Rozegrane na LUZie

Rozegrane na LUZie
Pomimo chłodnej pory za oknem w Akademickim Radiu LUZ czuć gorąc sportowych emocji. W kolejnym wydaniu cyklu Rozegrane na LUZie zagłębiamy się w najświeższe informacje oraz dzielimy się opiniami na temat wydarzeń ze świata Formuły 1, biegów przełajowych, koszykówki oraz tenisa.

Rozstrzygnięcia i nowe otwarcia w Las Vegas

Formuła 1 nie zwalnia tempa. Koniec mistrzostw świata zbliża się wielkimi krokami, a lider klasyfikacji generalnej, Lando Norris, wyjechał z Brazylii z dwudziestoczteropunktowym prowadzeniem. Jednak dalej w grze o najwyższą stawkę pozostaje jego partner z zespołu, Oscar Piastri i zawsze groźny Max Verstappen. Z kolei do finałowych wyścigów sezonu F1 Academy Doriane Pin przystąpiła z zaledwie dziewięcioma punktami przewagi nad Mayą Weug. Rozświetlone ulice centrum Las Vegas, trudne, deszczowe warunki i decydująca faza walki o mistrzostwo stworzyły pełen emocji weekend.

Symboliczne Grand Prix?

Weekend w Las Vegas jest wyjątkowy i nie świadczą o tym jedynie przygotowane specjalnie na tę okazję projekty kasków kierowców czy malowań bolidów. Jest to jedyne Grand Prix, którego promotorem jest sama Formuła 1, a dokładniej Formula One Management. Według mnie, ten konkretny weekend utożsamia kierunek, w którym podąża seria, zarówno pod względem sportowym — nocny wyścig na torze ulicznym w mieście znanym na całym świecie — jak i promocyjnym. Samo Grand Prix staje się elementem większego, na wskroś amerykańskiego show. Koncerty, celebryci, przedstawienie kierowców godne finałów NBA, a to wszystko pod światłami neonów, które otaczają słynny Las Vegas Strip.

Nawet, jeśli marketing niebezpiecznie balansuje na linii pomiędzy widowiskowością a kiczem (zeszłoroczna Ceremonia Otwarcia nie bez powodu była porównywana do prezentacji trybutów z „Igrzysk śmierci” Suzanne Collins), jestem w stanie przymknąć na ten element oko. Formuła 1 jest widowiskiem na skalę globalną — z raportu FOM-u wynika, że aż 827 milionów osób na świecie deklaruje się jako fani F1. W takim wypadku różnorodność w sposobie opakowania wyścigów jest nie tylko wskazana, a wręcz konieczna. Nieco przesadzona promocja na pewno nie zaszkodzi wizerunkowi serii, jeśli idzie za nią poziom sportowy. A na brak dramatyzmu w ten weekend na pewno nie można było narzekać.

Mistrzyni F1 Academy ukoronowana

Kolejna seria towarzysząca Formule 1 w tournée po świecie doczekała się rozstrzygnięcia. Podczas siódmej rundy F1 Academy wszystkie oczy zostały skierowane na Francuzkę, Doriane Pin, wspieraną przez Mercedesa oraz jeżdżącą pod holenderską flagą Mayę Weug, członkinię Akademii Kierowców Ferrari. Obie walczyły już o mistrzostwo sezon wcześniej — ostatecznie triumfowała Abbi Pulling — obie mają też doświadczenie w innych seriach wyścigowych. Pin w przeszłości uczestniczyła między innymi w World Endurance Championship, a Weug próbowała swoich sił w Formule Regional. Na przestrzeni kwalifikacji i dwóch wyścigów do zdobycia było aż 39 punktów, a zawodniczki dzieliło tylko dziewięć.

