Rozegrane na LUZie
Pokój wszystkim sportowym świrkom! W kolejnym wydaniu Rozegranych na LUZie najpierw zagłębimy się w światy motosportu. Następnie przyjrzymy się wydarzeniom z tenisowego uniwersum, a jako danie główne czeka nas analiza występu polskich szczypiornistów w Mistrzostwach Europy. Mamy też coś na deser, ale to na sam koniec…
Ściganie na krańcach świata
Za oknem mróz i plucha, więc mogłoby się zdawać, że świat wyścigów samochodowych zatrzymał się na najbliższe miesiące. Nic z tych rzeczy — zimowe serie juniorskie trwają w najlepsze, a w Stanach Zjednoczonych odbył się jeden z najważniejszych wyścigów długodystansowych, czyli 24 Hours of Daytona.
Na zachodzie…
Wyścigi długodystansowe nie cieszą się tak dużą popularnością, jak zamykające się w dwóch godzinach sprinty. Jednak jest parę wydarzeń, które zawsze przykuwają uwagę świata motorsportu — wyścigi 24-godzinne. Jak powiedział Neelowi Janiemu Jacky Ickx, który aż sześciokrotnie zwyciężał 24h Le Mans: „Nie możesz wygrać tego wyścigu, jeśli on ci na to nie pozwoli”. Myślę, że można tak stwierdzić o każdym wyścigu 24-godzinnym — żeby wygrać, musisz go najpierw przetrwać.
W weekend, między 24 a 25 stycznia, odbyła się już 64. edycja 24 Hours of Daytona. 60 samochodów, podzielonych na cztery klasy i tylko jeden cel: zobaczyć flagę w szachownicę na ikonicznym torze, który zresztą, fani kina mogą kojarzyć z filmu „F1”. Aż trudno uwierzyć, że po całej dobie jazdy, pierwsze i drugie miejsce dzieliło zaledwie 1,6 sekundy. Ostatecznie wygraną mogła świętować ekipa nr 7 Porsche Penske w składzie Felipe Nasr, Julien Andlauer i Laurin Heinrich. Nasr wytrzymał presję Jacka Aitkena w Cadillacu Whelen nr 31 na ostatnich okrążeniach i to on jako pierwszy przekroczył linię mety, gdy zegar odliczył pełne 24 godziny. Tym samym Porsche Penske wygrało 24 Hours of Daytona po raz trzeci z rzędu jako zaledwie trzecia ekipa w historii.
Wyniki wyścigu równocześnie stanowią wyniki w klasie GTP. W klasie LMP2 zwyciężyła ekipa nr 4 CrowdstrikeRacing w składzie George Kurtz, Alex Quinn, Toby Sowery i Malthe Jakobsen. Nie zabrakło również polskiego akcentu — na drugim i trzecim stopniu podium stanęły obydwa zespoły Inter Europolu. Samochód nr 43 przekroczył linię mety przed nr. 343. Z kolei w GTD Pro triumfowali kierowcy ekipy nr 1 Paul Miller Racing — Neil Verhagen, Connor De Phillippi, Max Hesse i Dan Harper. O zwycięstwie w klasie GTD zdecydowała twarda walka do samego końca, w której nie obyło się bez kontaktu. Ostatecznie, o zaledwie 1,36 sekundy, wygrał zespół nr 57 Winward Racing, prowadzony przez Russella Warda, Philipa Ellisa, Indy’ego Dontje i Lucasa Auera, a ekipa nr 44 Magnus Racing musiała zaakceptować drugie miejsce.
…Na wschodzie…
Formula Regional Oceania Trophy to coroczna seria zimowa, odbywająca się w Nowej Zelandii. Polscy kibice mogą z niej pamiętać triumfy Romana Bilińskiego z początku 2024 roku. Chociaż sezon zamyka się w czterech rundach, każda z nich jest pełna wyścigowych emocji. Szczególnie w tym roku, gdy w stawce zagościło wielu kierowców, którzy już w marcu będą rywalizować w ramach Formuły 3. Z tego grona warto wyróżnić Brytyjczyka, Freddiego Slatera, który zdominował ostatnie sezony we włoskiej Formule 4 i w Formula Regional European Championship, pierwszego kierowcę w programie rozwojowym Audi w Formule 1.
