Rozegrane na LUZie
Gorące dni majówki były idealnym momentem na relaks, czas jednak powrócić do sportowych emocji wraz z Rozegranymi na LUZie. Tym razem przedstawimy sylwetkę jednej z gwiazd tenisowej gry podwójnej, a także przybliżymy kilka inspirujących historii sportowców, którzy mimo przeciwności spełniali swoje marzenia. Na koniec zajrzymy do świata Formuły 1 i podsumujemy minioną rundę w Miami.
Deblowa sensacja z Czech
Gdy myślimy o tenisie najczęstszym obrazem jaki pojawia się w głowie jest mecz singlowy. Warto jednak pamiętać, że tenis to nie tylko gra pojedyncza. Debel, choć może i mniej popularny, z biegiem lat zyskuje coraz większą rzeszę fanów. Mecze deblowe charakteryzuje niesamowita szybkość, dynamika, a akcje przy siatce zapewniają widzom niezwykłe emocje. Spośród gwiazd dzisiejszej sceny w grze podwójnej kobiet na prowadzenie wysuwa się sylwetka pewnej Czeszki.
Liderka
Kateřina Siniaková urodziła się 10 maja 1996 r. w Hradcu Králové. Młoda Czeszka na swoim koncie ma już pokaźną serię prestiżowych zwycięstw. W grze podwójnej kobiet triumfowała trzykrotnie w Paryżu podczas Roland Garros (2018, 2021 i 2024) oraz w Londynie podczas Wimbledonu w latach 2018, 2022 i 2024. Na nawierzchni twardej Siniaková zwyciężyła trzy razy: podczas Australian Open w 2022 i 2023 oraz US Open w 2022. W 2025 roku wygrała finałowy mecz w grze mieszanej u boku Sema Verbeeka, wygrywając w dwóch setach zakończonych tie-breakami 7:6 (3), 7:6 (3) z duetem brazylijsko-brytyjskim Luisa Stefani/Joe Salisbury. Przed rozpoczęciem kariery profesjonalnej Czeszka została mistrzynią juniorskich rozgrywek podczas French Open, Wimbledonu i US Open.
Nie można jednak zapomnieć o jednych z najważniejszych, jeśli nie najważniejszych osiągnięciach Kateřiny Siniakovej – złotych medalach igrzysk olimpijskich z Tokio (2020) w grze podwójnej i z Paryża (2024) w grze mieszanej. Patrząc na ilość zdobytych tytułów przez Czeszkę, można by pomyśleć, że w tenisie osiągnęła już wszystko. Natomiast jej kariera nie zwalnia, a wraz z nadejściem sezonu 2026 nabiera jeszcze większego rozpędu. Dowodem na to jest ponowny powrót Siniakovej na pozycję numer 1 światowego rankingu deblistek WTA. Kateřina wielokrotnie obejmowała pozycję liderki w rankingu WTA deblistek. Numerem 1 została po raz pierwszy w listopadzie 2021. Później sukcesywnie powracała na pierwsze miejsce (np. w 2022, 2023, 2024). Łącznie Czeszka spędziła ponad 100 tygodni na czele tabeli WTA, co plasuje ją dziś w ścisłej czołówce najlepszych deblistek w historii tenisa.