W kwalifikacjach błyszczała Amerykanka Chloe Chambers, reprezentująca Red Bulla. Wywalczyła dwa punkty za Pole Position do drugiego wyścigu. Pin zajęła miejsce czwarte, a Weug — piąte. F1 Academy jest serią juniorską, więc w celu umożliwienia stawce zebrania doświadczenia w wyprzedzaniu, osiem zawodniczek z najszybszymi czasami startuje w odwróconej kolejności. Wiąże się to również z mniejszą liczbą punktów dla zwyciężczyni, która do swojego dorobku może dopisać ich tylko 10, a nie, tak jak po drugim wyścigu — 25. Tym samym na starcie Weug ustawiła się przed Pin. Emma Felbermayr przez problemy techniczne nie mogła ruszyć z drugiego pola, więc obie zawodniczki zyskały pozycję. Warunki były niezwykle trudne ze względu na niskie temperatury i wcześniejsze opady deszczu, dlatego zapadła decyzja o starcie za samochodem bezpieczeństwa. Jednak w momencie, gdy liderka wyścigu Nina Gademan zaczęła dyktować tempo jadącej za nią stawki, nastąpił dramatyczny zwrot akcji. Nagle doszło do kolizji pomiędzy Mayą Weug a Tiną Hausmann, co nie tylko zniszczyło samochód Holenderki, ale też jej szanse na odrobienie punktów do Pin. Francuzka zyskała na całym zamieszaniu dwie pozycje, a ostatecznie wywalczyła zwycięstwo w wyścigu i punkt za najszybsze okrążenie. Z dziewięciopunktowej różnicy zrobiła się dwudziestopunktowa, a szanse juniorki Ferrari na wygraną zdawały się być już jedynie matematyczne.

Główny wyścig zdominowała Chloe Chambers, jednak uwagę przyciągały przede wszystkim kierowczynie na dalszych pozycjach. Pomimo heroicznej walki i świetnych manewrów wyprzedzania, trzecie miejsce Mayi Weug na nic się zdało przy piątej pozycji Pin. Zawodniczka Mercedesa została trzecią mistrzynią w historii F1 Academy.

Mistrz to piękne słowo, które naprawdę pasuje do naszego sezonu. Możemy być naprawdę dumni ze całej pracy, którą wykonaliśmy od zeszłego roku. Nigdy się nie poddaliśmy, bardzo ciężko pracowaliśmy nad wygrywaniem wyścigów, zdobywaniem tytułu” mówiła Pin po wyścigu. „Od kiedy po raz pierwszy wsiadłam do gokarta, chciałam wygrać każdy wyścig, w którym brałam udział. Jestem bardzo zadowolona z całej mojej drogi i oczywiście, moja podróż z F1 Academy była niezapomniana. Jestem z tego wszystkiego bardzo dumna, a teraz możemy to świętować.

Gdzie będziemy oglądać Doriane Pin w przyszłym sezonie? Tego dowiemy się zapewne już niedługo.

Deszcze i dyskwalifikacje

Lando Norris zdominował weekend w Brazylii, a po dwudziestu jeden rundach prowadził w klasyfikacji generalnej 24 punktami nad zaliczającym ogromny spadek formy partnerem z zespołu McLaren, Oscarem Piastrim. Pomimo niezwykłej pogoni po przerwie letniej, Max Verstappen z Red Bulla tracił do Norrisa aż 49 punktów. Dość powiedzieć, że wystarczyło, aby Brytyjczyk zdobył na przestrzeni weekendów w Las Vegas i Katarze dwa punkty więcej od Piastriego, a wywalczyłby tytuł z jedną rundą zapasu.

Warunki podczas kwalifikacji były piekielnie trudne — ulewa nad torem spowodowała, że już zazwyczaj śliska powierzchnia zdawała się zmienić w lodowisko. Ostatecznie, trzeci weekend z rzędu, najszybsze okrążenie przejechał Lando Norris. Za nim na starcie miał się ustawić Max Verstappen, a Piastri kwalifikacje zakończył dopiero piąty.

