Wrocławskie niezależne miejsca muzyczne – z Niezbędnikiem Kulturalnym

Wrocławskie niezależne miejsca muzyczne – z Niezbędnikiem Kulturalnym
Czytasz rozszerzoną wersję artykułu, który jest dostępny w sierpniowo-wrześniowym wydaniu Wrocławskiego Niezbędnika Kulturalnego. Znajdziesz w nim dodatkowe wywiady z każdą z osób powiązaną z wybranymi, nieszablonowymi miejscami muzycznymi Wrocławia.

 

Do Wrocławia wprowadziłam się prawie dziesięć lat temu. I choć nigdy nie bawiłam się w miejscach, o których kultowości pisze się teraz książki, to i tak miałam szczęście załapać się na kilka hucznych otwarć i sentymentalnych pożegnań. Wspinaczka po absurdalnie długich, na bank niezgodnych ze współczesnymi normami budowlanymi schodach w klubie Carpe Diem, później przemianowanym kolejno na D. K. Luksus i ZŁO; wzruszenia na występach artystów bookowanych chwilę przed ich międzynarodowym sukcesem przez wizjonerów z Das Lokalu; przemyślenia dotyczące legalności działania klubu Zion (jak się później okazało, uzasadnione…) – te przybytki to dobre przykłady naturalnego cyklu życia branży. Życia, które nie jest usłane różami, w końcu samostanowienie o niezależności jest z reguły deklaracją skazaną na dylematy. Bo albo pozostaje się niezależnym – bez znaczenia, czy chodzi o finansowanie, muzykę czy jeszcze coś innego – i akceptuje związane z tym ograniczone pole do rozwoju, albo zaczyna się rosnąć, a wraz ze wzrostem przychodzą coraz większa skala, popularność i wszystko to, od czego niezależność miała pierwotnie pozwolić się trzymać z daleka.

 

Do paradoksu niszowości należy dodać inne aspekty, z którymi w różnej skali mierzą się współcześnie wszystkie małe miejsca z muzyką na żywo we Wrocławiu, w Polsce i na świecie: gentryfikacja kulturowa, sezonowość i mody, a także nadal trwają dyskusje o tym, czy już wróciliśmy do kondycji życia nocnego sprzed pandemii. Nie mam zatem wątpliwości, że muzyka alternatywna/niezależna/niszowa (zwał jak zwał) boryka się z wyzwaniami.

 

Na rzecz artystów grających nierzadko za niewielkie kwoty (jeśli w ogóle) i niesłabnącej wiary organizatorów w to, że tworzenie kultury bierze się od dołu, powstał ten oto przewodnik. Znajdziecie w nim wybrane miejsca, w których warto się pojawić, żeby poczuć się częścią społeczności i żeby zobaczyć na żywo, jak kotłują się nieszablonowe muzyczne zajawki. Bo wspierać najlepiej osobiście.

 

Zuzanna Pawlak

 

Uczulenie, Kolejowa 8

Pod tętniącym nocnym życiem Nasypem, oprócz wielu doskonałych restauracji, znajduje się bar Czuła jest noc. Wystarczy wejść do środka, skręcić w prawo, przejść pod łukiem z kolumienką, pamiętając, żeby pochylić głowę, ta-da! – jesteś w Uczuleniu. 

Miejsce powstało z osmozy pomiędzy dziewczynami prowadzącymi bar, a głodnym poruszenia na wrocławskiej scenie klubowej kolektywem i labelem regime osiem lat temu. Po części w odpowiedzi na falę popularności, jaką w latach 2015–20192015-2019 zaliczyło techno –  regime, wbrew nazwie, grało kolorowo, beztrosko i różnorodnie, a program miejsca jest odzwierciedleniem ich zajawek: deconstructed club, juke, footwork, drum & bass, jungle, uk garage, house, rap, latin club… Nie da się wymienić wszystkich gatunków, które grane były przez osoby dj-skie pod wysprejowanym na różowo napisem PU$$Y BIZNES. 

