TOP 10 FILMÓW DEKADY

TOP 10 FILMÓW DEKADY

Lata 2020–2026 dostarczyły nam mnóstwo interesujących produkcji, z których wiele ma ogromną szansę by na stałe zapisać się w historii kina. Nasza redakcja wyselekcjonowała 10 filmowych pereł, definiujących obecną dekadę. Oto ranking najlepszych filmów obecnie trwającego dziesięciolecia.

 

10. Najgorszy człowiek na świecie (2021), reż. Joachim Trier

 

Mówiąc o nowym kinie skandynawskim nie da się nie wspomnieć się o Renate Reinsve czy Joachimie Trierze, którzy w Najgorszym człowieku na świecie stworzyli opowieść zarówno powszechnie rezonującą z pokoleniem milenialsów, jak i kompletnie niezrozumiałą dla części widzów, którzy przez większość filmu mogą zastanawiać się co jest faktycznym celem bohaterki. Główna bohaterka, Julie, przez cały jego bieg świadomie i nieświadomie dąży do odpowiedzenia sobie na pytania zadawane przez tę drugą grupę: kim tak naprawdę jest, czego pragnie w życiu oraz czego na dobrą sprawę chce od siebie i otaczającego ją otoczenia.

Julie, jako 29-letnia studentka medycyny, idealnie reprezentuje uprzywilejowane młode pokolenie żyjące w niepokoju na temat swojej przyszłości i teraźniejszości. Od samego początku mamy wrażenie, że bohaterka za każdym razem znajduje się w nieodpowiednim miejscu, co zmusza ją do ciągłych zmian. Czy wprowadza to chaos? Paradoksalnie nie. Mimo swojego zagubienia bohaterka nigdy nie znajduje się w zagrażającym jej kryzysie co czyni z jej czteroletniej podróży opowieść, w której odnaleźć może się wiele młodych ludzi, szukających własnej tożsamości.

Ważnym aspektem życia Julie są jej dwie relacje romantyczne, które przeplatają się ze sobą przez wszystkie dwanaście rozdziałów filmu. Mimo ogólnie panującego stereotypu płytkości na temat filmów skupiających się na tej tematyce, dzieło Triera jest temu wybitnie dalekie i odległe. Poprzez owe relacje bohaterka zaczyna definiować swoje życie i samą siebie – otacza ją uczucie niewystarczalności czy też niepokoju z powodu braku gotowości na kolejne kroki w życiu. Z tego wszystkiego może wydawać się, że Julie jest „w kropce”, ale jest to zwyczajnie dalekie od prawdy. Bohaterka jest w ciągłym ruchu, odkrywając swoją „prawidłową” życiową drogę oraz rozwijając swoje talenty i pasje podczas kryzysu tożsamości.

Najgorszy człowiek na świecie zadebiutował podczas Festiwalu w Cannes w 2021 roku, gdzie został przyjęty z powszechnym uznaniem i entuzjazmem. Renate Reinsve została dodatkowo nagrodzona Złotą Palmą za swoje wybitne przedstawienie głównej bohaterki. Film od samego początku wyróżniał się swoją wyjątkową wrażliwością i niezwykłym odczuciem prywatności. Trier w tej prostej, a zarazem zawiłej opowieści stworzył intymny obraz młodej kobiety otoczonej miastem, rodziną, niesatysfakcjonującymi relacjami i przede wszystkim samą sobą. I chociaż każdy oglądający (lub zdecydowana większość) wolałby mniej chaotyczny model życia, to właśnie ten chaos czyni z Julie kogoś, w kim może przejrzeć się każdy, co automatycznie czyni z nas tytułowego „najgorszego człowieka na świecie”.