Po dwóch pierwszych rundach w Hampton Downs i Taupo w klasyfikacji generalnej prowadził Amerykanin, Ugo Ugochukwu, mający doświadczenie w F3. Trzecia runda na Teretonga Park przyniosła ze sobą wiele zmian w walce o tytuł, głównie ze względu na trudne, deszczowe warunki. W pierwszym z czterech wyścigów rundy zwyciężył Freddie Slater, a Ugochukwu skończył dopiero na 8. miejscu. W drugim jednak Amerykanin poradził sobie znacznie lepiej — pewnie ruszył z Pole Position i nie stracił ani na moment prowadzenia. Za to Slater zdecydował się na bardzo odważny manewr po wewnętrznej na Kanato Le w walce o piątą pozycję. Między zawodnikami jednak doszło do kontaktu, a na śliskiej powierzchni oznaczało to spadek na koniec stawki.
Już mogłoby się zdawać, że prowadzenie Ugochukwu w klasyfikacji jest bezpieczne. Ponadto ze względu na warunki pogodowe odwołano trzeci wyścig. Freddie Slater jednak nie miał zamiaru składać broni i razem z Amerykaninem stworzyli świetne widowisko w wyścigu nr 4. Ugochukwu ponownie ruszał z pierwszego pola, Brytyjczyk obok niego. Slater od razu zdecydował się na atak w sposób zbliżony do manewru z wyścigu drugiego. Tym razem już mu się udało — Brytyjczyk wyszedł na prowadzenie, ale Ugochukwu cały czas nakładał na niego presję. Po kilku okrążeniach, w których Amerykanin podążał za liderem wyścigu jak cień, przypuścił atak do zakrętu nr 1 i ostatecznie przełamał defensywę Slatera. Warunki jednak znacznie się pogorszyły i intensywny deszcz wywołał czerwoną flagę, czyli przerwę w wyścigu. Restart przyniósł kolejny zwrot akcji — Ugochukwu wypadł z toru w pierwszym zakręcie, otwierając Slaterowi drogę do zwycięstwa, którego on już nie wypuścił.
Aktualnie między zawodnikami w klasyfikacji generalnej są 22 punkty różnicy — Ugochukwu dalej prowadzi, jednak jego przewaga stopniała. Za nimi jest bardzo ciasno, miejsca od drugiego do piątego dzieli tylko 13 punktów. Grand Prix Nowej Zelandii zapowiada się bardzo emocjonująco.
FROT stanowi świetny przedsmak tego, co będziemy mogli podziwiać w przyszłym sezonie Formuły 3.
…I na Bliskim Wschodzie
Walka o kolejne trofeum Formula Regional, tym razem Bliskiego Wschodu, jest już na półmetku. Za nami dwie rundy na torze Yas Marina w Abu Zabi, zdominowane przez Emiratczyka, Rashida Al Dhaheri, który wygrał trzy z sześciu dotychczasowych wyścigów. Na odległym drugim miejscu w klasyfikacji generalnej jest aktualny mistrz włoskiej Formuły 4, Kean Nakamura-Berta.
Jedyny polski kierowca w stawce, Jan Przyrowski, ma na razie problemy w kwalifikacjach, co utrudnia walkę o wysokie pozycje. Niemniej, widać poprawę z rundy na rundę. Chociaż do tej pory tylko raz ukończył wyścig w punktach, było to przy okazji miejsce na podium, dzięki odwróconej stawce. Polak zajmuje teraz 12. miejsce w klasyfikacji generalnej, 8 punktów za swoim partnerem z zespołu Brazylijczykiem, Miguelem Costą.
Kolejna runda odbędzie się w Dubaju, a sezon w połowie lutego zakończy weekend na torze Lusail w Katarze. A od tego momentu jest już bardzo blisko do początku marca, gdy powróci Formuła 1 wraz ze swoim seriami towarzyszącymi.
tekst: Zuzanna Kochanowska, red. Dominika Kubat
Smaczki i sensacje po pierwszym tygodniu WTA Australian Open
Dla fanów tenisa sezon rozpoczął się już na dobre. Za nami już kilka turniejów damskich na terenie Australii i Nowej Zelandii. Jednak to, co najbardziej zapewnia emocje kibicom, to moment, kiedy tenisiści i tenisistki z całego świata walczą o te najważniejsze tytuły. Po ponad tygodniowym etapie kwalifikacji w niedzielę 18 stycznia rozpoczęła się tegoroczna edycja turnieju wielkoszlemowego Australian Open. Gdybyśmy chcieli prześledzić dla Was skrupulatnie przekrój wszystkich dotychczasowych spotkań pań w singlu musielibyśmy zdominować cały wpis Rozegranych. Skupimy się zatem na wybranych faktach i sensacjach jakie miały miejsce w pierwszym tygodniu spotkań tenisistek w Melbourne.
