Później jednak doszło do niesławnego wypadku na Giro di Lombardia, który poważnie wyhamował świetnie zapowiadającą się karierę. Wielu prognozowało wtedy, że Belg być może nie wrócić już do kolarstwa na najwyższym poziomie, jednak Remco postanowił pokazać wszystkim sceptykom, że się mylą.

Minęło prawie 6 lat i w tym momencie Evenepoel jest już zwycięzcą La Vuelty, dwukrotnym złotym medalistą olimpijskim i mistrzem świata w wyścigu ze startu wspólnego oraz w jeździe indywidualnej na czas. Kariera Belga potoczyła się więc raczej zgodnie z planem. W tym sezonie Remco wygrał już wyścig piwny, czyli Amstel Gold Race oraz zajął trzecie miejsce w Ronde van Vlaanderen. Jego forma wydaje się zwyżkować i choć z pewnością trudno będzie mu powalczyć z Tadejem Pogačarem czy Jonasem Vingegaardem na wielkich, trzy-tygodniowych tourach, to w wyścigu po pagórkowatych terenach belgijskich Ardenów nie jest bez szans. Zwłaszcza, że Liège-Bastogne-Liège padało jego łupem już dwukrotnie.

To idzie młodość

Remco i Tadej to wciąż młodzi zawodnicy, jednak zdecydowanie można ich już nazwać doświadczonymi kolarzami. Takim mianem nie określilibyśmy natomiast 19-letniego Paula Seixasa, francuskiego kolarza, który wszedł z drzwiami w swój dopiero drugi sezon w światowej elicie. Nastolatek wygrał już wymagający 6-etapowy wyścig Vuelta al País Vasco, zgarniając 3 triumfy etapowe oraz zajął drugie miejsce w pięknym Strade Bianche, ustępując jedynie Tadejowi Pogačarowi.

Nic dziwnego, że kibice i eksperci wskazują na niego, mówiąc o potencjalnych rywalach dla Słoweńca w kontekście wyścigów jednodniowych i wielkich tourów, jednak myślę, że należy zachować spokój. Francuz nie ma przecież nawet 20 lat i jeszcze wiele może się wydarzyć. Niemniej drzemiący w nim czysty kolarski talent wydaje się być bezdyskusyjny. Oczyma wyobraźni widzimy Pogačara, Vingegaarda i Seixasa w morderczej batalii na podjeździe Col de la Madeleine czy Col du Tourmalet, jednak na razie skupmy się na tym, co tu i teraz. Już za chwilę będziemy świadkami przedostatniego monumentu sezonu. Staruszka z pewnością da popalić kolarzom po raz kolejny, a my mamy nadzieję, że stoczą na pięknych belgijskich drogach niezapomnianą walkę o triumf.

Tekst: Karol Dziewałtowski-Gintowt

Red. Zuzanna Kochanowska

Zielone Piekło w niemieckich lasach

Wiele torów wyścigowych na przestrzeni lat zdobyło miano „legendarnych” czy „ikonicznych”. W samej Europie, nitki w Monako, francuskim Le Mans czy belgijskim Spa-Francorchamps, mimo że modyfikowane na przestrzeni lat, dalej elektryzują zarówno publiczność, jak i kierowców. Jest jednak jeden tor inny niż wszystkie, który po dziś dzień oprócz ekscytacji wzbudza zasłużony respekt – Nürburgring, a dokładnie jego Północna Pętla, czyli Nordschleife.

Ścieżki wśród gór

Pierwsze wyścigi organizowane na przełomie XIX i XX w. nie odbywały się na specjalnie wybudowanych torach, a na wytyczonych trasach na publicznych drogach. Z tego względu pierwsze nitki miały nie raz nawet po 100 kilometrów długości, jak chociażby trasa Targa Flario na Sycylii, jednego z najstarszych wyścigów samochodowych świata i w tamtym okresie najbardziej prestiżowego. Nie inaczej było w Niemczech, gdzie od 1922 roku odbywały się zawody Eifelrennen, czerpiące swoją nazwę od gór, wśród których wytyczono „zaledwie” 33-kilometrową trasę. Nawet jak na tamte czasy, gdy nie zaprzątano sobie głowy takimi drobnostkami jak bezpieczeństwo kierowców, była to niezwykle trudna przeprawa. W tym samym roku otwarto tor Monza we Włoszech, jeden z pierwszych tego typu obiektów na świecie, co podsunęło organizatorom Eifelrennen, niemieckiemu automobilklubowi ADAC pomysł stworzenia toru właśnie wśród gór Eifel. Nie miała to być jednak szybka, krótka nitka jak na Monzy – miała oddawać charakter miejsca, w jakim się znajdowała.

