„Szatańskie Tango” – Arcydzieło Béli Tarra
Epicka, 7,5 godzinna ekranizacja powieści László Krasznahorkaia to nie szalony wybryk wizjonerskiego reżysera, a jeden z najbardziej konsekwentnych filmów XX wieku – dzieło przemyślane w każdym calu, wznoszące materie kinową na zupełnie nowy poziom przeżywania sztuki.
Każdy szanujący się kinoman zna, choćby z nazwy, Szatańskie tango (1994) Béli Tarra. Głównym wątkiem przetaczającym się podczas dyskusji o tangu jest metraż. Ponad siedem godzin trwania, zaledwie 39 scen i ujęcia o długości około 2,7 minuty sprawiły, że film Tarra obrósł legendą. Dzieło węgierskiego reżysera stało się symbolem sprzeciwu wobec chaotycznej i nadmiernie pędzącej, skomercjalizowanej sztuki, zmuszając widza do zmierzenia się z czymś skrajnie odmiennym.
Warto jednak nie traktować metrażu Szatańskiego tanga jako ciekawostki, bądź kinowego eksperymentu. Gargantuiczny czas trwania filmu jest bowiem środkiem wyrazu samym w sobie, idealnie współgrającym z fabułą dzieła i jego przesłaniem. Akcja przenosi nas do zapomnianej węgierskiej wsi, gdzie obserwujemy codzienność ludzi uwięzionych w pogłębiającym się marazmie, ekonomicznej stagnacji i bez żadnych perspektyw na lepsze jutro. Promyk nadziei pojawia się wraz z przybyciem do wioski Irimiása, tajemniczej persony oferującej wsparcie i rozwiązanie beznadziejnej sytuacji mieszkańców prowincji. Jak jednak okazuje się z czasem, jego intencje nie są do końca szczere…
Diabeł pociąga za sznurki, które każą nam tańczyć
Fabuła arcydzieła Béli Tarra i László Krasznahorkaia idealnie ilustruje mechanizm funkcjonowania zła. Diabeł może w pełni rozpościerać swe macki jedynie mając pod sobą żyzny, podatny grunt. Zapomniana wieś, zamieszkała przez wypłowiałe jednostki, próbujące zabić ból istnienia w wątpliwie moralnych uciechach, jest środowiskiem pełnym niechęci i duchowej pustki. Sytuację tę wykorzystuje Irimiás – charyzmatyczny manipulator, który dla zdesperowanej społeczności staje się kimś na kształt fałszywego mesjasza.
Mieszkańcy natychmiastowo ulegają jego wizji, bezkrytycznie oddając mu swoje zaufanie i ostatnie pieniądze. Trudno im się zresztą dziwić, gdyż będąc uwięzionym w mroku, blask nawet najbardziej złudnej nadziei sprawnie niweluje mrok otaczającej degrengolady.
Geniusz duetu Tarr i Krasznahorkai objawia się w sposobie, w jaki przekuli ten metafizyczny mrok i beznadzieje na język kina i literatury. Hipnotyczna, oniryczna wizja w akompaniamencie reżyserskiego kunsztu i eksperymentalnej formy portretuje stale zapętlający się świat, którego uczestniczy krążą w tytułowym tangu. Każdy krok w tym tańcu zdaje się być krokiem w tył, zgodnie z zamysłem samego Szatana.