Statystyki a realia
Rywalizacja w niemal każdej dyscyplinie sportowej potrafi zaskakiwać. Znamy statystyki, możemy zakładać kto będzie pewnym zwycięzcą, nawet sztuczna inteligencja pokazuje nam prawdopodobieństwa wygranej w danym starciu. Jednak jak każdy kibic wiemy, że w sporcie niczego nie można być pewnym w 100%. Tenis nie stoi wyjątkiem i w tym przypadku. Mimo posiadanej punktacji i miejsca w światowym rankingu WTA niektóre z wysoko stojących w nim pań pożegnały się z rywalizacją w dalszych etapach Australian Open. Przekonała się o tym m.in. światowa 15. Emma Navarro. Podczas meczu w 1. rundzie Amerykanka zmierzyła się z Naszą rodaczką – Magdą Linette. Mimo prowadzenia w pierwszym secie 6:3, w drugim Polce udało się odwrócić wynik rywalki i to podwójnie. Ostatecznie Linette, która zajmuje w światowym rankingu 50. miejsce wygrała z Amerykanką 3:6, 6:3, 6:3. Fatalnie zakończyła się też tegoroczna przygoda w Australii dla Hiszpanki – Pauli Badosy. Zeszłoroczna półfinalistka Australian Open odpadła w 2. rundzie. Jej rywalka – Oksana Selechmetowa już na początku starcia z Hiszpanką zanotowała przełamanie na otwarciu, a w trzecim gemie dołożyła kolejne. Po drugim utrzymaniu własnego podania prowadziła już 4:0. Ostatecznie zakończyła starcie z Badosą w dwóch setach, wygrywając 6:4, 6:4. Jest to kolejny przykład, gdzie pozycja w rankingu nie zawsze świadczy o pewności zwycięstwa. Selechmetowa znajdująca się na pozycji 101 rankingu WTA pokonała Badosę plasującą się na 26 miejscu. Do grona sensacyjnych eliminacji po pierwszej rundzie dołączyły także Ekaterina Aleksandrova oraz Marta Kostyuk.
Czeskie sensacje
Po czwartkowych spotkaniach w damskim singlu z pewnością na ustach kibiców pojawiały się dwa nazwiska. Jednak największą radość mogli odczuć fani z Czech. Nikola Bartunkova i Karolina Pliskova zapewniły im bowiem niesamowite emocje w pierwszym tygodniu wielkiego szlema. 19-letnia Nikola w pierwszej rundzie ograła najpierw Darię Kasatkine, co wywołało już spore zaskoczenie. Jednak to czwartkowe starcie Czeszki ze światową dziesiątką, Belindą Bencic, można by nazwać mianem sensacyjnego. Pierwszy set zakończył się dla Bartunkovej pomyślnie z wynikiem 6:3, ale już drugi set był dla niej fatalny i z pewnością powiało grozą, gdy Szwajcarka zakończyła go z efektem 6:0. Czeszka jednak nie poddawała się i wykrzesała z siebie niesamowite pokłady siły zarówno fizycznej, jak i mentalnej kończąc mecz zwycięsko 6:3, 0:6, 6:4. Dowodem na to, jak wiele dla niej znaczyło to zwycięstwo był moment zdobycia match pointa, po którym to Bartunkova złapała się rękami za głowę i upadła na kolana w geście radości. Niestety rywalizacja w wielkim szlemie dla Czeszki zakończyła się na etapie 3. rundy.
W spotkaniu z Belgijką Elise Mertens to ona pokazała swoją wyższość wygrywając 6:0, 6:4. Jednak dla Bartunkovej ta edycja Australian Open z pewnością doda jej wiatru w skrzydła do walki o kolejne tytuły. Kolejną czeską sensacją stała się 1057. rakieta światowego rankingu – Karolina Pliskova. To tenisistka, która na swoim koncie ma 2 tytuły wielkoszlemowe – zwyciężyła przed 10 laty w US Open i zdobyła tytuł podczas Wimbledonu z 2021 r. Nikt nie spodziewał się takiego powrotu Pliskovej po rocznej przerwie, spowodowanej rehabilitacją po ciężkiej kontuzji. W pierwszej rundzie ograła było mistrzynie wielkoszlemową – Sloane Stephens, a podczas kolejnego meczu wyeliminowała Indonezyjkę, Janice Tjen, bez straty seta, wygrywając 6:4, 6:4. Trzecia runda już nie skończyła się dla Pliskovej pomyślnie. W tym starciu lepsza okazała się ubiegłoroczna zwyciężczyni Australian Open – Madison Keys. Nie zmienia to jednak faktu, że takie zwycięstwa po rekonwalescencji dla tenisistki są ważne i budujące na przyszłość. Kto wie może 33-letnia Czeszka w nadchodzącym sezonie Nas czymś jeszcze zaskoczy.