W 1927 roku otwarto tor Nürburgring. Ciasna nitka złożona w ówczesnej konfiguracji z ponad 170 zakrętów wije się wśród lasów, a spoglądają na nią ruiny XII-wiecznego zamku Nürburg. 18 lipca 1927 roku na nowo otwartym torze zadebiutowały motocykle w ramach Eifelrennern, a pierwszym zwycięzcą został Toni Ulmen. Następnego dnia Nürburgring gościł swój pierwszy wyścig samochodowy, w którym triumfował Rudolf Caracciola. Dwa lata później zaprzestano korzystania z całego toru i używano jednej z dwóch nitek: Südschleife, przystosowanej głównie dla zawodów motocyklowych i niesławnej, ponad 20-kilometrowej Nordschleife. Tak rozpoczęła się historia jednego z najtrudniejszych torów świata.

Wyścigi ze śmiercią

Mistrzostwa Świata Formuły 1 zagościły na Nordschleife w 1951 roku i przez lata właśnie na tym torze organizowano Grand Prix Niemiec. 75 lat później ten wybór wydaje się wręcz szokujący, zważając na zabójczy charakter nitki i znikome standardy bezpieczeństwa w tamtych czasach – w latach 50. w bolidach Formuły 1 nie było nawet pasów. Pokonanie jednego okrążenia zajmowało wtedy około 10 minut, więc samo zapamiętanie układu zakrętów stanowiło ogromne wyzwanie. Powierzchnia była nierówna i zdradziecka, wiele zakrętów ślepa, a wzdłuż toru przez lata nie było barier. Jeden błąd, podbicie czy utrata kontroli mogła oznaczać wypadnięcie na drzewa.

Niemniej to właśnie na tym torze swój prawdopodobnie najlepszy wyścig w życiu przejechał legendarny kierowca Formuły 1, Juan Manuel Fangio z Argentyny. Podczas Grand Prix Niemiec w 1957 roku, po nieudanym pit-stopie, walczący o 5. tytuł Fangio na 14. okrążeniu znalazł się w swoim Maserati 48,5 sekundy za prowadzącym duetem z Ferrari – Peterem Collinsem i Mike’iem Hawthornem. Argentyńczyk nie miał zamiaru się poddawać i zaczął odrabiać straty, seryjnie przejeżdżając najszybsze okrążenia wyścigu. Już trzy kółka później zniwelował różnicę do zaledwie 15 sekund. Ferrari wydało swoim kierowcom polecenie, że mają maksymalnie zwiększyć tempo, ale Fangio był w zupełnie innej lidze. Na 18. okrążeniu pobił swój własny rekord toru z kwalifikacji i poprawiał go na każdym kolejnym. Na 20. kółku był 11 sekund szybszy niż kierowcy Ferrari. Zdołał wyprzedzić zarówno Collinsa, jak i Hawthorne’a na przedostatnim okrążeniu i utrzymał prowadzenie już do samego końca. Fangio przypieczętował 5. tytuł mistrza świata Formuły 1 i chociaż zwycięstwo na Nordschleife było ostatnim w jego karierze, trudno sobie wyobrazić sobie bardziej imponujący występ.

Jednak oprócz niezwykłych triumfów, na Nürburgringu miał miejsce ogrom tragedii. Dość powiedzieć, że wspominany Philip Collins zginął na Nordschleife zaledwie rok po zwycięstwie Fangio, a był on tylko jedną ze zbyt wielu ofiar. Tor stanowił tak wielkie wyzwanie, że został ochrzczony Zielonym piekłem przez znakomitego kierowcę F1 z lat 60., Jackiego Stewarda. Zmiany na rzecz bezpieczeństwa przyniosły dopiero lata 70., głównie za sprawą bojkotu Grand Prix przez kierowców Formuły 1 w 1970 roku.