Hanna Toborowicz

 

9. Strefa interesów (2023), reż. Jonathan Glazer

 

Jonathan Glazer słynie z klinicznej precyzji w swoich filmach. Jego poprzednie produkcje, takie jak Pod skórą czy Sexy Beast, wyraźnie zaznaczyły jego pozycję na kinematograficznej mapie, ukazując ogromny talent i wizjonerskość. Brytyjczyk, przy użyciu pozornie nieoczywistych środków wyrazu, dogłębnie infiltruje zakamarki ludzkiej psychiki, zaglądając w miejsca, w których wizyta bywa bardzo niekomfortowa. Zwieńczenie dotychczasowej filmografii reżysera stanowić miało jego magnum opus – Strefa interesów, ukazująca piekło Holokaustu w niespotykanej dotąd formie.

Gargantuiczne oczekiwania i nadanie filmowi łatki arcydzieła jeszcze przed premierą nie wzięły się znikąd. Jonathan Glazer pracował nad Strefą interesów od 2014 roku, spędzając niemal dekadę na drobiazgowym researchu i poszukiwaniu odpowiedniej formy dla swojego najnowszego dzieła. Film został luźno oparty na powieści Martina Amisa i przedstawia codzienne życie nazistowskiego komendanta, Rudolfa Hössa (w tej roli Christian Friedel). Wraz z żoną Hedwig (Sandra Hüller) prowadzi on – jakkolwiek kuriozalnie to brzmi – spokojne życie w willi zlokalizowanej tuż obok obozu koncentracyjnego Auschwitz.

Wspomniana forma jest czymś, co zdecydowanie wyróżnia tę produkcję. Aby uzyskać absolutny naturalizm, polski operator, Łukasz Żal, rozmieścił w odtworzonym domu komendanta system dziesięciu ukrytych kamer. Aktorzy poruszali się po posesji bez obecności klasycznej ekipy filmowej na planie. Zabieg ten umożliwił podglądanie codzienności bohaterów niemal przez dziurkę od klucza. To właśnie dzięki temu tragizm całej sytuacji jeszcze silniej dotyka widza; gdy rodzina Hössów popija poranną kawę czy bawi się w ogrodzie, tuż za murem odbywa się jedna z najpotworniejszych zbrodni w historii gatunku ludzkiego.

Tym, co ostatecznie przypieczętowuje wizję Glazera, jest pieczołowicie dopracowana warstwa dźwiękowa. O Strefie interesów można mówić jak o dwóch filmach – jednym, który widać, i drugim, który słychać. Podczas gdy na ekranie obserwujemy idyllę: kwitnący ogród i kąpiące się w rzece dzieci, zza muru dobiegają przeszywające dźwięki z obozu zagłady: warkot pieców krematoryjnych, stłumione krzyki, ujadanie psów i strzały z broni palnej. Reżyser dźwięku, Johnnie Burn, przez kilkanaście miesięcy budował bibliotekę dźwięków, drobiazgowo odtwarzając akustykę obozu śmierci. To właśnie zestawienie obojętnej codzienności oprawców z dźwiękami terroru działa na wyobraźnię mocniej niż jakikolwiek kadr.

Kino Glazera nie oferuje katharsis. Pozostawia nas z niewygodnym pytaniem o to, jak łatwo człowiek potrafi znormalizować potworności i odgrodzić się od cudzego cierpienia dla własnego komfortu. To uniwersalne i przerażająco aktualne pytanie, zadane w dotkliwy sposób pomimo braku graficznych scen i bezpośredniego ukazywania okrucieństwa na ekranie, stawia Strefę interesów w panteonie najważniejszych filmów obecnej dekady.

