Sztuka wychodzi z muzeum – Van Gogh in Me

Sztuka wychodzi z muzeum – Van Gogh in Me
Wyobraźcie sobie, że abstrakcja z odtwarzacza muzyki z Windowsa 2000 łączy się z obrazami Gustava Klimta i Vincenta van Gogha, a klipy z serii oddly satisfying nabierają hipnotycznego charakteru, gdy ożywają symetriady i asymetriady z oceanu planety Solaris Stanisława Lema. Jeden usypia w takich warunkach, a drugi nie może mrugnąć przez pół godziny, by niczego nie ominąć. Brzmi jednak jak seans środków psychotropowych, chociaż nim nie jest.

Pomiędzy Paryżem a Wiedniem

Wszystko to miało miejsce w piękny środowy wieczór we wrocławskim Narodowym Forum Muzyki. Multimedialne wydarzenie chóralne z udziałem Chóru NFM pod dyrekcją Lionela Sowa oraz solistów: Natalii Kiczyńskiej (sopran), Joanny Rot i Eweliny Wojewody (alt), Adama Cieślaka (tenor) oraz Grzegorza Zajączkowskiego (bas).

Program obejmował utwory kompozytorów przełomu XIX i XX wieku, takich jak Camille Saint-Saëns, Claude Debussy, Erik Satiego lub Arnold Schönberg. Muzyka jest połączona z warstwą wizualną przygotowaną przez studio fuse, wykorzystującą animacje inspirowane malarstwem fin de siècle oraz dane generowane na żywo podczas koncertu.

W 2022 roku ukazała się płyta z programem koncertu w wykonaniu Nederlands Kamerkoor & Peter Dijkstra.

„Mam nadzieję, że chociaż na pięć minut nie będziecie już pewni, czy widzicie muzykę, czy słyszycie obrazy.” — mówi Tido Visser, dyrektor projektu Van Gogh in Me

Czarna skrzynka i cztery miliony wirtualnych pędzli

Dzięki czarnej skrzynce dźwięk nadawał kształt wizualnym obrazom na ekranie. Wysokość, natężenie, ilość pauz, częstotliwość, barwa oraz głośność dźwięku rzutowały na intensywność koloru, dynamikę ruchu i całokształt wyświetlanych animacji. Aparaty biometryczne śledziły nawet poziom stresu śpiewaków, a kamery kodowały ruchy dyrygenta oraz sczytywały emocje z widowni.

Wszystkie te dane były gromadzone i jednocześnie przetwarzane przez algorytm, aby pokazać widzom, możliwie najbardziej aktualną wizualną interpretację muzyki.

Okazuje się, że cisza potrafi malować nie gorzej niż pędzel.

Doświadczenie multisensoryczne

Van Gogh we mnie to próba tchnienia życia w obrazy za pomocą muzyki – jak w filmie Mój Vincent, ale na znacznie bardziej intensywnym poziomie. Całość pochłania bez reszty: to uczta dla wzroku i bal dla słuchu. Było tam piekło Beksińskiego i raj Boscha.

Pomiędzy przepychem Pocałunku Klimta a przytulnością Gwieździstej nocy van Gogha widzowie mogli przeżywać sztukę w zupełnie nowy sposób. Na marginesie uważam, że takie multimedialne rozwiązanie znacząco może poprawić poziom skupienia dzieci podczas koncertów muzyki poważnej, tak bardzo przez nich nielubianej.

Chór nic nie widział?

Ile czasu zajęło zespołowi dopracowanie narzędzi, ulepszanie algorytmów? Jakie to było uczucie widzieć swój śpiew? Czy Wrocławianie wróciliby jeszcze raz na takie widowisko i dlaczego Van Gogh przewraca się w grobie?

O tym porozmawiałam ze śpiewakiem Chóru NFM, tenorem Marcinem Winnickim, oraz gośćmi widowiska:

Barwa głosu = barwa malarska

Podczas seansu pojawiały się amorficzne, ruchome portrety, które były niczym straszne oko AI, sprawdzające, jak daleko może się ono posunąć. W dobie społeczeństwa informacyjnego i zbiorczego niepokoju o sztuczną inteligencję zadajemy sobie pytanie, czy sztuczna inteligencja zabierze nam pracę.

Gdy w sieci przelewają się nieprawdziwe treści wygenerowane przez sztuczną inteligencję, polecam przypomnieć sobie, że AI zabiera zadania, a nie zawody. Człowiek zawsze będzie potrzebny tam, gdzie są emocje i relacje.

Może narzędzia automatyzują świat, ale to ludzie sprawiają, że jest piękny. Van Gogh in Me po raz kolejny daje dowód na to, że arcydzieła żyją w nas wiecznie.

Autor: Zuzanna Galert