Sztuka sama się nie broni. SURVIVAL XX [Recenzja]

Sztuka sama się nie broni. SURVIVAL XX [Recenzja]
Przegląd Sztuki SURVIVAL od lat przyciąga tłumy i skutecznie wyprowadza sztukę współczesną poza galerie. Ale czy w tej formule odbiorca naprawdę spotyka się z dziełem, czy przede wszystkim z jego kuratorskim objaśnieniem? W felietonie „Sztuka sama się nie broni” analizuję, jak rozbudowane opisy mogą zamieniać doświadczenie wystawy w maraton czytania, odbierając widzowi przestrzeń do własnej interpretacji, a nawet przyćmić dzieło.

 

26 czerwca rozpoczęła się kolejna edycja Przeglądu Sztuki SURVIVAL – jednego z najważniejszych wydarzeń poświęconych sztuce współczesnej we Wrocławiu, które należy również do najbardziej rozpoznawalnych festiwali tego typu w Polsce. Od lat przyciąga tysiące odwiedzających, realizując ambitny cel: wyprowadzenie sztuki z galerii i wprowadzenie jej do przestrzeni miasta oraz debaty publicznej.

To właśnie formuła stanowi o sile SURVIVALU. Każda edycja odbywa się w innym miejscu – często niedostępnym na co dzień lub naznaczonym wyjątkową historią. Opuszczone szpitale, budynki przemysłowe czy zapomniane budynki użyteczności publicznej stają się scenografią dla sztuki współczesnej, a jednocześnie jej integralnym elementem. Zwiedzający nie tylko oglądają prace, lecz także odkrywają przestrzenie, których na co dzień nie mają okazji zobaczyć. Ten pomysł od lat działa i trudno odmówić mu skuteczności. Frekwencja mówi sama za siebie.

Od kilku lat uczestniczę w SURVIVALU regularnie. Każda kolejna edycja utwierdza mnie jednak w przekonaniu, że obok niewątpliwych zalet festiwalu istnieje problem, o którym mówi się zaskakująco rzadko.

Nie chodzi o kolejki

Te stały się wręcz elementem tożsamości festiwalu. Są dowodem jego popularności i skutecznym narzędziem marketingowym. Widok kilkudziesięciu osób czekających na wejście buduje atmosferę wydarzenia, wzbudza ciekawość i podpowiada przechodniom, że na końcu tej kolejki czeka coś wartego zobaczenia.

Paradoksalnie kolejki bardziej pomagają SURVIVALOWI, niż mu szkodzą. Budują aurę tajemniczości, a nawet uruchamiają dobrze znany mechanizm FOMO. Jeśli ludzie są gotowi stać kilkadziesiąt minut, żeby wejść do środka, to znaczy, że w środku musi być coś wartego zobaczenia. To świetna, zupełnie darmowa promocja festiwalu.

Problem leży gdzie indziej

Od trzech lat obserwuję ten sam mechanizm i coraz częściej zwracam uwagę na reakcje innych zwiedzających. Nie analizuję wyłącznie samych prac, lecz sposób ich prezentowania. I właśnie tutaj pojawia się pytanie, którego nie potrafię zignorować: czy sztuka prezentowana na SURVIVALU rzeczywiście przemawia do odbiorcy, czy może przede wszystkim przemawiają za nią teksty kuratorskie?

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że festiwal nie zachęca do samodzielnego odczytywania dzieł, a raczej prowadzi widza za rękę. Przy wielu realizacjach więcej czasu spędzamy na czytaniu czterech akapitów objaśnienia niż na obcowaniu z samym dziełem. Zamiast stworzyć przestrzeń do własnej interpretacji, kuratorzy często dostarczają gotową interpretację. Mam wręcz wrażenie, że gdyby odjąć teksty kuratorskie, część prac stałaby się całkowicie niezrozumiała. A przecież czytanie obszernego komentarza powinno być możliwością pogłębienia odbioru, a nie koniecznością, bez której dzieło przestaje być czytelne.

 

Zwiedzanie czy maraton czytania?

W efekcie tłoczymy się nie tylko w kolejkach przed wejściem, ale później również przy samych opisach. Są długie, wymagają skupienia i czytania ze zrozumieniem. Tyle że trudno o skupienie, kiedy trzy osoby chuchają Ci na kark, próbując czytać razem z Tobą, bo wszyscy tłoczą się przy jednej kartce.

Do tego dochodzi presja. Wiesz, że za Tobą stoją kolejni ludzie, którzy czekają, aż skończysz czytać i w końcu ruszysz dalej. W pewnym momencie stajesz przed wyborem. Albo machasz ręką na tekst i na pracę, która sama w sobie niewiele Ci powiedziała, albo próbujesz czytać w ścisku, upale i poczuciu, że zawadzasz innym, spowalniasz ich zwiedzanie.