Bo do debla trzeba dwojga
Do gry podwójnej, jak sama nazwa wskazuje, potrzebnych jest dwóch zawodników. Uzupełnianie się i niesamowita komunikacja z partnerem są niezbędne do stworzenia zgranego duetu na korcie. Debliści muszą pamiętać o stałej wymianie informacji pomiędzy sobą, zarówno tą werbalną, jak i niewerbalną, przed i w trakcie meczu. Dobrzy partnerzy sygnalizują sobie nawzajem np. kierunek serwisu. Kolejną cechą, którą muszą się charakteryzować zgrane duety jest zaufanie. Podczas rywalizacji nieoceniona jest wiara w umiejętności partnera, ale też pewność, że pokryje on swoją strefę kortu. Ponadto w rywalizacji deblowej kluczowe jest wsparcie emocjonalne, jakie dają sobie współzawodnicy. Debliści mocno stawiają na bycie dla siebie oparciem niezależnie od wyniku – pozytywny komentarz po błędzie jest ważniejszy niż krytyka. Niezwykle istotna jest też kompatybilność stylów gry obu zawodników. Przykładowo: jeśli jeden gracz jest agresywny przy siatce, drugi powinien dobrze czuć się w grze z głębi kortu. Dodatkowo liczy się koordynacja w poruszaniu się po korcie, aby unikać sytuacji, w których obaj partnerzy biegną do tej samej piłki, pozostawiając pusty kort.
Przez lata swojej kariery Siniaková miała różne partnerki i partnerów na korcie. Osiągnięcia jakie udało jej się zapisać na swoim deblowym koncie pokazują, jak ważne są powyższe cechy w doborze swojej „deblowej drugiej połówki”. Jej najbardziej znaną partnerką, z którą również najdłużej współpracowała w latach 2013-2023 była Barbora Krejčíková. Zawodniczki stworzyły razem jedną z najlepszych par w historii, zdobywając aż 7 tytułów wielkoszlemowych, złoto olimpijskie w Tokio oraz kompletując tzw. Super Szlem (wygranie wszystkich turniejów wielkoszlemowych, finałów WTA i złota olimpijskiego). Siniaková stworzyła także zgrany zespół z Amerykaną Coco Gauff. Wspólnie wygrały m.in. Roland Garros w 2024. W gronie osób, z którymi współpracowała Czeszka znajdziemy także Australijkę Storm Hunter oraz Chinkę Zhang Shuai. Warto również wspomnieć o jej udanych mikstowych duetach z Tomášem Macháčem (złoto olimpijskie w Paryżu 2024) czy Semem Verbeekiem (wygrany Wimbledon 2025).
Obecnie Siniaková tworzy duet z amerykańską tenisistką Taylor Townsend, z którą zaczęła współpracę w 2024 r. Wspólnie odniosły duże sukcesy, m.in. wygrywając Wimbledon 2024 i Australian Open 2025. Sezon 2026 zaczął się dla obu zawodniczek wyśmienicie. W Australii Siniaková i Townsend dotarły aż do etapu ćwierćfinału. Podczas tegorocznych turniejów w Indian Wells i Miami skompletowały marcowe Sunshine Double. Po pewnym zwycięstwie w Kalifornii, gdzie pokonały bez utraty seta duet Anna Danilina/ Aleksandra Krunic, nie znalazły pogromczyń również na kolejnym prestiżowym turnieju rangi WTA 1000 w Miami. W finale, m.in. dzięki obronionym piłkom setowym, pokonały wówczas 7:6(0), 6:1 włoski duet Sara Errani/Jasmine Paolini. Na kolejne zwycięstwo nie trzeba było długo czekać. Podczas turnieju w Madrycie, Katerina i Taylor zakończyły każdy rozegrany mecz bez utraty seta. W finałowym starciu spotkały się z rosyjskim duetem Mirra Andriejewa/ Daria Sznajder. Po 89 minutach gry to Siniaková i Townsend cieszyły się ze zwycięstwa 7:6(2), 6:2. Po triumfie w Madrycie, Siniaková pieczętuje wspomniany powrót na fotel liderki rankingu kolejnym trofeum. Czeszka i Amerykanka prezentowały w ostatnich tygodniach rewelacyjną formę. Duet ten jak na razie zdaje się być niepokonany. Jesteśmy niezwykle ciekawi, co przyniesie dalsza część sezonu.