Doskonałość ciszy
Ujęcie w kinie hollywoodzkim trwa średnio kilka sekund. Nawet te uznane za “długie” rzadko przekraczają dziesięć. W opozycji do tego podejścia stoi kino Tarra, w którym to kamera nigdzie się nie śpieszy. W tangu każde ujęcie zmusza do pochylenia się nad nim, nadając medytacyjne tempo. Sam początek idealnie to odzwierciedla: niemal ośmiominutowa obserwacja stada krów błądzących po opustoszałej przestrzeni. Bez kontekstu widzimy tylko zwierzęta: „krowy jak krowy”. Jakie korzyści przynosi nam ta obserwacja? Dopiero potem odkrywamy, że stanowiły one ostatni kapitał mieszkańców wsi, sprzedany w akcje ekonomicznej desperacji. Od widza oczekuje się cierpliwości i uważnośni, zanim scenie zostanie nadane znaczenie fabularne. Sceny w dziele Tarra naturalnie mają również ogromne znaczenie na płaszczyźnie symbolicznej. Ten sam boczny ruch kamery, który podąża za stadem, powraca, kiedy obserwujemy ludzi, puszczonych luzem, „ludzi jak ludzi”.
Czas u Tarra funkcjonuje jak w zamkniętym kręgu, gdzie każda sekwencja zawiera pełnię znaczenia sama w sobie, bez potrzeby montażowego dopełnienia. Postaci powtarzają te same gesty, te same słowa, te same błędy. Nie ma postępu, jest tylko powrót. W tym świecie historia nie zmierza ku rozwiązaniu, lecz zapętla się w nieskończonym trwaniu.

Bóg nie żyje
Mówiąc o Tarrze zdarza się wspominać Nietzschego i ideę „śmierci Boga”, gdzie Bóg jako źródło sensu i porządku już nie działa. A świat dalej bezwładnie się toczy. Bohaterowie Tarra nie zadają wielkich pytań, nie zwracają się do Boga, ponieważ pytania te straciły adresata. A jednak kino to nie jest czystym nihilizmem. Paradoksalnie, im bardziej świat jego filmów ulega entropii, tym wyraźniej wybrzmiewa kwestia ludzkiej godności. Tarr podkreślał, że interesuje go przede wszystkim człowiek. Jego postacie mogą być brzydkie, zmęczone, ale nie pozbawione prawa do istnienia. Godność stanowi minimalny warunek człowieczeństwa.
Istotną rolę odgrywa także decyzja o kręceniu w czerni i bieli. Tarr powiedział kiedyś, że kolory są dla niego zbyt agresywne – niebieski zbyt niebieski, czerwony zbyt czerwony. Z kolei czerń pozwala mu coś dokładniej ukryć, a biel bardziej wydobyć, operować szarością, cieniem, światłem. Ale samo wyzbycie się kolorów może mieć jeszcze jedno zastosowanie. Oglądając Szatańskie tango, zwłaszcza w ciemnej sali kinowej, gdzie inne dźwięki nie dochodzą, a zmysły się wyostrzają, nic nas nie rozprasza, nawet kolory, możemy po prostu szukać. Szukać powiązań, znaczeń, zatopić się w rytmie, badać ludzkie twarze. I do tego też nawołuję, jeśli ktoś zdecyduje się na konfrontację z tangiem.
Seans u niektórych może przywoływać pytania o sam sens filmu. Być może ważniejsze jest to, dlaczego tak bardzo próbujemy je zadawać. Wydaje się, że stopniowo ujednoliciliśmy sposób myślenia o kinie, przyzywyczailiśym się do określonych struktur oraz do tego, jak historie powinny działać. Szatańskie tango i ogólnie kino Tarra podważa ten niepisany standard. Pewnie dlatego niekiedy nie daje się uchwycić interpretacyjnie. Długość Szatańskiego tanga zmusza, aby traktować go jako wydarzenie. Tarr sam mówił, że nie interesuje go historia, bo wszystkie historie już opowiedziano. Film jest dla niego czymś więcej: obrazem, dźwiękiem, doświadczeniem. My natomiast zakładamy, że każdy element musi mieć ukryte znaczenie, a gdy go nie znajdujemy, czujemy frustrację. Tymczasem kino Tarra pozwala nam czasem po prostu być z obrazem, z czasem, z własnymi emocjami.
Wiekopomne dzieło nie potrzebuje widowiskowych gestów, najskuteczniej rozkwita w ciszy i w transie.

Zetknąć się z twórczością Béli Tarra i podyskutować będzie jeszcze okazja 31 stycznia na seansie Harmonii Werckmeistera (2000) w Kinie Nowe Horyzonty, a my zapraszamy do odsłuchania rozmowy na temat Szatańskiego tanga w wykonaniu Szymona Mazurkiewicza i Dominiki Kubat, która odbyła się w ramach Pełnej Kultury.
tekst: Dominika Kubat, Szymon Mazurkiewicz