Na starcie Verstappen uzyskał prowadzenie i nie stracił go już do końca wyścigu. Norris co prawda stanął obok niego na drugim stopniu podium, jednak świętowanie nie trwało długo w McLarenie. Oba samochody miały problem z przejściem inspekcji technicznej, a kilka godzin po pojawieniu się flagi w szachownicę na środowisko Formuły 1 spadła bomba — kierowcy ekipy z Woking zostali zdyskwalifikowani!

Różnica między Norrisem i Piastrim się nie zmieniła, ale nagle do gry powrócił Max Verstappen, który zrównał się punktami z Australiczykiem. Walka o mistrzostwo nagle nabrała rumieńców. Teraz Norris nie tylko będzie musiał oglądać się na partnera z zespołu — choć zagrożenie z jego strony od kilku tygodni słabnie — ale i na czterokrotnego mistrza świata. Akurat Max Verstappen nie jest kimś, kogo chcesz zobaczyć w tylnym lusterku. Czas jednak gra na niekorzyść Holendra. Pozostały tylko dwa weekendy, chociaż w Katarze odbędzie się też sprint, w którym za wygraną otrzymuje się osiem punktów.

Odrobienie 24 punktów straty z pewnością jest trudne… Ale czy na pewno niemożliwe?

tekst: Zuzanna Kochanowska

Przełajowe Mistrzostwa Polski w mroźnym klimacie

Emocje już trochę opadły, dlatego nadszedł czas, aby podsumować sobotnie 97. Mistrzostwa Polski w biegach przełajowych w Lubinie. W walce o tytuł mistrza lub mistrzyni kraju, wzięło udział około 700 zawodniczek i zawodników z różnych województw i klubów. Sportowcy rywalizowali ze sobą w czterech kategoriach; U18, U20, U23 oraz senior, gdzie musieli się zmierzyć nie tylko z ciężkim terenem, bogatym w podbiegi, zbiegi czy grząskie odcinki trasy, ale również byli zmuszeni stawić czoło ciężkim warunkom atmosferycznym, jak chociażby silny i odczuwalny mróz.

Trasa, dystanse i ich specyfika

Sportowcy rozpoczynali rywalizację od dobiegu, a następnie mieli do pokonania, mniej więcej kilometrowe pętle, w zależności od długości ich trasy. W kategorii senior, kobiety stanęły do rywalizacji na takich samych dystansach jak mężczyźni. W przypadku krótszego biegu było to 2 km, natomiast dłuższy bieg liczył 8 km. Jak wyglądało to w przypadku innych konkurencji?

U18 U20 U23
kobiety mężczyźni kobiety mężczyźni kobiety mężczyźni
2km i 3km 3km i 5km 2km i 5km 3km i 5km 2km i 6km 2km i 6km

Kwiat polskich przełajów

Podczas sobotnich mistrzostw nie zabrakło oczywiście utalentowanych młodzieżowców. Którzy potwierdzili swoje dobre przygotowanie do przełajów między innymi licznymi złotymi medalami czy niesamowitą różnicą metrów pomiędzy pierwszym zawodnikiem, a goniącymi go rywalami. W kategorii U23, krótszy bieg na dystansie 2km wygrał Filip Rak z czasem (6:03), zostawiając za sobą Bartosza Kitlińskiego (6:06) oraz Kacpra Lewalskiego (6:07). Natomiast na dystansie dłuższym 6km, królował zdecydowanie w świetnym stylu Maciej Megier, który uzyskując czas (17:47), kompletnie zdominował swoją konkurencję. Nad drugim zawodnikiem, Adamem Bajorskim, wypracował sobie przewagę 26 sekund przewagi, natomiast nad trzecim, Kubą Gajdą, ta przewaga wzrosła aż do 39.