Szymon Mazurkiewicz

 

 

8. Drive My Car (2021), reż. Ryûsuke Hamaguchi

 

Nazwa dzieła Ryusuke Hamaguchiego jest tak precyzyjna jak tylko mogłaby być. Drive My Car to bowiem film opowiedziany w ogromnej mierze z samochodu – przemierzającego obwodnice Tokyo i Hiroszimy czerwonego Saaba 900. Auto należy do głównego bohatera, Yusuke Kafuku (Hidetoshi Nishijima), szanowanego aktora i reżysera – człowieka dość powściągliwego, choć próbującego jednocześnie przetworzyć traumę związaną ze śmiercią żony. Z początku kieruje pojazdem sam, choć z powodów ubezpieczeniowych związanych inscenizowaniem Wujka Wanii Czechowa, na miejscu szofera wkrótce zastępuje go Misaki Watari (Toko Miura). Tytuł należy więc rozumieć, idąc za Murakamim, idącym za Beatlesami, bardziej jako propozycję, niż bezokolicznik.

Utrata możliwości prowadzenia nie wydaje się być jednak dla Kafuku tak wielkim problemem. Oddanie odpowiedzialności w ten sposób pozwala mu pełniej zebrać myśli, a kamerze pozostawać częściej przy siedzeniu pasażera. W Drive My Car auto zamienia się w coś pomiędzy odlewnią wspomnień a kozetką u psychologa. Początkowo korzysta z niej tylko reżyser, a w ciągu filmu otwierają się tam również sama kierowczyni oraz młody aktor, Koji Takatsuki (Masaki Okada).

Film w powolny sposób procesuje traumę głównego bohatera. Stracił on swoją miłość dwa lata przed właściwą akcją, a tęsknota za nią pozostaje centralnym punktem jego rozważań. Relacja z nią była daleka od idealnych – reżyser tkwił w niej zarówno ze szczerej miłości jak i natchnienia artystycznego, pomimo jej regularnych zdrad z młodszymi mężczyznami. Miała ona duży wpływ na pracę Kafuku – wymyślała dla niego nowe scenariusze podczas uniesień, była mu czymś z pogranicza muzy, kochanki i ghostwritera. Dzieło jest wypełnione posępnymi monologami dotyczącymi uczuć kobiety, odpowiedzialności Yusuke za jej śmierć czy zwykłej tęsknoty. Genialnie narysowana jest też relacja inscenizatora z Kojim, którego obsadził w głównej roli Wujka Wani pomimo wiedzy, że był jednym z partnerów żony. Reżyser odrzuca zawiść w stronę osoby wyraźnie nieszczerej i wybuchowej z chęci obcowania z ostatnią namiastką żony oraz lepszego zrozumienia swojej sytuacji. Punkt kulminacyjny tej znajomości ma miejsce, a jakże, w czerwonym Saabie.

Drive My Car prowadzi narrację w wyjątkowy sposób. Pomimo równo 3-godzinnego runtime’u, fabuła jest dość mocno ograniczona, choć przesadą byłoby określenie go jako slow cinema. Główną oś filmu stanowią tutaj przygotowania do wystawienia Wujka Wani, a sztuka jest dla akcji jak serce pompujące krew, bez której bohaterowie pogrążyliby się w zupełnym odrętwieniu. Sceny z prób czy nauki tekstu są tu bardzo częste, a wypowiadane przez aktorów kwestie w mniej bądź bardziej zagmatwany sposób komentują rzeczywistość. Mimo silnego wpływu twórczości Czechowa sam film nieustannie łamie zasadę „show, don’t tell”, choć wyjątkowo sprawnie unika przy tym pójścia na łatwiznę. Informacje są przekazywane widzowi w sposób powolny i często niebezpośredni, co dokłada się do wyjątkowego, apatycznego klimatu dzieła. To właśnie melancholia jest doskonałym komentarzem do losów mężczyzny, który z trudnością wiąże ze sobą kolejne dni.