Jednak nawet po zamontowaniu barier i kilku modyfikacjach nitki, problemem dalej pozostawała sama długość toru – pomiędzy stanowiskami porządkowych, którzy jako pierwsi docierają na miejsce wypadku, by udzielić pomocy kierowcy, były zbyt duże odległości. Z tego względu zdecydowano, że w 1976 roku odbędzie się ostatni wyścig Formuły 1 na Norschleife. Niemniej ówczesny mistrz świata, Austriak Niki Lauda, zaproponował kolejny bojkot toru właśnie ze względu na kwestie bezpieczeństwa. Pomysł odrzucono. Lauda rozbił się na drugim okrążeniu i doznał poważnych poparzeń wskutek zapalenia się paliwa. Jego obawy, co do liczby personelu na torze się potwierdziły – uratowała go reakcja jego rywali, którzy wyciągnęli go z płonącego bolidu.

Pomnik historii

Od lat 70. Nürburgring poczynił wiele zmian na rzecz poprawy bezpieczeństwa. Utrata możliwości goszczenia Grand Prix Niemiec na rzecz Hockenheimringu spowodowała, że utworzono niemal zupełnie nowy tor przystosowany do potrzeb Formuły 1, zastępując tym samym Południową Pętlę. Mistrzostwa świata gościły na nim wielokrotnie, po raz pierwszy w 1984 roku, a ostatni w 2020 r., gdy pandemia wymusiła na Formule 1 stworzenie kalendarza tylko z torów europejskich.

Niemniej na Nordschleife dalej są organizowane wyścigi samochodowe – prace na nitce odbywają się co roku, poprawiając bezpieczeństwo kierowców i stan nawierzchni. Najważniejszym wydarzeniem jest Nürburgring 24 Hours, jeden z najsłynniejszych wyścigów długodystansowych, w którym na raz może wziąć udział nawet 150 samochodów o różnej mocy – od 100 do nawet 700 koni mechanicznych. Wyzwanie przyciąga setki kierowców, w tym czterokrotnego mistrz świata Formuły 1 Maxa Verstappena. Zresztą nie tylko zawodowcy pragną poczuć adrenalinę związaną z przejazdami w Zielonym piekle – od momentu powstania toru w 1927 roku każda osoba posiadająca swój samochód, prawo jazdy i bilet może przejechać się po Nordschleife. Tylko bez szaleństw! Tor ma status płatnej drogi publicznej, więc przepisy ruchu drogowego dalej obowiązują.

Mimo wszystko, bolidy jednomiejscowe dalej pojawiają się na Północnej Pętli tylko w przejazdach pokazowych. Pomimo wszelkich starań, nadal jest to niezwykle niebezpieczny tor. W historii Nürburgring 24 Hours miały miejsce dwa wypadki śmiertelne – w 2001 roku podczas sesji treningowej zginął Christian Peruzzi, a w wyniku kraksy 7 samochodów podczas tegorocznych wyścigów kwalifikacyjnych, 18 kwietnia zmarł Juha Miettinen.

Od powstania Nürburgringu w przyszłym roku minie sto lat i chociaż moje odczucia wobec tego toru, zawsze będą uzależnione od świadomości, jak wiele wypadków miało na nim miejsce, nie mogę zaprzeczyć, że jest to legendarny obiekt. Nordshleife jest żywym pomnikiem historii motorsportu, zarówno jej jasnych, jak i najciemniejszych stron, zbudowanym na wielkich triumfach i jeszcze większych tragediach.

Tekst: Zuzanna Kochanowska

W tym tygodniu zapraszamy do odsłuchania rozmowy Jana Mokrzyckiego z Dariuszem Żakiem, trenerem i byłym biegaczem o jego rywalizacji w Mistrzostwach Polski, drodze do zawodu trenera, a także o rozwoju zarówno biegów długodystansowych, jak i całej dyscypliny.