Na żyletki

Warto również wspomnieć o Oksanie Pestce, która czasem (7:15), wygrała bieg juniorek młodszych na dystansie dwóch kilometrów, gdzie walka była aż do ostatnich metrów, ponieważ między pierwszym, a drugim miejscem występuje różnica 1 sekundy. To samo można powiedzieć o świetnym Juniorze, Jakubie Abramczyku, który wygrał 5 km w kategorii U20, pozostawiając za sobą kolejną dwójkę medalistów o równo 12 i 17 sekund dalej. Nie można tutaj oczywiście pominąć takiej zawodniczki jak Olimpia Breza, która czasem (27:42), pokonała Patrycję Kapałę, a tym samym zwyciężyła seniorski bieg na dystansie ośmiu kilometrów.

Walka o coś więcej niż medale

Jak można się domyślać, te zawody nie były jedynie walką o złoty, srebrny czy brązowy medal Mistrzostw Polski, ale były również szansą na zakwalifikowanie się na Mistrzostwa Europy w biegach przełajowych, które termin mają wyznaczony na 14 grudnia w miejscowości Lagoa w Portugalii. To właśnie na podstawie sobotnich zmagań, zawodnicy, którzy według PZLA legitymowali się najlepszą dyspozycyjnością oraz formą, pojadą do Portugalii, aby zmierzyć się na arenie międzynarodowej z orzełkiem na piersi. Teraz nie pozostaje nic jak tylko czekać na oficjalną listę zakwalifikowanych zawodników.

tekst: Jan Mokrzycki

Przywrócić zwycięską mentalność

Sezon 2024/25 był fatalny dla koszykarskiego Śląska Wrocław. Trójkolorowi zakończyli rozgrywki na 10 miejscu w tabeli i po raz pierwszy od powrotu do Polskiej Ligi Koszykówki w 2019 roku nie zakwalifikowali się do fazy playoff. W letniej przerwie w klubie zaszły spore zmiany – Karolina Pokorska zastąpiła Michała Lizaka na stanowisku prezesa klubu, Waldemar Łuczak ponownie został dyrektorem sportowym, a Ainars Bagatskis został głównym szkoleniowcem zespołu z ulicy Mieszczańskiej. Jedną z misji łotewskiego trenera było przywrócenie Śląskowi zwycięskiej mentalności. Po ośmiu kolejkach kampanii 25/26 wygląda na to, że koszykarze z Wrocławia są blisko osiągnięcia tego celu.

Burzliwy początek 

Kiedy przeczytałem, że nowy szkoleniowiec ma zmienić podejście mentalne zawodników Śląska, wydawało mi się, że to kolejny wyświechtany frazes, o którym prędzej czy później zapomnimy. Podobnie sądziłem po pierwszych spotkaniach nowego sezonu. Na inaugurację WKS w imponującym stylu pokonał Neptunas Kłajpeda w ramach rozgrywek EuroCupu, ale następnie uległ w meczach ligowych z Treflem Sopot oraz Górnikiem Wałbrzych. Idei zwycięskiej mentalności zaprzeczały też słabe mecze w europejskich pucharach, w których rywale (m.in. BAXI Manresa czy Aris Saloniki) obnażali wszelkie słabości “nowego” Śląska. Mówiąc wprost wrocławianie grali w kratkę. Widać było, że czują w nogach intensywny okres przygotowawczy i potrzebują czasu, żeby zaimplementować wizję nowego trenera. 