Łukasz Borkusz

 

7. Biedne istoty (2023), reż. Yórgos Lánthimos

 

Opowieść o Belli Baxter, która w 2023 roku podbiła serca krytyków, wiele osób porównywało do damskiej wersji opowieści o Frankensteinie. Lanthimos poszedł jednak o krok dalej. Swoją odrodzoną na nowo bohaterkę usytuowaną w wiktoriańskim Londynie zestawił z problemami dość współczesnymi, przez co jej cała kreacja staje się jednym wielkim chodzącym tabu, sprawiającym problemy zarówno jej samej, jak i ludziom dookoła. Historia Belli jest wyjątkowa zostaje ona przywrócona do życia z mózgiem dziecka, przez co jej rozwój nadchodzi stopniowo. Szybko jednak jej celem staje się ucieczka od swojego twórcy i odkrycie pełni życia. Bohaterka wyrusza w podróż po kontynencie nie rozumiejąc zasad etycznych czy moralnych panujących wokół niej. Nie czyni z niej to jednak bohaterki tragicznej. Bella jest w stanie odnaleźć się w obcym dla niej otoczeniu,  pomimo silnego odczucia alienacji, stopniowo stając się coraz mądrzejszą kobietą dążącą do autonomii. Zaczyna przerastać moralnie i intelektualnie otaczających ją ludzi, w szczególności swojego twórcę, a następnie kochanka Duncana. Lanthimos kreując Bellę nie portretuje jej jako monstrum, a postać sprawiającą wrażenie bardziej ludzkiej, niż ludzie dookoła.

Produkcja, równolegle z Oppenheimerem, zdominowała sezon nagród w 2024 roku. Na samych Oscarach film zdobył cztery statuetki, w tym nagrodę za najlepszą aktorkę pierwszoplanową dla Emmy Stone. Jej performance jest zdecydowanie najważniejszą i najbardziej wyróżniającą się częścią filmu. Postać Belli jest zabawna, prawdziwa, a przede wszystkim współczesna.

Krytycy spierają się, czy Biedne Istoty są wartościową produkcją feministyczną. Z jednej strony można interpretować je jako film o kobiecej autonomii i seksualności, w którym seks sam w sobie nie stanowi tematu tabu dla rozwijającej się bohaterki, lecz dla otaczającego ją otoczenia. W fabule filmu seksualność jest przedstawiona jako jedne z głównych narzędzi kobiecego odkrywania siebie i swoistej sprawczości. Z drugiej strony Lanthimos spotkał się z krytyką związaną z przerysowaniem owego problemu. Często zarzucana była mu męska fantazja na temat kobiecej seksualności oraz sposobu dążenia Belli do wyzwolenia samej siebie. Mimo tych dwóch różnych punktów widzenia spójną częścią łączącą oba stanowiska jest historia kobiety pragnącej wolności w świecie, który blokuje jej każdą możliwość na zdobycie jakiejkolwiek samodzielności. Baxter staje się w nim czymś więcej niż tylko „damskim Frankensteinem jest przede wszystkim kobietą.

Hanna Toborowicz

 

6. Anora (2024), reż. Sean Baker

 

Gdyby ktoś dekadę temu powiedział, że film Seana Bakera zdobędzie Oscara w kategorii Najlepszy Film, a sam reżyser odbierze podczas gali aż cztery statuetki, wyrównując tym samym rekord Walta Disneya, ciężko byłoby uwierzyć w taki scenariusz. Jak więc doszło do tego, że twarz współczesnego, amerykańskiego kina niezależnego rozbiła filmowy bank?

Sean Baker, konsekwentnie badający mit amerykańskiego snu w takich filmach jak The Florida Project czy Red Rocket, ponownie uwypukla nierówności współczesnego świata, przezabawnie ukazując go w krzywym zwierciadle. Fabuła Anory stanowi współczesną interpretację Romea i Julii, łącząc szaleństwo i chaos z brudnymi realiami oraz gorzką konkluzją. Opowieść o młodej, brooklyńskiej sex workerce, która w splocie niespodziewanych zdarzeń wychodzi za syna rosyjskiego oligarchy, szybko zamienia się w kuriozalne starcie dwóch światów. Gdy rodzina chłopaka wysyła oprychów, by anulowali małżeństwo, na ekranie rozpętuje się absolutny chaos. Baker odnajduje się w tym chaosie niczym ryba w wodzie. Szaleńcze tempo w połączeniu ze świetnym humorem sytuacyjnym pompują w kinowy ekran czystą adrenalinę. Co jednak istotne, po każdym takim wystrzale następuje dotkliwy, powolny zjazd…