Pół roku temu regime oddali koncept Uczu młodszej generacji społeczników. Więcej opowiada Oskar Pągowski, dj, raper i odwieczny pasjonat muzyki, który należy do ekipy zajmującej się aktualnie Uczuleniem. 

Jak doszło do przejęcia Uczulenia przez nowe pokolenie?

Rodzice Uczu, czyli kolektyw regime, po prostu poszli dalej ze swoim życiem i nie mieli już odpowiedniej ilości przestrzeni, czasu i uwagi, żeby dalej się temu poświęcać. To miejsce ma bardzo oddolną strukturę. Więc wymaga ludzi, którzy kochają je na tyle, żeby poświęcać mu swój czas praktycznie za darmo. Miałem szczęście i przywilej być jedną z osób, którym zaufali. Zależało im na tym, żeby Uczulenie zostało w rękach ludzi, którzy rozumieją, na czym polegało, i utrzymają ducha, w którym istniało. 

Jaką rolę Uczulenie pełni na wrocławskiej scenie?

Myślę, że Uczulenie jest trochę artystycznym sierocińcem wrocławskiej sceny muzycznej. Przez długi czas we Wrocławiu było tak, że albo robiło się coś w domu i dla znajomych, albo trzeba już było być na takim poziomie, żeby występować w w bardziej komercyjnych klubach, naznaczonych pieniądzem: impreza musi się zwrócić, na lodówce pojawia się logo sponsora. Próg wejścia dla kogoś, kto dopiero zaczynał, był przez to stosunkowo wysoki.

A gdyby tak wiele osób nie miało ułatwionego startu, wrocławska scena alternatywna nie byłaby tak kolorowa. Pierwsze imprezy robiły tam np. dziewczyny z BITE, teraz grają w Alpach. Za czasów regime, w latach świetności Uczulenia, zdarzało się, że przyjeżdżali naprawdę ciekawi międzynarodowi artyści, producenci jungle’owi z Wielkiej Brytanii, artyści z Jamajki. Jednym z ostatnich dużych międzynarodowych bookingów była chyba Sarra Wild podczas RAIZA.

Na jakich zasadach działa Uczu? Czy to biznes?

Można to podkreślić bardzo wyraźnie: to nie jest biznes. Wiadomo, marzeniem byłoby móc na tym zarabiać – to odciążyłoby nas osobiście i pozwoliłoby na znacznie szerszy wachlarz działań, natomiast realia są takie, że praca na rzecz Uczulenia pozostaje bliższa wolontariatowi niż jakiemukolwiek etatowi. To z kolei bezpośrednio warunkuje ducha Uczulenia, które od zawsze przeznaczone było dla ludzi, dla których są wartości wyższe niż pieniądze. Robimy to, bo kochamy to miejsce. To też nas paradoksalnie odciąża i pozwala na pewną dozę wolności. To dziewczyny z Czułej są właścicielkami tego statku, my jedynie kapitanami, którzy co weekend wypływają w nocny rejs, ochoczo zabierając wszystkich śmiałków. Ta pasja jest u podstaw wszystkiego: po naszej stronie, jak i u osób, które robią tam własne inicjatywy.Ta pasja jest u podstaw wszystkiego: po stronie naszej, jak i osób, które robią tam własne inicjatywy. Kiedy robimy przesiew propozycji wydarzeń, zawsze patrzymy na to, czy ktoś faktycznie robi coś z zajawki, czy pod publikę, i czy pomysł jest spójny z estetyką Uczuleni. Czuła jest domem nas wszystkich, więc przy każdym evencie zapraszamy ludzi ‘do siebie’. Główną motywacją jest to, żeby każdy czuł się dobrze, wyciągnął dla siebie coś wartościowego i wyszedł z dobrym wspomnieniem.

Kto poczuje się w Uczuleniu jak w domu?