W pojedynkę też jej do twarzy
Kateřina Siniaková jest nadal aktywną zawodniczką i nie zapowiada się, aby miała kończyć swoją karierę. Mimo to już nosi miano wybitnej i ponadczasowej deblistki. Opisując jednak dotychczasowe osiągnięcia i sylwetkę Czeszki, nie sposób nie wspomnieć o jej singlowej ścieżce. W swojej historii Siniaková zdobyła 5 tytułów w turniejach głównego cyklu WTA, w tym w Shenzhen (2017), Bastad (2017), Portoroz (2022) oraz Bad Homburg (2023). Ponadto udało jej się dotrzeć do 5 finałów turniejów WTA. Natomiast jej najlepsze wyniki w grze pojedynczej w Wielkim Szlemie to zazwyczaj 3. lub 4. runda.
W tegorocznych zmaganiach w grze pojedynczej Czeszki, z pewnością na przypomnienie zasługuje spotkanie singlowe z Kalifornii. Jest nim starcie Siniakovej w trzeciej rundzie turnieju WTA 1000 w Indian Wells z Mirrą Andriejewą. Po niesamowitej, emocjonującej grze i prawie trzech godzinach walki wyeliminowała ona rosyjską gwiazdę, wygrywając 4:6, 7:6(5), 6:3. Jak do tego doszło? Dzięki agresywnej grze Czeszka od razu odebrała serwis Rosjance i nabrała rozpędu. Jej rywalka popełniała wiele błędów. Mirra jednak w porę odzyskała kontrolę, przestała się mylić i odwróciła przebieg pierwszego seta. Drugi set przyniósł niespodziewany obrót sprawy. Siniaková znów rozpoczęła od przełamania serwisu przeciwniczki. Losy tej partii przeważały raz na korzyść Czeszki, a raz Rosjanki. Andriejewa nie kryła złości i była bardzo sfrustrowana sytuacją na korcie: kłóciła się z sędzią, często uderzała się w nogi i krzyczała na swój zespół. Drugi set, będący istnym rollercoasterem, nie mógł zakończyć się inaczej niż rozstrzygnięciem za pomocą tie-breaka. Początkowo Siniaková prowadziła 3-1. Straciła jednak swoją przewagę, gdy Rosjanka niespodziewanie odwróciła wynik na 5-4. Końcówka tej partii należała jednak do Czeszki. Andriejewa była wściekła i wyładowała złość na rakiecie, niszcząc ją, za co otrzymała od sędziego upomnienie. Mimo ogromnego wysiłku i zmęczenia Czeszki, weszła w 3. partię z determinacją. To ona dyktowała warunki tej części spotkania. Po zaciętej walce trwającej dwie godziny i 48 minut Siniaková nie kryła wzruszenia i ze szczęścia się rozpłakała. To zwycięstwo wiele dla niej znaczy i buduje jej pewność siebie jako singlistki.
Siniaková jest znana z waleczności i odwagi na korcie. Jej umiejętności deblistki pozwalają jej na swobodną, ale i agresywną grę pod siatką. Łączy podczas gry spryt i precyzję, często zaskakując przeciwniczki swoimi rozwiązaniami. Mimo większych sukcesów w deblu, kariera singlowa Czeszki obejmuje zwycięstwa nad topowymi zawodniczkami. Jej mecze w grze pojedynczej dowodzą, że jest wszechstronnie utalentowaną tenisistką, której w singlu z pewnością nie powinno się lekceważyć.
Tekst: Agnieszka Traczyk
Red. Zuzanna Kochanowska
It’s May the 4th…
Wielu kojarzy pozdrowienie z Gwiezdnych Wojen. Oznacza życzenie siły i powodzenia. Czy właśnie nie tego potrzebujemy, gdy od tygodni próbujemy się za coś zabrać, ale czekamy na odpowiedni moment? Może to pisanie pracy dyplomowej albo nauka do egzaminu. Albo po głowie chodzi nam bieganie, jednak każdy poranek nie wydaje się tym właściwym. Jak sobie z tym poradzić? Odpowiedź jest prosta – zacząć.