Oś filmu stanowi zjawiskowa Mikey Madison w tytułowej roli. Jej kreacja pełna buntu, agresji, ale przede wszystkim desperackiej walki o swoją pozycję, to w moim mniemaniu jeden z najlepszych występów aktorskich ostatnich lat, słusznie nagrodzony statuetką na 97. ceremonii wręczenia Oscarów.

Jak Baker zdążył nas przyzwyczaić w swoich poprzednich produkcjach, jego głównym celem w zgłębianiu świata sex workingu pozostaje ukazanie losów konkretnych jednostek. Reżyser nie stawia się w pozycji oświeconego moralizatora. Przygląda się bohaterom bez oceniania i z ogromną empatią, jednocześnie zachowując pełną świadomość krwiożerczej machiny stojącej za tą profesją. Pod fasadą luksusu i iluzji szalonej miłości kryje się dramat walki klas oraz obłuda rosyjskich elit. Sean Baker, rozwijając swoją reżyserską formułę, stworzył jeden z najbardziej wyrazistych obrazów tej dekady, na stałe zapisując swoje nazwisko złotymi zgłoskami w historii największych autorów w historii kina.

Szymon Mazurkiewicz

 

5. Sirāt (2025), reż. Oliver Laxe

 

„Sirât” w języku arabskim oznacza ścieżkę, a konkretniej wąski most prowadzący do nieba. Pod nim znajduje się piekło, a na nim wiele chaotycznych zakrętów. To właśnie słowo dokładnie opisuje drogę pokonywaną przez głównego bohatera.

Opis filmu na festiwalu w Cannes (jak zwykle znikomy) sugerował, że będzie to film drogi z muzyką rave’ową, pustynią dookoła i walką bohaterów z przeciwnościami losu. Wszyscy wchodzili do sali kinowej z nastawieniem na lekkie 2-godzinne doświadczenie muzyczne z twistem. Zwrot akcji przerósł wszelkie oczekiwania i wrył w fotele kinowe widzów aż do napisów końcowych. Dyskusję po seansie były poprzedzone wielkim milczeniem i zastanawianiem się, jak ubrać w słowa to, co właśnie zobaczyliśmy.

Na tle innych filmów tej dekady, Sirât wyróżnia się prowadzeniem narracji. Ogromne znaczenie mają nasze zmysły i odczucia. Wkraczamy w mistyczny świat pustynnych imprez, które nigdy się nie kończą. Tempo wydarzeń dyktuje muzyka, która z czasem przeradza się w żyjący własnym życiem trans. Dudniący bas rezonuje w naszej klatce piersiowej z każdą minutą coraz bardziej.

Ojciec, szukający swojej zaginionej córki, niesiony nadzieją, niestety, popada w pęd sterowany siłą wyższą. Jedzie z nowo poznaną grupą w trasę. Mają odnaleźć rave, który ponoć odbywa się gdzieś na wysokości Mauretanii. Rozpoczyna się upiorna droga, przeradzająca się w walkę o przetrwanie. Od pierwszego dramatycznego wydarzenia wyrywającego nas ze złudnego świata imprez wszystkie decyzje bohaterów zdają się być skazane na porażkę. Stawka staje się coraz większa, a reżyser zaskakuje nas za każdym razem absurdalnymi sytuacjami.

Autentyczności świata przedstawionego dodaje mix aktorów. Film jest debiutem dla ekipy rave’owców, ale nie zabrakło też profesjonalnych aktorów (w roli głównej Sergi López).