Uczulenie domyślnie akceptuje wszystkich, o ile ktoś jest na tyle otwarty, żeby również akceptować wszystkich dookoła. Jeśli zaś chodzi o samą imprezę, wszystko zależy od muzyki, ale zawsze można wejść, zajrzeć za kotarę i zobaczyć, czy się podoba.

 

Jakie są plany nowej ekipy?

Nasza drużyna została złożona z trzech różnych osób, które wcześniej nie znały się dobrze. Naszym spoiwem była miłość do Uczulenia, które teraz przyszło nam wspólnie tworzyć. Dynamika budowania struktury jest więc nieco inna.

Jedna z rzeczy, które mogą się zmienić, to większa liczba koncertów instrumentalnych. Poza tym, niewiele. Struktura była dobra, my planujemy raczej usprawnienia. 

Widzimy też zmiany w kulturze clubbingu i chodzenia na imprezy. W całej Polsce mniej osób chodzi na imprezy. Młodzi ludzie często nie piją alkoholu i nie biorą narkotyków, co wpływa na intensywność i chęć do zabawy. Kiedyś imprezy w Czułej trwały do siódmej rano, a dziś od dawna już takich nie ma. Dla pokolenia urodzonego po 2000 czy 2005 roku koniec imprezy o pierwszej w nocy bywa normą. Będziemy się starali jakoś na to odpowiadać.

Kluczem do Uczulenia jest jednak to, że jest żywym organizmem. Może i nadajemy mu kształt, ale nie jesteśmy jego esencją. Albo inaczej – pilnujemy, żeby kształt naczynia pozostał znajomy, ale nie odpowiadamy za jego wypełnienie. Zawsze było tak, że ludzie przychodzący z inicjatywą i pomysłem tworzyli Uczulenie bardziej niż jego organizatorzy. Zawsze było tak, że ludzie przychodzący z inicjatywą i pomysłem tworzyli Uczulenie bardziej niż jego organizatorzy.

Jakie jest twoje ulubione wspomnienie związane z Uczuleniem?

Pierwsze, które przychodzi mi do głowy, to Sylwester 2019/2020. To był chiński rok szczura. Tam, gdzie DJ-ka znajduje się teraz, było pomieszczenie zawalone gratami i właściwie magazyn. regime zainstalowali tam laptopa z symulatorem szczura. Gra była wyświetlana z projektora na ekran nad DJ-ką po drugiej stronie. Można było siedzieć schowanym w pomieszczeniu gospodarczym i grać szczurem, a ludzie tańczący do DJ-a patrzyli na to na ekranie.

 

 

Klub Szalonych, Ruska 47/48a

Klub Szalonych zaczął się na Wyspie Tamka jako przestrzeń wynajęta przez znajomych. Było to jednocześnie miejsce do imprezowania i salka prób. W pewnym momencie ekipa postanowiła organizować tam koncerty. Na początku właściwie tylko dla siebie i dla zabawy: żeby sprowadzić fajny zespół, posłuchać go, a przy okazji poimprezować z muzykami. Piwnica była mała, więc panował klimat wręcz domówki. Muzycy byli bardzo blisko, nie mieli backstage’u, tylko siedzieli z publiką. Całkiem szybko zaczęło to hulać, nazbierało się coraz więcej sprzętu, można było zapewnić lepsze nagłośnienie.

Kiedy zamknęła się Tamka, koncert w nowym miejscu odbył się w przeciągu dwóch tygodni od startu przeprowadzki. O Klubie rozmawiam z Piotrkiem Hajkiewiczem, muzykiem i jednym z jego core’owych twórców.

Jak wyglądała przeprowadzka z Tamki na Ruską?

Sama salka na Tamce została wynajęta, o ile się nie mylę, jakieś dziewięć lat temu. Bardzo długo była tylko salką prób i miejscem własnych imprez, bez koncertów i wydarzeń dla widowni. 