Miałam sytuację, kiedy w niewielkiej przestrzeni oglądałam dwie instalacje wideo. Najpierw trzeba było poczekać, aż projekcja zacznie się od początku. Potem obejrzeć drugą. A na końcu przeczytać jeszcze dwa obszerne teksty kuratorskie, stojąc w przejściu i mając świadomość, że za plecami czekają kolejne osoby. Takie doświadczenie utrudnia obcowaniem ze sztuką i staje się zwyczajnie męczące.

Czy dzieło nie powinno bronić się samo?

Sztuka najbardziej sprzyja odbiorowi, kiedy przemawia sama za siebie. Dzieło może bronić się własnym językiem i opowiadać historię, którą chce przekazać artysta. Ma jednak jeszcze jeden ogromny atut – tytuł. To właśnie on dopełnia pracę, otwiera ją odbiorcy i często staje się pierwszym tropem interpretacyjnym.

Dzieło i jego tytuł tworzą całość gotową do otwartej interpretacji z możliwością pogłębienia kontekstu – poprzez teksty kuratorskie. Dobrze jednak, aby dzieło i tekst pozostały od siebie niezależne. To trochę tak, jakby po obejrzeniu filmu trzeba było obejrzeć jeszcze drugi, z komentarzem reżysera, żeby w końcu zrozumieć ten pierwszy. Komentarz może pogłębiać doświadczenie, ale nie powinien być warunkiem jego przeżycia.

Sztuka powinna zostawiać miejsce na interpretację, kontemplację i własne poszukiwanie znaczeń. Zwłaszcza sztuka współczesna bywa wymagająca. Często ważniejsze jest to, o czym ona jest, niż to, co ją tworzy. Prace konceptualne nierzadko potrzebują komentarza, żeby przybliżyć odbiorcy intencję autora. Nie zdejmuje to jednak z nich odpowiedzialności za to, by zapraszały do interpretacji jeszcze przed przeczytaniem tekstu.

Historia sztuki pokazuje, że jest to możliwe. Wystarczy przypomnieć Fontannę Marcela Duchampa. Jedno z najbardziej wpływowych dzieł XX wieku. Skrajnie konceptualne, a jednocześnie prowokujące do myślenia bez konieczności czytania czterech akapitów instrukcji obsługi.

Podobnie działa wrocławski artysta Krystian Truth Czaplicki. Jego rzeźby i instalacje często wpisują się w pejzaż miasta, a prace dopełniają proste, trafne tytuły. Nie wyjaśniają wszystkiego. Pozostawiają przestrzeń na własną interpretację. Pamiętam jego wystawę w BWA z 2016 roku. Nie pamiętam tekstu kuratorskiego, choć pamiętam, że go czytałam. Pamiętam za to dziwaczne rzeźby i ich przewrotne tytuły. To doświadczenie stało się dla mnie ważną lekcją w rozumieniu i interpretowaniu współczesnej sztuki konceptualnej i chyba właśnie tego brakuje mi w SURVIVALU. Większego zaufania do odbiorcy.

Dać odbiorcy wędkę, a nie rybę

W niepożądanym efekcie możemy odnieść wrażenie, że to my jesteśmy niewystarczająco kompetentni, żeby samodzielnie interpretować sztukę. Albo że sama praca nie ma dla nas sensu, dopóki nie przeczytamy kilku akapitów o jej genezie i biografii autora. Dzieło i tekst kuratorski stają się od siebie zależne, choć przecież ten drugi powinien być jedynie możliwością pogłębienia odbioru. Na SURVIVALU nawet pojedynczy obraz potrafi dostać cztery tłuste akapity opisu, które tłumaczą symbolikę niemal każdego elementu tej pracy.

Może jednak warto byłoby dać odbiorcom sztuki współczesnej wędkę, a nie rybę podaną na talerzu. W takiej formule sztuka niewiele nas uczy. Daje gotowe odpowiedzi i gotowe interpretacje. Nie wierzy w odbiorcę i jego zdolność do samodzielnego odczytywania dzieła. Zamiast kontemplować, analizować i szukać własnych znaczeń, czytamy teksty kuratorskie na wyścigi.

Eksperyment w Leśnicy

W zeszłym roku, podczas edycji w Leśnicy, dałam swoim towarzyszom małe wyzwanie. Oglądamy sztukę. Czytamy tylko tytuły. Opisów nie ruszamy. Dopiero później wspólnie rozmawiamy o tym, co zobaczyliśmy i jak każdy z nas odczytał poszczególne prace. Eksperyment przyniósł wiele ciekawych wniosków i naprawdę szalonych interpretacji. Ale obnażył też coś jeszcze. Bez szczegółowych opisów część prac zwyczajnie nas konfundowała. Nie broniła się sama.

