Rozegrane na LUZie
Czas na garść ciekawostek ze świata sportu w kolejnym wydaniu cyklu Rozegrane na LUZie. Tym razem przygotowaliśmy omówienie ostatniego Maratonu Londyńskiego, który zapisał się na kartach historii lekkoatletyki. Przyjrzymy się także nadchodzącym półfinałom w piłkarskiej Lidze Mistrzów, a na koniec cofniemy się do czasów, gdy organizatorzy tenisowego turnieju rozgrywanego w Madrycie zmienili kolor mączki na… niebieski.
Nowa era biegów maratońskich
Wiele rzeczy musi się złożyć na rekordowy bieg lub jak to niektórzy określają, „bieg idealny”. Ważna jest odpowiednia pogoda – bez ulewnego deszczu i z temperaturą, dzięki której zawodnik czuje w kościach, że to może być ta jedna szansa od losu. Równie istotny jest brak silnego wiatru czy szybka trasa. Także wsparcie kibiców, którzy pomagają pokonać maratończykowi te ostatnie metry, nawet gdy kwas mlekowy zawładnął całym organizmem i trudno jest wykonać kolejny krok. W zeszłą niedzielę, zarówno w kategorii męskiej, jak i żeńskiej, wszystko złożyło się w całość, tworząc lekkoatletyczną historię maratończyków.
Historia zatacza koło
Nie może być przypadkiem, że jedną z dwóch osób, która dawała sygnał do startu podczas Maratonu Londyńskiego mężczyzn był Mo Farah. Sportowiec, który na zawsze zapisał się na kartach historii biegów długodystansowych, dał sygnał innym zawodnikom, aby kontynuowali tradycję wyznaczania i przekraczania kolejnych nieosiągalnych granic.
W biegu po rekord świata
Od razu po starcie, za trzema pacemakerzami nadającymi tempo biegu, ustawiła się niesamowicie silna grupa. W jej składzie znaleźli się m. in. ubiegłoroczny zwycięzca Sebastian Sawe, Jacob Kiplimo, Amos Kipruto czy debiutujący w maratonie Yofim Kejelcha. Przez cały dystans osiągany przez nich czas ani na moment nie odbiegał od rezultatu na rekord świata, jednakże tylko jeden z nich był w stanie wytrzymać tempo do ostatnich metrów. Nowym rekordzistą został Sebastian Sawe ze spektakularnym wynikiem 1:59:30. Niemniej warto dodać, że cała pierwsza trójka zdołała pobiec szybciej niż dotychczasowy rekord świata, co jest niesamowitym zjawiskiem.
W kategorii kobiet, konkurencję na dystansie maratońskim wygrała Etiopka Tigst Assefa, która poprawiła własny, zeszłoroczny rekord świata aż o 9 sekund, kończąc rywalizację z nowym rezultatem wynoszącym 2:15:41. Co ciekawe, w biegu nie brali udziału męscy pacemakerzy, co tylko pokazuje, ile ciężkiej pracy oraz siły psychicznej musiała włożyć zawodniczka z Etiopii.
Końcowe smaczki
Na zakończenie, warto zaznaczyć, że w kategorii mężczyzn padł także rekord Etiopii, który od teraz posiada Yomif Kejelcha (1:59:41) oraz rekord Ugandy – trafił do Jacob’a Kiplimo (2:00:28). Zahaczając natomiast o inną stronę świata, najlepszą Europejką podczas Londyńskiego Maratonu, okazała się Eilish McColgan z rezultatem (2:24:51), z kolei w męskiej kategorii tytuł najszybszego Europejskiego maratończyka uzyskał Peter Lynch z wynikiem (2:06:08). Te rezultaty pokazują w jak wspaniałym kierunku zmierza rozwój biegów długodystansowych. Nie ma jeszcze granic, których w dalszym ciągu nie jesteśmy w stanie przesuwać ciężką pracą, mądrze rozplanowanymi treningami czy dobrym przygotowaniem mentalnym.
Tekst: Jan Mokrzycki
Red. Zuzanna Kochanowska
Półfinały Ligi Mistrzów meczami sezonu?
W tym tygodniu czeka nas pierwsza dawka półfinałowych emocji Ligi Mistrzów. Drabinka w tegorocznej edycji ułożyła się niezwykle ciekawie. Wielu obserwatorów twierdzi, że czeka nas (kolejny już) “mały finał” w wykonaniu PSG i Bayernu Monachium. Po drugiej stronie czeka nas mecz wielkich przegranych – Atletico i Arsenal zawalczą o finał, będąc jednocześnie zespołami, które jeszcze nigdy nie sięgnęły po najwyższe europejskie trofeum.