Podjęliśmy decyzję, wynajęliśmy nowy klub i w ciągu dwóch dni zwieźliśmy wszystko ze starego miejsca do nowego. Potem remont. Ostatni event w starym klubie odbył się 22 października 2024 roku, a oficjalne otwarcie nowego Klubu Szalonych 8 listopada 2024 roku. 

Mieliśmy skoordynowaną akcję i ponad dwadzieścia osób zaangażowanych w malowanie, ustawianie wszystkiego i cały remont. Na początku nadal było trochę prowizorycznie, bo zanim załatwiliśmy porządny sprzęt nagłośnieniowy, trochę minęło. Pojawiła się możliwość rozstawienia fajnego oświetlenia, po znajomości udało się załatwić oświetleniowca. Zaczęliśmy też robić nagrania koncertów i wrzucać je na YouTube.

Czy po zamknięciu Tamki nie mieliście obaw co do dalszej kontynuacji projektu?

Pamiętam spotkanie rdzenia klub które zorganizowaliśmy, żeby przegadać, co właściwie robimy. Miałem szalony pomysł, którego chyba nawet nie powiedziałem na głos: żeby wynająć studio nagraniowe i po prostu produkować płyty. 

Wszyscy wiedzieli, że to, co robimy, jest dosyć unikalne. Miejsce było nietypowe, podobnie jak selekcja zespołów, które u nas grały, a do tego mieliśmy własne zespoły. Chcieliśmy to wszystko ciągnąć dalej. Jedyne wahanie dotyczyło tego, czy będzie nas stać na utrzymanie większego klubu. 

Kto dziś tworzy Klub Szalonych?

To kwestia różnego stopnia zaangażowania. Są osoby, o których można powiedzieć, że tworzą klub, choć pojawiają się tam tylko raz na jakiś czas. Są też ludzie, którzy są zawsze, choć trudno wskazać jedną konkretną rzecz, za którą odpowiadają.

Jeśli chodzi o organizacyjny rdzeń, to jest grupa ok. ośmiu osób. Poza nimi, wśród najbardziej aktywnych znajdzie się jeszcze z 10-20.  Spora część z nich pewnie nie chciałaby większego rozgłosu.

Jak tak duża grupa działa organizacyjnie?

Głównym mózgiem klubu jest Papa, chociaż bardzo nie lubi określenia, że jest szefem. Papa jest głównym bookerem i głównym nagłośnieniowcem. Zarządza też naszą Fundacją im. Piotra Wariata. Jest w klubie od początku. W pewnym sensie jest to więc ekipa skupiona wokół charyzmatycznej postaci.

Czy Klub Szalonych zaczął funkcjonować bardziej komercyjnie?

Nie, to przedłużenie starego klubu i kompletny DIY. Kasy z tego nie mamy. Właściwie starcza tylko tyle, żeby klub utrzymać, czasem się dorzucamy. Chodzi o to, żebyśmy mieli przestrzeń nie tylko na koncerty, ale nadal także na próby. W kalendarzu zawsze jest więcej prób niż koncertów.

Jedyne biznesowe elementy pojawiają się wtedy, kiedy wpadniemy na pomysł, że można zrobić koszulki, czapki albo inny merch. Nie myślimy o klubie jak o maszynce do robienia pieniędzy. Chodzi o to, żeby muzyka płynęła prosto z serca. Zapraszamy zespoły nie dlatego, że ściągną najwięcej ludzi, tylko dlatego, że po prostu zagrają fajny koncert. A jeśli fajny koncert przyciągnie mnóstwo ludzi, to fajnie.

Żeby zrobić z tego maszynkę do zarabiania, musielibyśmy pewnie porzucić fajność tego miejsca i zacząć przyjmować bardziej komercyjne zespoły. Mieliśmy kilka wydarzeń z artystami, może nie mainstreamowymi, ale po prostu bardziej popularnymi, i rzeczywiście przychodziło na nie więcej osób. Często byli jednak zdziwieni, kiedy podchodzili do baru i prosili o Long Island Ice Tea, a my takich fancy drinków zwyczajnie nie mamy.