Drama zaserwowana
Na korcie emocje wśród zawodników potrafią często dać w kość. Niekiedy stres i złość przejmują kontrolę, co swoje odzwierciedlenie ma w zachowaniu tenisistów podczas rozgrywanych meczy. Każdy ma swoje sposoby na rozładowywanie napięcia, jednak niekiedy dochodzi do sytuacji, kiedy na korcie spotykają się osoby o różnych temperamentach. Wtedy możemy mieć pewność, że nie obejdzie się bez odrobiny dramaturgii i sporów. Podczas spotkania pomiędzy reprezentantką Niemiec – Laurą Siegemund a Australijką – Maddison Inglis doszło do jednego z takich sporów. Siegemund ostro starła się z sędzią po poważnym zamieszaniu na korcie. Po otrzymaniu przekroczenia czasu za celowe poruszanie się między punktami, Siegemund przyspieszyła swój serwis i wykonała asa serwisowego, który wydawał się czysty. Sędzia jednak uznała, że Inglis nie była gotowa, nakazując powtórzenie punktu. Sfrustrowana Siegemund podeszła do sędzi, kwestionując niespójność: gdyby się spóźniła, groziłoby jej przekroczenie regulaminu lub niecelny serwis, a jednak natychmiastowy serwis doprowadził do anulowania jej partii. Argumentowała, że była skupiona na zegarze i nie zauważyła braku gotowości przeciwniczki. Incydent wywołał dyskusję na temat odpowiedzialności serwującego i odbierającego oraz decyzji sędziów. Mimo całego zamieszania Australijka wykorzystała sytuację, skupiła się i wygrała ostatecznie mecz w trzech setach. Zawrzało także na korcie podczas spotkania Naomi Osaki z Soraną Cirsteą. Japonka pokonała Rumunkę w trzech niełatwych setach, ale atmosfera zagęściła się tuż po zakończeniu meczu. Standardowo obie panie podeszły do siatki, aby podziękować sobie za spotkanie, ale po minie Cirstei widać było jej niemałe niezadowolenie. Wszystko zakończyło się nie tylko chłodnym uściskiem ręki, ale też dyskusją tuż przed stanowiskiem sędziego. Japonka wydawała się wówczas zaskoczona zaistniałą sytuacją. Rumunce nie podobały się ciągłe okrzyki „Come on!” w wydaniu Osaki pomiędzy pierwszym a drugim serwisem przeciwniczki. Osaka w wywiadzie odniosła się do zdarzenia
Była zła z powodu moich zaczepek. […] Chyba to był jej ostatni turniej Australian Open, więc pewnie dlatego jest zła. […] Mogła mi o tym powiedzieć w trakcie meczu! — podsumowała Japonka.
Pomijając sympatie do każdej z zawodniczek, na korcie obowiązuje swoisty zbiór niepisanych zasad. Przykładowo, jeden zawodnik przeprasza drugiego w momencie zagrania po taśmie, tak samo nie wydaje się okrzyków pomiędzy serwisami przeciwnika. Do samej sytuacji odniosło się w mediach społecznościowych wielu internautów, sporo sławnych osób, w tym także żona Novaka Djokovica, która na swoim profilu na Instagramie napisała:
Jestem zaskoczona, że nie uznano tego za przeszkadzanie przeciwnikowi. To brak szacunku oklaskiwać czyjś błąd przy pierwszym serwisie. Dziwi mnie, że sędzia i Osaka uznali to za fair?
Osaka jednak zreflektowała się i podczas konferencji prasowej przeprosiła swoją przeciwniczkę za swoje zachowanie.
tekst: Agnieszka Traczyk, red. Dominika Kubat
Polska piłka ręczna w odwrocie
Mistrzostwa Europy piłkarzy ręcznych rozgrywane w Danii, Norwegii i Szwecji nie okazały się być dla reprezentacji Polski ani szczęśliwe, ani niestety, mając na uwadze wyniki na ostatnich największych turniejach, przełomowe. Po rozlosowaniu grup turniejowych, nie było co prawda powodów do euforii, jak przed piłkarskim Mundialem w 2002 roku, jednak szczęśliwie dla naszych w pierwszej fazie rozgrywek udało się uniknąć europejskich gigantów. Spośród ekip Włoch, Węgier i Islandii żadna nie wydawała się być nie do ogrania. Każde z zaplanowanych na turnieju spotkań można było uznać za konkretny sprawdzian formy kadrowiczów. Jak już wiemy po fazie grupowej, Polacy każdy z tych sprawdzianów oblali na dwóję.
