Rozegrane na LUZie

Rozegrane na LUZie
Pomimo iście zimowej aury na zewnątrz, kibice na całym świecie nie popadają w letarg za sprawą sportowych wydarzeń. W kolejnym wydaniu Rozegranych na LUZie dogłębnie zanurkujemy w ostatnie wydarzenia za świata tenisa. Z kolei po wynurzeniu czeka na nas raport formy koszykarskiego Śląska Wrocław oraz fascynująca opowieść o symbolach Igrzysk Olimpijskich.

 

Początek damskiego sezonu w Australii i Nowej Zelandii 

Jeszcze przed chwilą mieliśmy w głowach emocje po końcówce sezonu tenisowego, gdy nagle zjawił się styczeń, a razem z nim początek sezonu 2026. Tenis nigdy nie zwalnia a my, jego fani, dobrze o tym wiemy! Jak co roku największe zmagania tenisa światowego rozpoczęły się w Oceanii. Zanim w pełni rozpocznie się wielkoszlemowy turniej Australian Open tenisiści z całego kontynentu mieli okazję rozgrzać swoje rakiety na innych kortach. Chociaż spora część uwagi miłośników tenisa zwrócona była w stronę tegorocznej edycji United Cup to na kortach damskich turniejów w Brisbane i Auckland nie zabrakło także emocji.

Polskie akcenty w Auckland i Brisbane

W ostatnim tygodniu polscy kibice  byli w dużej mierze skupieni na zmaganiach naszych rodaków podczas United Cup. Trzeba przyznać, że poświęcony czas na oglądanie meczów polskiej drużyny nie był na pewno czasem zmarnowanym ze względu na znakomite zwycięstwo Polaków. Natomiast zarówno w turniejach w Auckland i Brisbane mieliśmy też okazję zobaczyć zmagania zawodniczek z Polski, a mowa tu o Magdzie Linette, Magdalenie Fręch i Mai Chwalińskiej. Niestety dla ostatniej z wymienionych Polek występ w Auckland zakończył się już na etapie kwalifikacji. Polka mimo zwycięstwa z Chinką Guo Hanyu (6:4,6:0) kolejny mecz z Czeszką Gabrielą Knutson przegrała. Natomiast o wiele lepiej poradziła sobie Magda Linette, która we wtorkowym starciu z 45-letnią Venus Williams pokonała Amerykankę 2:1.  W drugiej fazie Linette zmierzyła się z Włoszką Elisabettą Cocciaretto pokonując ją po emocjonującym, trzysetowym spotkaniu z wynikiem 2:1. Zwycięstwo Polki poprowadziło ją do ćwierćfinału turnieju, gdzie zmierzyła się z Filipinką Alexandrą Ealą, która to znajduje się w rankingu WTA dokładnie pod Poznanianką. Niestety po 97 minutach rywalizacji przeciwniczka Linette okazała się lepsza, a jej zwycięstwo 6:3,6:2 zagwarantowało jej półfinał w Auckland. W australijskim Brisbane nie brakowało także sensacji ze strony Polski. W pierwszej rundzie turnieju Magdalena Fręch poradziła sobie spektakularnie z byłą mistrzynią Wimbledonu- Marketą Vondrousovą. Polka rozegrała z Czeszką 3 setowe spotkanie, trwające prawie 3 i pół godziny: 7:5, 6:7 (3-7), 7:6 (7-0), broniąc w trakcie dwie piłki meczowe. Niestety dobrą passę Fręch przerwała inna Czeszka – Linda Noskova. Pomimo dobrego startu w 1. secie, gdzie Polce udało się zdominować Czeszkę i wygrać, dalsze losy tego meczu przeważały już na stronę Noskovej. Ostatecznie dwunastka światowego rankingu pokonała naszą rodaczkę 2:1. Trójka naszych reprezentantek co prawda nie kończy turniejów w Brisbane i Auckland ze zwycięstwami na swoich lokatach, ale ich skupienie i uwaga skierują się zapewne w stronę Australian Open. W rywalizacji udział zadeklarowały Iga Świątek, Magdalena Fręch oraz Magda Linette. Jednak zanim rozpoczną się zmagania w turnieju głównym niektóre z naszych rodaczek czekały jeszcze starcia w kwalifikacjach. W poniedziałek odbyły się spotkania Mai Chwalińskiej z Madison Brengle oraz Lindy Klimcovej ze Stefanii Webb — obie Polki wygrały i awansowały już do drugiej rundy. We wtorek 13 stycznia Katarzyna Kawa zmierzy się z Darią Snigur. Trzymamy kciuki za nasze rodaczki w Australian Open!