Stabilizacja formy

Na całe szczęście zawodnicy, działacze klubu oraz kibice wykazali się dużą dozą cierpliwości oraz wiary w trenera Bagatskisa. Oczywiste jest, że zmiany na tak fundamentalnym poziomie nie następują z dnia na dzień. To proces, który wymaga czasu. Na ten moment wszystko wskazuje na to, że rewolucja, której motorem napędowym jest popularny “Bagi”, idzie w dobrym kierunku i przynosi pierwsze namacalne efekty. Ostatnie kilka spotkań w wykonaniu Śląska były znakomite. Wrocławianie potrafią dominować nad rywalami, czego przykładem może być czternastopunktowa wygrana nad obecnym Mistrzem Polski – Legią Warszawa. Łotewski szkoleniowiec umiejętnie rotuje zawodnikami, nie boi się trudnych decyzji i niemal idealnie reaguje na boiskowe wydarzenia. Ponadto widać, że każdy z zawodników wie co ma robić na boisku, a z jednostek tworzy się monolit gotowy do rywalizacji z każdym. Symbolem nowego rozdziału w historii 18-krotnego Mistrza Polski jest ostatnia wygrana z rewelacją ligi tureckiej i pracodawcą Mateusza Ponitki – Başakşehirem Koleji. Wygrana 99:91 jest największym sukcesem polskiego klubu w europejskich pucharach w ostatnich latach.

Kapitan przez duże K

Koszykówka bardzo często jest określana najbardziej zespołowym sportem wśród dyscyplin zespołowych. Logiczne jest więc to, że osiąganie dobrych wyników przez dłuższy czas wymaga świetnej formy kilku zawodników. Na wyróżnienie niewątpliwie zasługuje kapitan zespołu – Jakub Nizioł. Wychowanek Śląska przeszedł ogromną zmianę pod kątem mentalnym i jak mówił w audycji Crunch Time:

Pół sezonu we Francji otworzyło mi oczy na to jak wygląda profesjonalna koszykówka. Całe życie miałem tendencje do obrażania się i pokazywania swojego niezadowolenia na boisku. To źle wpływa nie tylko na postrzeganie mojej osoby, ale i na całą drużynę. Wiedziałem, że albo coś zmienię, albo będę stał w miejscu. Mam 29 lat więc ten proces refleksji trochę trwał, ale lepiej późno niż wcale

Nizioł obecnie jest kapitanem z prawdziwego zdarzenia – nie forcuje rzutów z nieprzygotowanych pozycji, fantastycznie dzieli się piłką z kolegami z zespołu i prezentuje najlepszą formę w swojej dotychczasowej karierze. 

Pozostali ojcowie ostatnich sukcesów

Kolejnym pewnym punktem w szeregach Trójkolorwych jest Noah Kirkwood. 25-letni Kanadyjczyk od debiutu w barwach Śląska zachwyca swoimi warunkami fizycznymi, koszykarską inteligencją i umiejętnościami technicznymi na bardzo wysokim poziomie. Ostatnia seria zwycięstw WKS-u to również zasługa Stefana Djordjevicia. Serbski środkowy potrzebował trochę czasu żeby dojść do optymalnej formy, ale obecnie gra znakomicie. Jego lewe półhaki to broń, na którą przeciwnicy nie są w stanie znaleźć odpowiedzi. W meczu z Başakşehirem Koleji Djordjević zdobył 20 punktów po czym przesiedział większość drugiej połowy na ławce. Poza tą trójką wyróżniającym się zawodnikiem jest też Jakub Urbaniak, który gra bardzo dobrze po obu stronach parkietu. 22-letni Polak koszykarsko wychowany w Hiszpanii jest zawodnikiem kompletnym. Grozi rzutem z dystansu, dysponuje znakomitym kozłem i haruje w obronie. 

Mam nadzieję, że Śląsk utrzyma tendencję wzrostową i udowodni, że zwycięska mentalność na dobre wróciła do Wrocławia. Warto docenić fakt, iż przed każdym meczem WKS-u kibice mogą ze spokojem obserwować wydarzenia na parkiecie. Czy to początek kolejnej pięknej historii wrocławskiej koszykówki? To będziemy mogli ocenić po zakończeniu obencych rozgrywek, ale potencjał w tej drużynie jest przeogromny.

tekst: Kajetan Krawczyk

Jeżeli brakowało wam treści poruszających wydarzenia z tenisowych kortów, to posłuchajcie co na temat Davis Cup ma do powiedzenia Karol Dziewałtowski.