Jakie jest Twoje ulubione wspomnienie związane z Klubem Szalonych?

Przełomowe było moje pierwsze przyjście do klubu. Przyszedłem z mikrofonem, bo nagrywałem reportaż audio o zespole Daffodil Pill. Zespół powstał poza Klubem Szalonych, ale stał się jego stałą częścią. Chodziłem za nimi na próby, robiłem wywiady i akurat trafiłem na koncert w Klubie Szalonych. Klimat mnie wciągnął, po tej pierwszej wizycie zacząłem przychodzić regularnie. 

Największym osobistym i jednocześnie klubowym kamieniem milowym była przeprowadzka. To była decyzja, że wchodzimy na wyższy poziom. Chcemy mieć miejsce, do którego może przyjść więcej ludzi, w którym możemy robić większe koncerty i zapewnić lepsze nagłośnienie. Nadal DIY, ale na wyższym poziomie. 

Dorzuciłbym jeszcze zeszłoroczny special: Mikołajki dla Pazurnika: rytułał przywołania i jam session. To był chyba najbardziej performatywny special, jaki zrobiliśmy. Część ludzi wyszła w trakcie z obrzydzoną miną i odebraliśmy to jako pewnego rodzaju sukces. Była to seria występów jednorazowych składów, a ciekawe było samo przemieszanie osób z różnych zespołów tworzących Klub Szalonych.

 


Wrocławski Warsztat Muzyczny, Lelewela 4, 3 piętro, pracownia 316

Cała historia zaczęła się od problemu komercjalizacji, który według twórców WWM dotknął wiele wrocławskich miejsc, w których gra się albo słucha muzyki. Warsztat to trochę salka prób, trochę szkoła muzyczna, a przede wszystkim miejsce przyjazne dla twórczości wymykającej się sztywnym definicjom.

W niewielkiej przestrzeni, która daje zaskakująco duże możliwości, spotykają się publiczność i instrumentaliści. Najważniejsza wydaje się tu jednak rola, jaką to miejsce odgrywa w budowaniu niezależnej sceny. Wszystko dzieje się oddolnie, szczególnie podczas  w pełni improwizowanych jam sessions, które odbywają się co dwa tygodnie. Wstęp jest za dobrowolną opłatą, ale nikt tego nie sprawdza – przy wejściu stoi puszka, kto chce, ten się dorzuca.

To właśnie tutaj narodził się Płytowy Klub Dyskusyjny. Tu powstają nowe zespoły, nagrywane są utwory, odbywają się próby, eksperymenty i improwizacje. Historię i wartości przyświecające WWM przedstawia Michał Chmielewski, perkusista i założyciel. 

Jak wyglądały początki Waszych  jam sessions?

 

Było ciężko. Pierwsza ekipa, z którą robiłem jamy całkowicie się rozpadła. Trudno było ich zmotywować do przyjścia. Pierwsze pół roku było pod tym względem bardzo trudne, a ja dużo się uczyłem, choćby tego, jak  pogodzić oddolność z jakimś poziomem profesjonalizmu. Na początku zorganizowałem też kilka koncertów zespołów znanych we wrocławskim środowisku jazzowym i improwizowanym. Zagrał między innymi Pradziad, czyli zespół Filipa Baczyńskiego (exczłonek zespołu sneaky jesus), JUNA i Mateusz Rybicki. Dzięki temu o miejscu zaczęli się dowiadywać kolejni ludzie.