Starcie europejskich mocarstw
Jako pierwsi do gry staną Bayern i PSG, czyli drużyny najczęściej typowane do zwycięstwa w rozgrywkach. Bawarczycy są często określani jako drużyna najbardziej kompletna, grająca najładniejszy futbol w tym sezonie. Standardem już są ich zwycięstwa w lidze niemieckiej, a forma w Europie nie może być zaskoczeniem. Jednak to, jak prezentuje się Bayern pod wodzą Vincenta Kompanego szczególnie cieszy oczy kibiców. Dopięli już Bundesligę, a pod koniec miesiąca czeka ich finał Pucharu Niemiec przeciwko VfB Stuttgartowi, gdzie będą zdecydowanymi faworytami. Do pełni szczęścia brakuje europejskiego trofeum, ale muszą przejść jeszcze obrońców tytułu z Paryża.
PSG ma trudniejszą sytuację na krajowym podwórku. Lens cały czas depcze im po piętach i ma aktualnie zaledwie 6 punktów straty do Paryżan. Z Pucharu Francji wylecieli już w 1/16 finału, gdy ulegli derbowym rywalom, Paris FC, 1:0. Maszyna Luisa Enrique, która – zdawałoby się – znalazła cudowną metodę na zwycięstwa, ma w tym sezonie na swojej drodze mnóstwo przeszkód. Do półfinałów Ligi Mistrzów dotarli jednak bardzo pewnie, a najgorzej poradzili sobie w play-offach z ligowym rywalem z Monaco. Stali się specjalistami od wykańczania angielskich gigantów – po drodze starli się z Chelsea i Liverpoolem, którym nie pozostawili żadnych szans. PSG odczarowuje wizerunek francuskiej piłki i pokazuje, jak wzrasta poziom tamtejszych rozgrywek.
Analizując jednak bezpośrednie spotkania PSG i Bayernu, możemy zauważyć, że z wyjątkiem ubiegłorocznych Klubowych Mistrzostw Świata, to Bawarczycy zwykle wygrywają w tych starciach. Mistrzowie Niemiec mają szansę na podtrzymanie serii zwycięstw, która trwa od 2021 roku i wynosi już 5 wygranych z rzędu przeciwko PSG w rozgrywkach Champions League. Na ich niekorzyść działa lista kontuzjowanych zawodników, ale trudno mówić o szczególnym osłabieniu Bayernu. Wskazanie tu oczywistego faworyta jest wręcz niewykonalne. Z pewnością jednak nie zabraknie emocji – oba zespoły lubią strzelać dużo bramek, a ich gra zdaje egzamin pod względem jakości piłkarskiej. Początek tego piłkarskiego święta we wtorek, 28.04 o godzinie 18:00.
Czy Arsenal uratuje swój sezon?
W przeciwieństwie do Bayernu i PSG, ani Arsenal, ani Atletico nie mają zapewnionych trofeów w tym sezonie. Atletico jest w sytuacji, w której może skupić się w stu procentach na Lidze Mistrzów. Jakiś czas temu przegrali Copa del Rey, gdzie w finale wypuścili zwycięstwo na rzecz Realu Sociedad. Zajmują aktualnie 4. miejsce w tabeli, które gwarantuje im udział w Champions League w kolejnym sezonie, ale nie mają już szans na walkę o tytuł. Od 5. miejsca dzieli ich aż 10 punktów, więc choć matematycznie Betis ciągle może im zagrozić, to realistycznie, piłkarze Atletico mogą spać spokojnie. Sezon Arsenalu jest w znacznie bardziej krytycznej sytuacji.
W Premier League walka o tytuł mistrzowski ciągle trwa, a jedną z głównych ról odgrywa w niej właśnie Arsenal. Zespół Mikela Artety ma aktualnie 3 punkty przewagi nad Manchesterem City, ale ekipa Guardioli ma do nadrobienia jedno spotkanie. “Netto” między pretendentami jest zatem remis, więc po mistrzostwo sięgnie ten, kto nie potknie się do końca sezonu. Arsenal musi mieć się na baczności, bo chociaż wygrali ostatni mecz z Newcastle, to właśnie w kwietniu najczęściej wypuszczają przewagę z rąk. Presja jest ogromna – mają do wyciągnięcia dwa tytuły, a nie da się wykluczyć, że znów zakończą sezon z niczym. Na podwórku europejskim idzie im jednak bardzo dobrze, choć ich mecze nie należą do najciekawszych, co mocno uwidocznił dwumecz ze Sportngiem.