Film nagrodzony przez jury w Cannes zdecydowanie zapisał się w historii kinematografii jako nieprzewidywalna i jedna z najświeższych pozycji tej dekady.

Alicja Glebow

 

4. Diuna (2021), reż. Denis Villeneuve

 

Adaptacje kultowych książek od lat są dla Hollywood bezpiecznym sposobem na przyciągnięcie widzów, jednak w przypadku Diuny trudno było mówić o pewnym sukcesie. Powieść Franka Herberta uchodziła za jedno z najtrudniejszych dzieł science fiction do przeniesienia na ekran. Skomplikowana, pełna polityki, religii, ekologii i rozbudowanego worldbuildingu, a przy tym dla wielu widzów nieznających książki mogąca wydawać się zwyczajnie hermetyczna historia. Denis Villeneuve, wielki fan twórczości Herberta, udowodnił jednak, że z odpowiednią wizją można stworzyć widowisko, które nie tylko przyciągnie miliony widzów, ale również zmieni ich oczekiwania wobec współczesnego blockbustera.

Diuna stała się dowodem na to, że wielkie kino nie musi upraszczać swojej historii, by stać się masowym sukcesem. Villeneuve potraktował widza poważnie, pozwalając mu zanurzyć się w świecie, którego nie tłumaczy na każdym kroku. Monumentalna scenografia, dopracowane kostiumy, niezwykłe zdjęcia Greiga Frasera i potężna, hipnotyzująca muzyka Hansa Zimmera sprawiają, że Arrakis nie jest jedynie miejscem akcji, ale światem, który można niemal fizycznie poczuć. Każdy element filmu, od architektury po dźwięk, buduje poczucie skali i powagi, których coraz częściej brakowało w kinie zdominowanym przez franczyzy i efekty specjalne.

Znaczenie Diuny wykracza jednak poza jej wizualny rozmach. Film pokazał, że blockbuster może być jednocześnie ambitnym, epickim kinem: powolnym, wymagającym, politycznym i pozbawionym potrzeby nieustannego rozładowywania napięcia żartem. Villeneuve stworzył alternatywną wizję wielkiego widowiska taką, która nie potrzebuje znanej marki ani dziesięciu poprzednich części, by stać się wydarzeniem. Sukces Diuny: Części drugiej tylko potwierdził, że publiczność jest gotowa na taką formę kina.

Film był również przełomowym momentem dla swojej obsady. Timothée Chalamet jako Paul Atryda udowodnił, że potrafi udźwignąć rolę będącą centrum monumentalnej, wielowątkowej opowieści, umacniając swoją pozycję jako jednego z najważniejszych aktorów młodego pokolenia. Diuna nie tylko przeniosła na ekran jedną z najbardziej nieprzystępnych sag science fiction – pokazała, że w czasach, gdy kino walczy o uwagę widza ze streamingiem, wielkie widowisko wciąż może być ambitne, autorskie i na tyle wyjątkowe, by samo w sobie stać się powodem, żeby pójść do kina.

Basia Winkel

 

3. Wszystko wszędzie naraz (2022), reż. Daniel Scheinert, Daniel Kwan

 

Po pandemii kino długo próbowało wrócić do dawnej formy. Widzowie przyzwyczaili się do oglądania filmów w domu, a kina musiały na nowo przekonać ich, że istnieją produkcje, dla których warto zejść ze swojej kanapy. Wszystko wszędzie naraz stało się jednym z najważniejszych symboli tego powrotu. Filmem, który udowodnił, że oryginalna, nieprzewidywalna produkcja może stać się prawdziwym kinowym wydarzeniem.

Jako kino niezależne stanęło w bezpośredniej konkurencji z dominującymi wówczas franczyzami i wysokobudżetowymi widowiskami, a mimo to przyciągnęło szeroką publiczność. Co więcej, filmowi Kwana i Scheinerta udało się połączyć sukces komercyjny z uznaniem krytyków w sposób, który w przypadku tak niekonwencjonalnego kina gatunkowego wydawał się szczególnie trudny. Najlepszym dowodem był Oscarowy triumf, gdzie zdobył aż siedem statuetek, w tym za najlepszy film, reżyserię i scenariusz.