Właśnie przez filmową kwestię z odległej galaktyki, zwróciłam uwagę na datę w kalendarzu. Pomyślałam, że 4 maja jest idealnym dniem, aby coś zacząć. Dzięki temu przebiegłam już o trzy kilometry więcej niż w kwietniu. Jednak tak naprawdę 4.05 nie stanowi jakiegoś wyjątkowego momentu (chyba, że jest się strażakiem). Układ planet nie jest nadzwyczajny ani energia nie jest silniejsza. Trzeba zacząć, a dalej będzie już z górki. Dlatego chciałabym pokazać na kilku przykładach, że aby osiągać sukcesy i realizować swoje cele, nie jest konieczne, aby wszystkie siły wszechświata nam sprzyjały. To my musimy wyraźnie powiedzieć: „Dobra, jazda”.
Fauja Singh
Ten mężczyzna zaczął swoją przygodę z bieganiem po… 80. roku życia, a mimo to ukończył aż 9 maratonów! Mówi się, że w 2011 roku został pierwszym na świecie stulatkiem, który ukończył taki bieg. Wraz z kolejnymi sukcesami i ukończonymi zawodami, zyskał przydomek Tornado w Turbanie ze względu na swój charakterystyczny wygląd – Fauja Singh występował w tradycyjnym nakryciu głowy dla wyznawców sikhizmu. Nigdy wcześniej niczego nie trenował, był zwykłym rolnikiem – w dzieciństwie miał nawet problemy z chodzeniem, a pierwsze kroki postawił dopiero w wieku 5 lat. Biegać zaczął, aby poradzić sobie z żałobą. Teraz, choć już nieżyjący, stanowi swego rodzaju legendę.
Eva Pinkelnig
Skoczkini narciarska, która od zawsze marzyła o lataniu, ale wszyscy odradzali jej tę ścieżkę. Po przygodach z innymi dyscyplinami i pracy w sektorze publicznym, w wieku 26 lat wystąpiła w zawodach rangi Pucharu Świata. To dość późno na debiut na arenie międzynarodowej. Prawdziwe sukcesy przyszły jeszcze później – triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata wywalczyła w sezonie 2022/2023, zatem w wieku ponad 34 lat. Dla niektórych to już ostatnia prosta przed sportową emeryturą, a Eva Pinkelnig wspięła się wtedy na szczyt. W swojej kolekcji osiągnięć ma również 47 podiów w zawodach PŚ (w tym 16 zwycięstw), srebrne i brązowy medale Mistrzostw Świata, podia w turnieju Raw Air czy 1. miejsce w Turnieju Sylwestrowym (kobiecy odpowiednik Turnieju Czterech Skoczni, zastąpiony w sezonie 2023/2024 Turniejem Dwóch Nocy). A wszystko dzięki temu, że pewnego dnia wstała rano i zaczęła działać, aby spełniać swoje marzenia.
Chris Nikic
Z kolei Chris Nikic to amerykański triathlonista, który zmierzył się z jeszcze innymi trudnościami. Urodził się z Zespołem Downa i od dzieciństwa miał problemy z nawet podstawową aktywnością fizyczną. Zaczynał od kilku minut treningu dziennie, aż w 2020 roku ukończył Ironmana, jako pierwsza osoba z Zespołem Downa w historii. Idealny przykład, że to, co „niemożliwe”, w rzeczywistości może mieć po prostu status „jeszcze niezrobione”. I że sami możemy to zmienić.
Każda z tych historii wygląda inaczej, ale łączy je jedno – moment startu może nie był idealny lub taki, jakiego oczekiwaliby inni. Mimo wszystko okazał się wystarczający. Niezależnie od tego, z czym zwlekamy, może dla nas tym idealnym dniem będzie 5, 6, 7 albo 10 maja? Trzeba tylko zacząć! Nawet mały kroczek, a zawsze przybliży nas do celu. A kto wie, może jak zaczniemy, to nie będziemy w stanie się od tego oderwaać? May the Force be with you, wierzę w nas!