Arsenal i Atletico spotkały się już w fazie ligowej. Wtedy zespół Artety odniósł wysokie zwycięstwo 4:0. Na niekorzyść drużyny Diego Simeone przemawia też ostatni występ w finale Pucharu Króla. Arsenal złapał jednak ogromną zadyszkę, ma na sobie ciężar bardzo wysokich oczekiwań i przechodzi przez kolejne mecze z wielką trudnością. Na pewno będzie to mecz warty obserwacji, ale może być starciem z niewielką liczbą bramek. Spotkanie odbędzie się w najbliższą środę o 21:00.
tekst: Kornelia Polis
Red. Zuzanna Kochanowska
Niebieski Madryt
Charakterystyczna ciemnoczerwona lub pomarańczowa barwa mączki, a na niej wymalowane śnieżnobiałe linie – tak zapewne większość z nas wyobraża sobie korty ziemne do gry w tenisa. Co byście zatem powiedzieli na grę w towarzystwie niebieskiego pyłu? Brzmi dość niesamowicie i innowacyjnie. Organizatorzy turnieju Mutua Madrid Open z 2012 roku podjęli się tego wyzwania i postanowili zaryzykować… Z jakim efektem?
Nieudany eksperyment
Niebieskie korty najczęściej spotykamy podczas turniejów rozgrywanych na nawierzchni twardej. Jednak za sprawą jednego mężczyzny mogliśmy obejrzeć w Madrycie turniej, podczas którego buty i skarpetki zawodników przybierały intensywny błękitny kolor. Pomysłodawcą eksperymentu z niebieską glinką był Ion Țiriac. Rumun dziś znany jest przede wszystkim jako biznesmen, ale ma za sobą karierę tenisisty i hokeisty. Țiriac był również właścicielem i organizatorem właśnie turnieju rozgrywanego w Madrycie. Rumun uważał, że czerwona mączka na kortach jest mało optymalna, ponieważ z trybun i w telewizji trudno śledzić piłkę w trakcie gry. Już w latach 80. Țiriac zamontował na swoim halowym turnieju w Stuttgardzie niebieską nawierzchnię twardą. Celem było zwiększenie widoczności piłki tenisowej. Do podobnych rozwiązań przekonali się również organizatorzy Australian Open i US Open, którzy zieloną twardą nawierzchnię zastąpili właśnie niebieską. Na fali tych zmian Ion Țiriac stwierdził, że przyszedł czas i na czerwoną mączkę.
Po kilku latach eksperymentów, zespołowi wspieranemu przez Gastona Cloupa, który przez prawie 20 lat odpowiadał za utrzymywanie kortów na Roland Garros, udało się uzyskać niebieską mączkę. Proces tworzenia tego surowca polegał przede wszystkim na wyciągnięciu z wykopanej ziemi tlenku żelaza i innych metali, aby zmienić jej kolor na białą. Otrzymany produkt następnie wypalano i uzyskiwano białe cegły. Później miażdżono je, filtrowano i barwiono na niebiesko. Mączka w niecodziennym odcieniu miała mieć swój debiut podczas turnieju w Madrycie w 2012 roku. Mimo ekscytacji pomysłodawców, realia zweryfikowały nową nawierzchnię.
Obrońcy czerwonej mączki
Wielu czołowych zawodników i zawodniczek nie było przekonanych do innowacyjnego pomysłu Țiriaca. Bardzo głośno i… negatywnie na temat tego eksperymentu wypowiadał się wówczas król kortów ziemnych – Rafael Nadal. Hiszpan naprawdę nie szczędził w słowach po otrzymaniu informacji o niebieskiej rewolucji organizatorów w Madrycie. Słusznie zauważył, że turniej rozgrywany w stolicy Hiszpanii już wyróżnia się na tle innych w sezonie na mączce, ponieważ jego korty położone są na sporej wysokości, co wiązało się z dużą adaptacją. Nadal uważał, że zmiana koloru mączki w Madrycie jest jedynie tanim chwytem marketingowym. Nie rozumiał, dlaczego ATP wyraziło zgodę na zmianę nawierzchni, mimo negatywnych rekomendacji zawodników.