Wschodnie triumfy w singlach

Podium na turniejach w Brisbane i Auckland w damskim singlu należało do reprezentantek Wschodu. Zwycięstwo jedynki światowej — Aryny Sabalenki z pewnością dziwi najmniej, ale Elina Svitolina po cięższym zakończeniu sezonu 2025 może cieszyć się dobrym początkiem roku 2026. Jak sama wspomniała w poście na swoim oficjalnym profilu na Facebooku: To trofeum nie jest dla mnie tylko liczbą. Mówi ono coś więcej, to wszystko jest o jakimś rodzaju podróży — o łzach, wykończeniu, wątpliwościach i wierze, która nie daje Ci przestać. Koniec roku 2025 nie był dla mnie łatwy. Były wtedy momenty, kiedy czułam jakbym już nie miała w sobie siły. Zwycięstwo Ukrainki w Auckland pozwala podnieść jej statystykę zdobytych tytułów do 19 w trakcie trwania jej aktualnej kariery. Podczas tegorocznego turnieju w Nowej Zelandii Svitolina rozegrała łącznie 5 spotkań, a aż 4 z nich zakończyła dwoma setami. Uwagę jednak przyciągnął nie finał, a ćwierćfinałowy mecz Ukrainki z Brytyjką Sonay Kartal. Wspomniane spotkanie miało w sobie naprawdę sporo zwrotów akcji. Początkowo Svitolina radziła sobie dobrze prowadząc 2:0 w gemach, ale Brytyjka nie odpuszczała i podwójnie przełamała rywalkę w krótkim czasie. Jednak pierwszy set należał zdecydowanie do Ukrainki. Drugi set rozpoczął się znowu emocjonująco, ale i fatalnie dla Svitoliny, jednak ta nie poddawała się i z pozycji 1:4 dla Brytyjki odbiła się w gemach fundując Brytyjce tie-break’a. Niestety tu silniejsza okazała się Kartal. Na początku trzeciego seta Ukrainka straciła pierwszy gem serwisowy. W siódmym gemie tej partii Svitolina naprawdę była w tarapatach, a jej przeciwniczka miała spore szanse na prowadzenie 5:2. Jednak na korzyść Svitoliny, Brytyjka nie wykorzystała swojej szansy, a Ukraince udało się obronić. 10. gem rozpoczął się bardzo groźnie dla Ukrainki, a gdy Kartal serwowała już po zwycięstwo, Svitolina niespodziewanie przełamała swoją rywalkę, doprowadzając do stanu 5:5. Ostatecznie po ponad dwu i półgodzinnym meczu to Svitolina okazała się tą lepszą.

Przegląd deblistek z Auckland i Brisbane

Poza meczami singlowymi tenisistek mieliśmy także możliwość obejrzenia wielu emocjonujących spotkań w damskim deblu w turniejach w Brisbane i Auckland.  W niedzielę, 4 stycznia, rozpoczęły się zmagania deblistek podczas WTA-DEBEL w Brisbane. Duety deblowe we wspomnianym turnieju były bardzo zróżnicowane, ale jak dla niektórych jak się okazało bardzo miłe. Aryna Sabalenka mogła połączyć w ówczesnych rozgrywkach siły z Hiszpanką Paulą Badossą, co niezmiernie ucieszyło obie zawodniczki, które w życiu prywatnym są bliskimi przyjaciółkami. Po zwycięstwie z duetem Samsonowa/Zhang: 7:6(2), 7:6(3), Hiszpanka z Białorusinką miały zagrać z Cristiną Bucsą i Ellen Perez. Do starcia jednak nie doszło, ponieważ duet Sabadossa wycofał się z rywalizacji deblowej. Powód? Oficjalnie tenisistki nie podały żadnego, ale możliwe, że Białorusinka chciała skupić swoją uwagę i siły na rywalizacji singlowej, co jak widać jej się opłaciło. Duetem z Brisbane, któremu jednak warto się przyjrzeć bardziej z bliska jest 40 letnia Tajwanka Su-Wei Hsieh oraz Łotyszka Jelena Ostapenko. W poniedziałek, 5 stycznia, wspomniana dwójka swoje zmagania zaczęła z duetem Gadecki/Mihalikowa kończąc szczęśliwie spotkanie z wynikiem 2:0. Podczas ćwierćfinału duet Hsieh/Ostapenko pokonał w niecałe półtorej godziny deblistki Hon/Muchova, pokonując panie 2:1. W piątkowym półfinale Tajwanka z Łotyszką zwyciężyły 6:2,6:4 w dobrym stylu z ukraińskim duetem sióstr Kichenok. Nie mogło być inaczej — dobra dyspozycja Hsieh i Ostapenko zaprowadziła panie do finału, gdzie fenomenalnie poradziły sobie z duetem Busca/Perez wygrywając w niecałą godzinę 6:2,6:1. W turnieju deblowym pań w Auckland nie zabrakło również walkowerów — mieliśmy ich aż dwa! Duet McNally/Tjen poddał swój mecz z Guo i Mladenovic, zapewniając im awans aż do finału turnieju. Natomiast zawodniczki Maleckova/Zarazua oddały miejsce w półfinale Eali i Jovic. W półfinałowym starciu lepsze okazały się jednak Chinki Xu/Yang wygrywając 2 sety z rzędu. Finał należał jednak do Guo i Mladenovic, które pokonały Chinki 2:0. Panie nie tylko miały szczęście w ułożeniu się drabinki po walkowerach, ale zaprezentowały też naprawdę dobry poziom gry.