Tekst: Monika Duś
Red. Zuzanna Kochanowska
Młodość idzie po swoje
Pięć długich tygodni minęło od ostatniego Grand Prix w Japonii, ale zespoły Formuły 1 nie przywykły do bezczynności. Niemal każda ekipa mogła pochwalić się w Miami pakietami poprawek, a dotychczasowa dominacja Mercedesa stanęła pod znakiem zapytania. Chociaż faktycznie nastąpiły przetasowania w stawce, jedna rzecz pozostała niezmienna – karty rozdaje 19-letni Andrea Kimi Antonelli.
Wyścig zbrojeń
Po rozpoczęciu sezonu niewiele zespołów miało powody do zadowolenia – spośród ekip czołówki nastroje dopisywały jedynie w Mercedesie, który pewnie zwyciężył wszystkie trzy dotychczasowe wyścigi. Ferrari jako druga siła miało sobie mniej do zarzucenia niż rywale, jednak kilkunastosekundowe straty do liderów nie napawały optymizmem. Zeszłoroczni mistrzowie świata konstruktorów z McLarena kręcili nosem, że jako zespół kliencki Mercedesa otrzymali najnowszą specyfikę silników dopiero podczas pierwszej rundy. Ponadto problemy techniczne w Chinach wyeliminowały oba bolidy z walki jeszcze przed startem wyścigu, powiększając stratę do liderów z Brackley. Jednak najgorsze nastroje panowały w Red Bullu – słabe osiągi sprawiły, że czterokrotny mistrz świata Max Verstappen przez pierwsze 3 rundy ani razu nie zakończył wyścigu wyżej niż na szóstej pozycji, a w klasyfikacji generalnej Czerwone Byki zajmowali dopiero 6. miejsce z zaledwie 16 punktami! Pięć tygodni przerwy, spowodowane odwołaniem dwóch rund na Bliskim Wschodzie, oznaczało intensywną pracę nad zmniejszeniem strat.
Przed rozpoczęciem rundy w Miami stało się jasne, że rywale mają zamiar rzucić wyzwanie Mercedesowi. Ekipa Srebrnych Strzał zdecydowała się na drobne zmiany, przygotowując standardowy pakiet poprawek na Grand Prix Kanady. Co innego grupa pościgowa – McLaren i Red Bull przywiozły po siedem nowych elementów, a Ferrari zdecydowało się na wprowadzenie aż jedenastu usprawnień. Czasu na ich skalibrowanie było niezwykle mało. Runda w Miami jest tzw. rundą sprinterską, podczas której, oprócz głównego wyścigu, w sobotę odbywa się jeszcze jeden, krótszy, co wiąże się ze zmniejszeniem liczb sesji treningowych z trzech do zaledwie jednej. Jednak taka sytuacja ma też swoje plusy – już w piątek wieczorem, podczas kwalifikacji do wyścigu sprinterskiego, mieliśmy poznać nowy układ sił.
Odrodzenie mistrzów świata
W ostatnich latach McLaren stał się znany z imponującego zwiększania osiągów w trakcie sezonu. Ten trend zapoczątkował rozwój bolidu z sezonu 2023 – po koszmarnym starcie, gdy kierowcy Pomarańczowych z trudem zdobywali punkty, dzięki pakietowi poprawek, stali się stałymi bywalcami na podium. Chociaż nikt nie odważyłby się lekceważyć inżynierów McLarena, raczej nie spodziewano się, że w pierwszych kwalifikacjach po wprowadzeniu zmian zwycięży ich kierowca, Lando Norris i to z czasem aż o 2 dziesiąte sekundy lepszym niż Mercedes. Może jednak należałoby powiedzieć lepszym niż Kimi Antonelli – jego kolega z zespołu, George Russell, zakończył kwalifikacje dopiero na 6. miejscu, ponad 6 dziesiątych sekundy za Norrisem. Drugi kierowca McLarena, Oscar Piastri, również zaprezentował się z dobrej strony, meldując się na mecie z trzecim czasem. Największy postęp zaliczył jednak Red Bull – Max Verstappen osiągnął 5. czas, a bolid zdawał się znacznie bardziej przewidywalny na torze niż jeszcze miesiąc temu.