Jego fenomen wynika jednak przede wszystkim z tego, jak wiele pozornie niepasujących do siebie elementów udało się połączyć w jedną całość. Kino science fiction, sztuki walki, komedia absurdu, dramat rodzinny, romans, estetyka internetu i historia o doświadczeniu azjatycko-amerykańskiej rodziny spotykają się tutaj w formie, która jest jednocześnie chaotyczna i niezwykle przemyślana. Multiwersum nie służy jedynie efektownemu mnożeniu światów, a staje się metaforą nieskończonej liczby możliwości i niewykorzystanych szans.

Dan Kwani Daniel Scheinert pokazali tym samym, że kino gatunkowe nie musi wybierać między popularnością a ambicją. Wszystko wszędzie naraz jest filmem radykalnie oryginalnym, a jednocześnie przystępnym dla masowej publiczności. W epoce, w której Hollywood coraz częściej opiera swoje największe produkcje na znanych markach, sequelach i istniejących uniwersach, sukces filmu był szczególnie znaczący. Udowodnił, że widzowie wciąż potrafią zrobić z zupełnie nowej historii globalne wydarzenie, jeśli kino zaoferuje im coś, czego nie mogą dostać nigdzie indziej.

Basia Winkel

 

2. Perfect Days (2023), reż. Wim Wenders

 

Człowiek, który sprząta publiczne toalety w Tokio, słucha muzyki z kaset, czyta książki, fotografuje drzewa i każdego dnia wykonuje niemal dokładnie te same czynności. To właśnie według Wima Wendersa zasługuje na uwagę kamery?

Wszystko miało skończyć się trochę inaczej. Wenders został zaproszony do Tokio, aby przyjrzeć się przedsięwzięciu The Tokyo Toilet – projektowi obejmującemu siedemnaście publicznych toalet zaprojektowanych przez znanych architektów, artystów i projektantów. Początkowo miał powstać dokument, jednak reżyser zrezygnował z tego pomysłu i stworzył fabułę skupioną wokół człowieka odpowiedzialnego za utrzymywanie tych miejsc w czystości.

W tym sensie film wpisuje się również w wieloletnią fascynację Wendersa Japonią. Reżyser już w 1985 roku stworzył dokument Tokyo-Ga poświęcony Yasujirō Ozu. Perfect Days powstało sześćdziesiąt lat po ostatnim filmie Ozu i świadomie kontynuuje podobny sposób patrzenia na codzienność. Sam Wenders mówił, że historia filmu i miejsce, w którym się rozgrywa, były dla niego nierozłączne.

Film miał premierę na konkursie głównym Cannes, a Kōji Yakusho otrzymał tam nagrodę dla najlepszego aktora. Co więcej, Perfect Days został wybrany przez Japonię jako kandydat do Oscara w kategorii filmu międzynarodowego – po raz pierwszy w historii reprezentantem tego kraju w tej kategorii został film wyreżyserowany przez nie-Japończyka.

Najciekawsze w Perfect Days jest to, czego Wenders nie robi. Być może za kilka dekad nie będziemy mówić o Perfect Days jako o filmie, który „zmienił kino”. Nie był przełomem technologicznym ani formalną rewolucją. Nie stworzył nowego gatunku i nie ustanowił nowej franczyzy. Ale historia kina nie składa się wyłącznie z rewolucji. Perfect Days warto zapamiętać nie jako film o tym, że „piękno można znaleźć w codzienności”, bo takie zdanie można wydrukować na plakacie i szybko o nim zapomnieć. Warto zapamiętać go jako film, który potraktował codzienność poważnie. A w epoce, która bez przerwy próbuje wmówić nam, że każdy dzień powinien być wydarzeniem, to może być jedna z bardziej radykalnych rzeczy, jakie kino zrobiło.