W światku tenisowym zawrzało, jednak Țiriac nie przejmował się zbytnio negatywnymi uwagami i oponował mocno przy swojej decyzji. Był pewien, że nawet naczelny przeciwnik niebieskiej mączki, Nadal, się do niej przekona się. Założenie Rumuna było śmiałe i – jak się okazało – całkowicie błędne… Niebieska nawierzchnia była bowiem za śliska. Okazało się, że innowacyjna mączka nie stanowiła głównego powodu problemu, a jej głębsze podłoże. Osoby odpowiedzialne za korty na turnieju w Madrycie tak martwiły się o dobrą prezentację nowej nawierzchni, że po jej rozłożeniu, wywalcowali ją za mocno. W związku z tym trudno było ją nawodnić i stała się bardziej śliska niż zazwyczaj. Novak Djoković był bardzo zbulwersowany stanem nowej nawierzchni, ponieważ podczas meczu ćwierćfinałowego potknął się na niej niebezpiecznie. Po tym incydencie zapewnił organizatorów, że jeżeli na kolejnych odsłonach turnieju będą upierali się przy pozostawieniu niebieskiej mączki, zrezygnuje z udziału w następnych edycjach. Nadal był zgodny z Serbem i oświadczył, że jeśli takie praktyki będą miały dalej miejsce, z jego kalendarza również wypadnie turniej w Madrycie.
Mimo całej mączkowej wrzawy, edycja turnieju z 2012 roku może pochwalić się zwycięzcami z najwyższej półki. W singlu kobiecym wygrała Serena Williams, a w męskich zmaganiach triumfował Roger Federer. Eksperyment z niebieską nawierzchnią zakończył się jednak fiaskiem. Innowacyjna mączka, mimo że miała także swoich zwolenników, zniknęła, a następne edycje Mutua Madrid Open odbywały się znowu na tradycyjnej czerwonej nawierzchni.
Zielono mi
Tym sposobem historia o niebieskiej nawierzchni w Madrycie pozostaje jedynie ciekawostką. A co byście powiedzieli na zieloną mączkę? Okazuje się, że nie jest kolejnym wymysłem i anegdotką, ale realnie wykorzystywanym do dziś surowcem na kortach ziemnych, głównie w Stanach Zjednoczonych. Została opracowana w latach 30. XX w. na wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej i zazwyczaj nazwana jest Har-Tru. Skąd taka nazwa? Słowo Har pochodzi od inicjałów wynalazcy tej nawierzchni – Henry’ego Alexandra Robinsona, a Tru (od angielskiego słowa true oznaczającego prawdę) odnosi się do założenia, że ta nawierzchnia prawdziwie odbija piłki tenisowe i jest prawdziwie zielona.
Zielona odmiana jest tylko kuzynką czerwonej mączki, a nie siostrą, ponieważ w rzeczywistości nie jest ona ziemią, a zmielonym kamieniem. Jest to prekambryjski metabazalt z gór Blue Ridge w Wirginii. Używano go kiedyś do ozdabiania krajobrazu, a później do produkcji granulatu na asfaltowe gonty. Podobno ten kamień jest twardszy niż granit i ma wręcz wytrzymałość diamentów przemysłowych! Metabazalt jest też dość kanciasty, przez co cząstki zahaczają o siebie w procesie miażdżenia, tworząc zwartą nawierzchnię. Taka właściwość zapewnia dobre nawodnienie kortu, ponieważ przestrzeń między drobinkami przyjmuje wodę i dobrze ją przechowuje. Inaczej jest w przypadku czerwonej mączki, która często ma problemy z drenażem i trwałością. Stąd też ceglana nawierzchnia została wyparta w Stanach Zjednoczonych na rzecz Har-Tru oraz kortów twardych.
Jak wskazują specjaliści, korty utworzone z zielonej mączki są przewidywalne. Podobno gdybyśmy chcieli co roku stworzyć od nowa kort z zielonego kamienia, uzyskalibyśmy za każdym razem taki sam efekt. Obecnie najbardziej znanym turniejem rozgrywanym na zielonej mączce jest Charleston Open (WTA 500) w Południowej Karolinie (USA). Nawierzchnia ta jest także popularna podczas amerykańskich turniejów z cyklu ITF czy turniejów juniorskich i amatorskich. W historii wielkich szlemów zielona mączka zagościła również na US Open w latach 1975–1977, zanim organizatorzy zdecydowali się na twardą nawierzchnię. Strach (a może właśnie nie) pomyśleć, jak potoczyłaby się kariera Nadala, gdyby turniej wielkoszlemowy w Stanach Zjednoczonych w czasach jego aktywności był organizowany na zielonej mączce…
Tekst: Agnieszka Traczyk
Red. Zuzanna Kochanowska