Było kilka punktów zwrotnych. Pierwszym zaangażowanie Antona Budasa – gitarzysty, który zna praktycznie każdego we Wrocławiu i wnosi tony pozytywnej energii. Nieoceniony jest też Jan Gawroński, który gra ze mną z zespole Tłok. Często pojawia się u nas Michał Sember, uznany wrocławski improwizator. Kluczowy był moment, kiedy wykrystalizowała się stała ekipa muzyków, którą poza wspomnianymi tworzą też Paweł Ciołek, Filip Kacperczyk, Konrad Kowalewski i Filip Skoneczny. Bezcenne jest też wsparcie fotografów, którzy rejestrują nasze wydarzenia: Gabi Brzozowskiej, Darii Czarny i Rafała Stalicy. 

Od 2026 roku okrzepliśmy. Przyjęliśmy zasadę, że jamy odbywają się raz na dwa tygodnie i się jej trzymamy. Dużo dało nam też wsparcie mediów i lokalnych inicjatyw. Mogę powiedzieć o nich właściwie same dobre słowa. Pozytywnie reagował Zryw, Radio RAM z Łukaszem Lorencem na czele, Radio LUZ. 

Na czym polega formuła Waszych jam sessions?

Koncepcja jest praktycznie jeden do jednego skopiowana z jamów odbywających się w Mleczarni podczas festiwalu Jazztopad, prowadzonych przez czołówkę wrocławskiej sceny improwizowanej: Samuela Halla, Zbyszka Kozerę i Mateusza Rybickiego. Opierają się one na pełnej improwizacji: nie gra się standardów, raczej unika groove’ów. To ważne, bo granie standardów jest mocno zakorzenione w jazzie, a my wywodzimy się bardziej z muzyki improwizowanej i eksperymentalnej.

Generalnie ludzie często traktują jazz i muzykę improwizowaną jako synonimy, a to nie do końca tak. Jazz jest zakorzeniony w bluesie, ma własny język i pewne zdefiniowane elementy. Jest gatunkiem tak samo jak rock czy hip-hop. Muzyka improwizowana jest bardziej efemeryczna i płynna, choć oczywiście te światy czasami się przenikają, a na WWM zdarzają się momenty inspirowane funkiem czy post-rockiem.

Nasze jamy zaczynają się dość wcześnie, o 19:00, kończą się około 22:00. Nie sprzedajemy alkoholu i nie pozwalamy go wnosić, co sprawia, że jest bezpiecznie i spokojnie, a i nad ekspresją łatwiej zapanować. Dzięki temu, że nie opieramy się na standardach, jamy są dostępne dla wszystkich, bo nikt nie musi przychodzić przygotowany i znać konkretnego utworu.

Dbamy o to, żeby nasze jamy nie zamieniały się w performance, bo choć nie odpowiada mi skostniała forma jazzu, w której godzinami klepie się standardy, to nie interesuje mnie też performans polegający na rzucaniu piłeczek pingpongowych do fortepianu czy puszczaniu od tyłu odgłosów bekania. Szukamy czegoś pomiędzy. Dla mnie osobiście to też ważne, bo zawsze lubiłem muzykę, która wnosi coś nowego i eksperymentuje, ale jednocześnie ma strukturę.

Jaką rolę odgrywa społeczność?

Kluczową. Ludzie naprawdę współtworzą to miejsce. Biorą udział w remontach, pomagają przy grafikach, roznoszą plakaty. Samo robienie jamów bywa dla mnie wymagające, bo co drugą sobotę trzeba być na miejscu i wykonać masę pobocznych czynności, aby takie  wydarzenie się odbyło. Wsparcie tych ludzi sprawia, że wszystko jedzie dalej. Najwięcej energii daje mi, kiedy widzę że ludzie dobrze bawią się na jamach.  Jest sporo bezcennych obrazków – zdarza się, że ktoś podczas jamu rysuje albo czyta książkę. Spotkałem mnóstwo pięknych, kolorowych ludzi.