tekst: Agnieszka Traczyk

Sydney Biało-Czerwone

Mamy to! Nasza tenisowa drużyna mieszana okazała się najlepsza w turnieju United Cup, organizowanym w największym mieście Australii. Chociaż Polska już dwukrotnie w przeszłości docierała do finału tego turnieju, to dopiero za trzecim razem udało się go wygrać i podnieść puchar dla najlepszej drużyny świata. W tym momencie należy zaznaczyć, że oczywiście istnieją nacje, które mogą pochwalić się większą liczbą tenisistów i tenisistek w top 30 rankingu ATP oraz WTA. United Cup nie jest jednak tym samym, co Puchary Davisa czy Billie Jean King. Tutaj liczą się jednostki. Najlepszy tenisista oraz najlepsza tenisistka, a do tego możliwie najlepsza para do miksta. Oto przepis na sukces w turnieju rozgrywanym tuż przed startem prestiżowego Australian Open. Patrząc na polską drużynę można zauważyć, że wszystko się zgadza: jedna z najlepszych tenisistek ostatnich lat, facet, który dysponuje najlepszym serwisem na świecie oraz para absolutnych deblowych profesjonalistów. Czy więc zwycięstwo było dla nas formalnością?

„Oczka” Hubiego

Odpowiadając na powyższe pytanie: nie. Wygrana w tego typu turnieju jest i zawsze będzie wyzwaniem, nieważne jak potężną drużyną będziemy dysponować. Co więcej, chociaż w poprzednich latach byliśmy regularnie włączani do grona faworytów do triumfu, w tym roku nie było to już wcale takie pewne. Głównie za sprawą wielkiej niewiadomej, którą stanowiła forma Huberta Hurkacza. Najlepszy polski tenisista przystępował do rywalizacji po półrocznej przerwie, podczas której przeszedł operację kolana. Nikt więc, być może nawet sam Hubert, nie wiedział w jakiej formie wróci do gry na najwyższym poziomie. Okazało się jednak, że nasze obawy były zbyteczne. Hubert w swoim pierwszym meczu od czerwca wyszedł na kort i bez straty seta pokonał trzeciego tenisistę świata Alexandra Zvereva, serwując swojemu rywalowi 21 asów. „On nie grał od dwóch lat, a teraz serwuje na poziomie 230 kilometrów na godzinę” — narzekał w swoim boksie Niemiec. Trudno mu się jednak dziwić. Patrząc na grę Huberta można było odnieść wrażenie, że zaledwie wczoraj dotarł do półfinału Wimbledonu lub wygrał turniej rangi Masters 1000 w Szanghaju. Kolejne „oczko” w postaci 21 asów w meczu z Tallonem Griekspoorem utwierdziło nas w tym, że Hubert Hurkacz wrócił na dobre, a jego zwycięstwa, między innymi z Taylorem Fritzem, były niezwykle istotnym wkładem w ostateczny sukces Polski na United Cup.

Kasia i Janek

Oczywiście swoje zrobiła też Iga Świątek. Raszynianka gładko poradziła sobie z Suzan Lemens z Holandii oraz Mayą Joint z Australii, jednak najwięcej charakteru Polka pokazała w świetnym meczu z Evą Lys. Wówczas musiała wracać ze stanu 0:1 w setach, co w obliczu świetnie grającej rywalki było zadaniem niezwykle trudnym. Gdy jednak doszło do spotkań z tenisistkami ze ścisłej czołówki Iga wyglądała już nieco gorzej, przez co musiała uznać wyższość zarówno Belindy Bencic jak i Coco Gauff. Na szczęście gdy przegrywała Iga, wygrywał Hubert, a gdy przegrywał Hubert to wygrywała Iga. Dzięki temu polska drużyna miała szansę na rozstrzygnięcie wyniku kolejnych meczów w mikście, w którym reprezentowała nas Katarzyna Kawa oraz Jan Zieliński. Ta para okazała się dla nas kluczowa, ponieważ zarówno w ćwierćfinale, półfinale jak i w finale o ostateczne „być albo nie być”, decydowała właśnie gra podwójna, a na nieszczęście naszych przeciwników Kasia oraz Janek prezentowali w Sydney naprawdę znakomity tenis. Cudowny serwis, mistrzowska gra przy siatce oraz dobra energia, którą przekazywali sobie nasi reprezentanci sprawiły, że nasz mikst wygrał wszystko co było do wygrania, w tym wielki finał z reprezentacją Szwajcarii.