W sprincie McLaren potwierdził swoją dobrą dyspozycję. Norris, jak przystało na aktualnego mistrza świata, bezproblemowo zwyciężył. Piastri przebił się na drugie miejsce po fatalnym starcie Antonellego i zbudował bezpieczną przewagę nad trzecim Charles’em Leclerkiem z Ferrari, który również skorzystał na błędzie młodego zawodnika Mercedesa. Na starcie pozycję zyskał również George Russell kosztem Verstappena. Jednak na tym zakończyły się przetasowania w czołówce. Reszta sprintu minęła nad wyraz spokojnie, chociaż Antonelli tuż przed linią mety otrzymał 5-sekundową karę za łamanie limitów toru, przez co spadł na 6. pozycję. Sygnał był jasny – Mercedes przestał być hegemonem. Pozostawało pytanie, czy McLaren, Ferrari i Red Bull będą w stanie wykorzystać to w wyścigu?
Odpowiedź poznaliśmy już w sobotę wieczorem, podczas wietrznych kwalifikacji do wyścigu głównego, gdy Kimi Antonelli zdobył trzecie Pole Position z rzędu z przewagą niemal 3 dziesiątych sekundy nad drugim Maxem Verstappenem. Trzeci zameldował się Charles Leclerc, który mimo lepszego rezultatu niż w piątek, dalej podkreślał, że Ferrari ma pole do poprawy. Z kolei w McLarenie nastąpił „powrót do rzeczywistości”, jak to ujął dopiero siódmy Oscar Piastri – Norris poradził sobie lepiej, jednak dalej wystarczyło to na zaledwie czwartą pozycję. Niemniej największe powody do niezadowolenia miał George Russell, który z rezultatem aż o 4 dziesiąte sekundy słabszym od Antonellego skończył dopiero piąty – mimo to zachowywał spokój w wywiadach, wskazując, że taka sama sytuacja miała miejsce rok temu, a tor w Miami zwyczajnie mu nie pasuje.
Festiwal błędów
Wyścig zapowiadał się ekscytująco, szczególnie, że prognozowano opady deszczu – do tej pory nowe bolidy nie miały okazji sprawdzić się na mokrym torze. Nic jednak nie wskazywało na festiwal błędów, jakim okazało się Grand Prix Miami. Chaos rozpoczął się zaraz po zgaśnięciu świateł, gdy na starcie ponownie nie popisał się Antonelli, a także Verstappen. Obaj zblokowali koła i nie zmieścili się w pierwszym zakręcie, przekazując prowadzenie Leclercowi. Ponadto, gdy Holender próbował jak najszybciej odzyskać pozycję na torze, stracił panowanie nad bolidem i zrobił pełny obrót – cudem uniknął kolizji, ale spadł aż na 9. miejsce. Po pierwszych okrążeniach prowadził kierowca Ferrari, za nim wściekle gonił Antonelli, a trzeci Norris trzymał się blisko czołowej dwójki, przygotowując do ataku. Kwestia zwycięzcy w wyścigu pozostawała otwarta.