Mecz otwarcia
Rozpalone na sukces nadzieje Polaków, bardzo szybko ugasiła reprezentacja Węgier, która pozwoliła naszej reprezentacji na zaledwie 3 minuty prowadzenia w meczu, ostatecznie wygrywając go 29:21. Ten kto widzi tylko końcowy wynik może pomyśleć, że nie jest to najgorszy rezultat w starciu z reprezentacją, która do głęboko sięgających tradycji handballowych dorzuca bardzo udaną zmianę pokoleniową. Oglądając spotkanie nie dało się jednak nie zauważyć, że polscy szczypiorniści przegrywają nie z silnymi Węgrami, a z własnymi słabościami w organizacji gry. Szesnaście popełnionych strat to w piłce ręcznej wynik wręcz kosmiczny i w mojej opinii to właśnie ta rubryka statystyczna zadecydowała o przewadze Węgrów. 5 zdobytych bramek przez całe boisko do pustej bramki i szybka organizacja gry po przechwytach nie pozwoliły Polakom na nawiązanie walki.
Mecz o wszystko
W podobnym tonie przebiegło spotkanie z bardzo mocną reprezentacją Islandii. Polacy dobrze weszli w spotkanie, nawiązując walkę z wyspiarzami przez niemalże całą pierwszą połowę, pozwalając na rzucenie sobie tylko 13 bramek do przerwy. Na nic zdała się jednak świetnie działająca obrona pozycyjna dyrygowana na środku przez Maćka i Tomka Gębalów, jeśli ofensywa niesiona zrywami Michała Olejniczaka przez 10 minut pierwszej połowy nie była w stanie przebić się nawet do rzutu na bramkę rywala. Wyglądało to trochę tak, jakby Islandczycy wychodząc na drugą połowę powiedzieli sobie: „Dobra chłopaki, koniec wygłupów” i wrzucili szósty bieg, za którym Polacy nie byli w stanie nadążyć. Wypracowana wtedy przewaga nie stopniała już do końca meczu zakończonego wynikiem 31-23.
Mecz o honor
Na początek trochę kontekstu. Dla Włochów tegoroczny turniej jest pierwszym dużej rangi, na który udało im się zakwalifikować od 1997 a drugim w całej historii rozgrywek. Jak pokazuje przykład meczu kończącego rozgrywki grupy F historia ma niewiele do rzeczy, kiedy do gry wchodzi zwykła sportowa waleczność. To właśnie tego ognia w oczach nie można było odmówić reprezentantom Włoch, którzy swoim zapałem wyszarpali zwycięstwo 29:28. W wyrównanym pojedynku na największy plus zasługuje 12 bramek w wykonaniu Mikołaja Czaplińskiego. Na resztę najlepiej chyba spuścić zasłonę milczenia.
Co dalej?
Najczęściej wysuwanymi zarzutami wobec polskich szczypiornistów są te związane ze stylem gry i jej organizacją. Zauważalny był dla mnie kłopot z rozbijaniem wysokiej i agresywnej obrony. Mam też wrażenie, że drużyna nie została odpowiednio przygotowana do gry 7:6 często implementowanej przez Jotę Gonzaleza, co często skutkowało stratami i bramkami traconymi przez całe boisko. Euro unaoczniło ogromne słabości w naszej kadrze, wiele z nich jest prawdopodobnie już nie do załatania przez słabo przeprowadzoną zmianę pokoleniową po epoce sukcesów 2007-2016. To, co może teraz pozytywnie wpłynąć na naszą krajową piłkę ręczną, to trochę stabilizacji. Nie mam wątpliwości co do warsztatu hiszpańskiego szkoleniowca, który jeśli dostanie odpowiednio dużo czasu i duży kredyt zaufania od prezesa ZPRP Sławomira Szmala może od nowa zbudować w Polsce drużynę, która da światełko w tunelu na przyszłość.
tekst: Maciek Baranowski, red. Dominika Kubat
A na koniec coś dla fanów kolarstwa. Jan Pietrzak porozmawiał z Adamem Marciniakiem – studentem WAT Warszawa, który opowiedział nie tylko o swojej przygodzie z tą dyscypliną, ale również i jej kondycją w kraju nad Wisłą.