Jaki United Cup taki cały rok?

Wszyscy polscy tenisiści biorący udział w turnieju United Cup zaprezentowali się naprawdę znakomicie i myślę, że ich sukces może być rozpatrywany jako jeden z największych w historii polskiego tenisa. Nasi nie mogą jednak jeszcze spocząć na laurach, gdyż przed nimi cały sezon 2026, a dosłownie za sześć dni startuje wielki Australian Open. Cała czwórka bohaterów z Sydney będzie oczywiście walczyła tam o jak najlepszy rezultat i patrząc na ich formę, niewykluczone że przed nimi wiele sukcesów. Bardzo byśmy chcieli, żeby zwycięstwo w United Cup uskrzydliło naszych tenisistów na cały nadchodzący sezon, jednak prawda jest taka, że nawet jeśli każdy z nich odpadnie w pierwszej rundzie turnieju w Melbourne, to i tak na zawsze zapamiętamy ten styczeń pod znakiem pięknej gry, walki do końca i wielkiego biało-czerwonego triumfu. Za to jako kibice serdecznie dziękujemy.

tekst: Karol Dziewałtowski-Gintowt

Koszykarski WKS Śląsk na półmetku sezonu

Zwycięstwem 89:60 w bardzo przekonującym stylu, przeciwko ekipie Miasta Szkła Krosno, koszykarski Śląsk Wrocław zakończył rundę zimową zmagań w Polskiej Lidze Koszykówki. Okres ten, zarówno włodarze klubu jak i kibice, na pewno mogą zaliczyć do wyjątkowo udanych. Bilans 11-4, saldo punktów zdobytych-straconych +113 i zwycięstwa z ligową czołówką sprawiają, że WKS kończy ten etap rozgrywek zajmując fotel lidera.

To dopiero rozgrzewka

Widoki na koszykarską wiosnę we Wrocławiu, wcale nie wyglądają gorzej. W oczy rzuca się przede wszystkim wyraźnie zarysowana i zbudowana przez Ainarsa Bagatskisa hierarchia w zespole, w którym każdy z zawodników zna swoje role i zadania. Warto wymienić tu liderów zespołu, a więc niewątpliwie Noah Kirkwooda, który w niesamowity sposób łączy świetne warunki fizyczne z umiejętnościami i inteligencją gracza obwodowego, bezlitosnego w punktowaniu rozgrywającego Kadre Graya, środkowego ekipy Stefana Djordevica, który swoim lewym hakiem nie myli się spod kosza prawie nigdy, czy w końcu Kubę Nizioła stającego się współczesną twarzą klubu, dzięki swojemu zaangażowaniu i sercu zostawianemu na parkiecie.

Głębia składu

Należy docenić też dalszych zawodników w rotacji, wnoszących bardzo wiele energii i fizyczności w ataku Issufa Sanona, czy Angela Nuneza, dzięki którym ofensywa Śląska zdobywa średnio prawie 90 punktów na mecz. Na miano wybitnego defensora pracuje w tym sezonie Błażej Kulikowski, który często bierze na siebie trud obrony podstawowych rozgrywających rywala. Do tego trzeba dodać jeszcze największą ilość minut rozegraną przez polskich zawodników U23 w lidze. 581 minut to wynik, który odstawia drugą w tej klasyfikacji Legię Warszawa o ponad 200 minut, czyli aż 5 pełnych spotkań. Na taki rezultat składają się świetne występy energetycznego centra — Jakuba Urbaniaka, zaskakującego w tym sezonie wszystkich śledzących PLK, ale też obiecującego rozgrywającego Aleksandra Wiśniewskiego czy 19-letniego Tymka Sternickiego, który ma za sobą już debiut w seniorskiej kadrze Polski.

Pucharowa sesja

Tak dobrze zbudowana i grająca drużyna pozwala przypuszczać, że w najbliższych miesiącach WKS będzie się tylko rozpędzał. Czas na poważny sprawdzian przed decydującą o mistrzostwie Polski fazą playoff, przyjdzie pod koniec lutego. To właśnie wtedy, w terminie 19-22 lutego, rozegrany zostanie w Sosnowcu turniej finałowy Pucharu Polski, gdzie zmierzy się osiem najlepszych ekip po 15 rozegranych kolejkach Polskiej Ligi Koszykówki.

tekst: Maciej Baranowski

Na finał opatulamy się w kołderkę w formie audio. W podcaście Przytul zimę Joanna Wicherska zabierze nas w ciepłą i nostalgiczną podróż po maskotkach igrzysk olimpijskich — symbolach, które od dekad ocieplają wizerunek największego sportowego święta świata.

red. Hanna Toborowicz