Antonelli zaatakował Leclerca już na czwartym kółku, jednak nie utrzymał długo prowadzenia i po chwili znowu znalazł się na drugim miejscu. Skoncentrowany na odzyskaniu pozycji lidera, został zaskoczony przez Lando Norrisa, który wyprzedził go na szóstym okrążeniu. Mistrzowi świata dopisało szczęście – kilkanaście sekund później ogłoszono wyjazd samochodu bezpieczeństwa, wywołany błędem, a zarazem kraksą Isacka Hadjara. Tym samym kierowca Red Bulla zakończył swój zdecydowanie nieudany weekend – po pakiecie poprawek nie był w stanie złapać wspólnego języka z bolidem. Zaraz po restarcie Norris wyszedł na prowadzenie, a chwilę później Antonelli skutecznie zaatakował Leclerca i obaj kierowcy zaczęli budować przewagę nad resztą stawki. Szybko stało się jasne, że walka o zwycięstwo toczy się między mistrzem świata a aktualnym liderem klasyfikacji generalnej.
Okno pit-stopowe zbliżało się nieubłagalnie, ale zespoły wstrzymywały się ze zmianą opon w obawie przed deszczem. Ten jednak nie nadchodził, a postoje w dalszej części stawki wskazywały na silny efekt podcięcia. Oznacza to, że kierowcy, którzy wcześniej zjechali do alei serwisowej zyskiwali dzięki temu pozycje na torze kosztem „oczekujących”. Właśnie wtedy błąd popełnili stratedzy McLarena, pozwalając, aby to Mercedes jako pierwszy wykonał pit-stop. Mimo błyskawicznej reakcji na działania rywali było już za późno – Antonelli wyprzedził Norrisa, gdy ten opuszczał aleję serwisową. Mimo prób walki, kierowca McLarena nie miał już tempa, aby zagrozić Włochowi.
W międzyczasie toczyła się walka o trzecie miejsce. Podczas samochodu bezpieczeństwa na zmianę opon zjechał Verstappen, dzięki czemu zyskał przewagę nad rywalami, ale nie na długo. Na około 10 okrążeń do końca wyścigu, Leclerc dopadł kierowcę Red Bulla, a dzięki świeższym oponom szybko się z nim uporał. W ślad za nim poszedł Piastri, który po wyprzedzeniu Verstappena, rzucił się w pogoń za Monakijczykiem. Na ostatnich kółkach mogliśmy oglądać dwa pojedynki – Charlesa Leclerca z Oscarem Piastrim i Maxa Verstappena z Georgem Russellem. Jednak ani kierowca Ferrari, ani zawodnik Red Bulla nie wybronili się przed rywalami.
Kwestia kolejności na mecie zdawała się rozstrzygnięta, ale wtedy Leclerc nagle stracił kontrolę nad bolidem. Monakijczyk, jak sam później przyznał, z własnej winy, wykonał obrót, uderzył w ścianę i tym samym uszkadził swój samochód. Desperacko próbując utrzymać pozycję na torze, zaczął ścinać zakręty, ale na próżno – tuż przed metą wyprzedzili go Russell i Verstappen, a jego liberalne podejście do limitów toru nie spodobało się sędziom, którzy ukarali go aż 20 sekundami kary. Ostatecznie Leclerc spadł na 8. miejsce, za Lewisa Hamiltona, który w ten weekend nic nie miał do powiedzenia w walce z partnerem z Ferrari.
Andrea Kimi Antonelli zwyciężył po raz trzeci z rzędu, powiększając swoją przewagę w klasyfikacji generalnej nad Russellem do aż 20 punktów. McLaren, nawet po zdobyciu podwójnego podium, dał do zrozumienia, że ma apetyt na więcej. Pomimo nietypowych dla siebie błędów, przebłyski tempa pokazali też Charles Leclerc i Max Verstappen. Prowadzenie nastoletniego Włocha rośnie, ale po zeszłorocznym sezonie, gdy Verstappen odrobił aż 100 punktów do Piastriego, czy istnieje w Formule 1 coś takiego, jak bezpieczna przewaga? Przekonamy się w dalszej części sezonu – następny wyścig w Kanadzie dopiero za trzy tygodnie. Kto wie, jaki układ sił zobaczymy po kolejnej przerwie.
Tekst: Zuzanna Kochanowska