Od kilku lat zadaje uczestnikom SURVIVALU pytanie: która praca poruszyła Cię najbardziej? Zaskakująco często odpowiedzi nie ma. Padają raczej długie chwile zastanowienia niż konkretne wskazania. To pytanie wyjątkowo często wywoływało u pytanych konsternację.

Takie rozmowy i moje własne doświadczenia tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że na SURVIVALU sztuka często sama się nie broni. Mamy do czynienia z rzadkim zjawiskiem przerostu treści nad formą. I muszę przyznać, że właśnie to najbardziej mnie w tym festiwalu przytłacza. Obcowanie ze sztuką zamienia się w mozolne czytanie ze zrozumieniem kolejnych opisów, zamiast być przestrzenią do własnej interpretacji i refleksji.

Oczywiście, nie wszystkie prace bez opisu się nie bronią. Są takie, które od razu przyciągają uwagę, budzą emocje i pozostają zrozumiałe bez czytania tekstu kuratorskiego. Ich przekaz rezonuje z odbiorcą niemal od razu. Problem w tym, że – w moim odczuciu – stanowią zdecydowaną mniejszość.

Co można zrobić inaczej?

Nie uważam, że teksty kuratorskie powinny zniknąć. Może jednak warto zastanowić się nad ich formułą. Mogłyby być lepiej dopasowane do formuły zwiedzania SURVIVALU. Powinny wprowadzać w pracę, zostawiać tropy, zachęcać do własnych poszukiwań, a nie wyjaśniać każdą warstwę i każdy symbol.

Obszerne komentarze mogłyby znaleźć się w katalogu festiwalu lub w aplikacji mobilnej. Każdy mógłby zdecydować, czy chce po nie sięgnąć od razu, czy dopiero po obejrzeniu pracy. Czytać je spokojnie, na ławce, w domu albo przy kawie, a nie w tłumie, upale i poczuciu, że blokuje kolejnym osobom dostęp do dzieła.

Jeszcze lepszym narzędziem dla gotowych odpowiedzi są pytania. Kilka lat temu w krakowskim MOCAK-u dostałam niewielką harmonijkową ulotkę z pytaniami pomagającymi samodzielnie interpretować sztukę współczesną. Nie było tam gotowych odpowiedzi. Były jedynie pytania. Czy ta praca opowiada jakąś historię? Czy wykorzystuje symbole? Czy mówi coś o artyście? A na odwrocie głównych pytań kolejne pytania, które pomagały pogłębić własną analizę. To jedno z najlepszych narzędzi edukacyjnych, z jakimi spotkałam się w muzeum. Małe, proste i niezwykle skuteczne. Zmuszało do myślenia, zachęcało do kontemplacji i zostawiało miejsce na własne wnioski. Właśnie w taki sposób, moim zdaniem, powinniśmy uczyć się odbierać sztukę współczesną.

Może więc warto byłoby położyć większy nacisk nie na gotowe interpretacje, ale na rozwijanie kompetencji odbiorców. Być może poprzez zadawanie pytań, a nie udzieleniu natychmiastowych odpowiedzi. Bo od kiedy pamiętam, SURVIVAL wygląda właśnie tak. Kiedy byłam młodsza, byłam przekonana, że problem leży we mnie. Że nie potrafię dobrze rezonować z prezentowaną tam sztuką współczesną. Po latach obserwacji doszłam do wniosku, że problem tkwi jednak w sposobie jej prezentowania.

Obszerne teksty kuratorskie nie są wcale tak przystępne, jak mogłoby się wydawać. Często operują specjalistycznym językiem i prowadzą nas przez kolejne metafizyczne warstwy dzieła. W efekcie analizujemy tekst, a nie samą pracę. Kiedy tekst okazuje się niezrozumiały albo zwyczajnie z nami nie rezonuje, łatwo dojść do wniosku, że to z nami jest coś nie tak. Że nie jesteśmy wystarczająco kompetentni, by odbierać sztukę współczesną.

A przecież przeglądy sztuki takie jak SURVIVAL nie powinny być przestrzenią elitarną, zarezerwowaną wyłącznie dla wtajemniczonych. Nie powinny sprawiać, że łatwiej jest przyznać się do własnej niekompetencji niż pomyśleć, że dane dzieło zwyczajnie nie komunikuje się z odbiorcą wystarczająco dobrze.

Jeśli festiwal stawia sobie za cel przybliżanie sztuki współczesnej, mógłby przede wszystkim uczyć, jak z nią rozmawiać. Nie wyręczać odbiorcy w tej rozmowie, gdyż to najzwyczajniej w świecie psuje zabawę płynącą z tego doświadczenia.

tekst: Agata Stankowska