Dominika Kubat

 

1. Przesilenie zimowe (2023), reż. Alexander Payne

 

O Przesileniu zimowym nie da się rozmawiać bez zachwytu nad tym, jak ten film bezczelnie oszukuje naszą pamięć. Oglądając film Alexandra Payne’a, ma się nieodparte wrażenie obcowania z zaginionym klasykiem z lat 70., który z jakiegoś powodu przeleżał w archiwum, by dopiero teraz trafić na ekrany. Przesilenie zdecydowanie nie wymyśla nowego języka kina, nie chce być ważniejszy niż jest, nie robi z własnej staromodności manifestu. Jego ambicją jest udowodnić, że klasycznie opowiedziana, ciepła historia wciąż może być wydarzeniem. I właśnie dlatego zasługuje na miejsce w rozmowie o najważniejszych filmach swojej dekady.

To pozycja z potężnym potencjałem na to, aby dla kolejnych pokoleń stać się Kevinem sam w domu czy To właśnie miłość. Narracja prowadzi bohaterów klasyczną trójaktową ścieżką, którą można streścić w kilku słowach. Przesilenie zimowe jest bowiem filmem feel-goodowym, jednak wciąż przekraczającym ramy typowego „komfortowego kina”. Przyjemny i zarazem dobry. Postacie nie są figurami zaprojektowanymi po to, żebyśmy ich polubili, jednak z czasem sami dla siebie zaczynają tworzyć coś w rodzaju zastępczej rodziny, a i my przywiązujemy się do nich. Wszystko dlatego, że ludzie, którzy początkowo nie mają ze sobą nic wspólnego, odkrywają wzajemną samotność. Wielkim plusem Przesilenia jest to, że nie jest wyłącznie bożonarodzeniową dekoracją – święta są tutaj tłem dla opisu ludzkich doświadczeń.

Już na poziomie formy Payne wykonuje ruch pod prąd. Akcja została osadzona na początku lat 70., a obraz, dźwięk i montaż są świadomie stylizowane na kino tamtej epoki. Sięga nawet po rozwiązania, które współczesny mainstream w dużej mierze porzucił. Warto zwrócić uwagę m.in. na crash zoomy, przejścia typu wipe (czyszczenie) czy długie przenikanie (long dissolve) – środki kojarzone z danym językiem filmowym. Z kolei obraz wytrawnie podrobiono ziarnem i odpowiednią kolorystyką.

Niekiedy słyszy się rozmowy o zaniku filmów średniego budżetu, które mogłyby jednocześnie trafić do szerokiej publiczności i zaoferować dorosłą, charakterologiczną historią. Przesilenie zimowe jest takim filmem – wystarczy trójka ludzi siedzących przy stole i rozmawiających ze sobą.

Podczas 96. ceremonii Oscarów film otrzymał pięć nominacji – między innymi za najlepszy film, główną rolę Paula Giamattiego, scenariusz oryginalny oraz rolę drugoplanową Da’Vine Joy Randolph. Randolph zdobyła ostatecznie statuetkę. I choć Przesilenie zimowe nie stało się oscarowym gigantem, sama obecność filmu w najważniejszych kategoriach mówi sporo. W sezonie, którego symbolem były Oppenheimer, Barbie czy Biedne istoty, Payne dostał przestrzeń dla filmu o nauczycielu, uczniu i kucharce, których życie zatrzymało się na kilka grudniowych tygodni.

Przesilenie zimowe można dziś oglądać nie tylko jako bardzo dobry film, ale jako projekcję pewnego rodzaju skromności, przypomnienie o wartości czasu spędzonego z bohaterem. To bezczasowy klasyk na premiery dzisiejszych czasów.

Dominika Kubat

 

red. Dominika Kubat, Szymon Mazurkiewicz

grafika: Marta Wonskowska