Zależy mi na zacieraniu granicy między odbiorcą a artystą. W praktyce rzadko zdarzają się romantyczne historie, że ktoś pierwszy raz w życiu siada przy instrumencie podczas jam session  i nagle odkrywa talent. Częściej przychodzą ludzie, którzy już coś tam grają, ale dopiero zaczynają występować przed publicznością, a my staramy się ich ośmielać. Oczywiście ci najcichsi, którzy powtarzają,  że nic nie potrafią, często grają najciekawiej. Chcemy przyciągać jak najwięcej instrumentalistów (brakuje nam zwłaszcza trąbek i pianistów), ale nie tylko. Zapraszamy też DJ-ów i ludzi zajmujących się elektroniką, właściwie każdego, kto w jakiś sposób pracuje z dźwiękiem.

Jak przebiega sam jam?

Każdy jam zaczyna się setem składu rozgrywającego. Najczęściej jest to ekipa, która zna się właśnie z jam sessions. To jest też szansa dla początkujących składów, żeby przetestować materiał w boju. Po rozegraniu, które trwa kilkanaście, czasem kilkadziesiąt minut, improwizujemy wspólnie. Struktura jest otwarta, pilnuję w zasadzie tylko tego, czy nikt nie przesadza z głośnością i nie zagłusza innych. 

Komu można polecić wizytę w Warsztacie?

Wszystkim, którzy lubią muzykę poszukującą i chcą usłyszeć coś nowego. Spotykam sporo osób zasłuchanych w jazzie, ale przychodzą też ludzie z backgroundem rockowym i eksperymentalnym, pojawiają się wokaliści i wokalistki.

Jakie są plany na kolejne miesiące?

Na razie zostajemy przy formule jeden jam co dwa tygodnie. Zależy nam na  ciągłym podnoszeniu poziomu i rozwijaniu WWM-owych zespołów. Powoli uruchamiamy label – wkrótce na Bandcampie ukaże się płyta, którą nagraliśmy w Warsztacie razem z Danielem Cichanienką, Michałem Semberem i Markiianem Pekarskyim. Liczymy na większe mieszanie się środowisk, chętnie zobaczylibyśmy na jamach więcej osób ze Szkoły Muzyki Nowoczesnej, Akademii Muzycznej czy Klubu Szalonych. Zapraszamy!

 

Kalambur, Kuźnicza 29A

 

Ponad 40 lat opieki nad krokodylem i ważką. Oszałamiające secesyjne wnętrze, ściany wyłożone lustrami, drewniane loże, wieczorami ambientowe światło świec. Kalambur spokojnie robiłby wystarczająco duże wrażenie jako bar, ale jest zbyt mocno zakorzeniony w artystycznej tradycji, by zrezygnować z oferty muzycznej.

Na przełomie wieków zaczęto tam organizować DJ sety – dokładnej daty nikt nie pamięta, bo jak wiele, i to wydarzyło się w Kalamburze spontanicznie. Jednym z pierwszych DJ-ów był Romek Rega, dziennikarz, prezenter telewizyjny. Gra do dzisiaj. Rolę Kalamburu w życiu nocnym miasta podkreśla Kosma Skandal aka skew//kiddo, rezydent i były barman.

Jak zaczęła się historia DJ-ów w Kalamburze?

Pierwszym DJ-em w Kalamburze był Romek Rega, dziennikarz i prezenter telewizyjny. Ważną postacią był też świętej pamięci Bedi, czyli Andrzej Bednarz, który zostawił po sobie prawie sto tysięcy winylowych płyt prezentowanych w Kalamburze. Był takim gościem w kaszkieciku i szaliczku, chodzącą muzyczną encykolpedią. To był przełom wieków, dokładnych dat nikt już nie pamięta. Trzeba pamiętać, że było to jedno z głównych miejsc wrocławskiej awangardy tamtych czasów. Wszystko działo się awangardowo i spontanicznie, zresztą w pewnym sensie tak jest do dziś. A wcześniej były koncerty, spektakle muzyczne i performance’y. Cała idea Kalambura zaczęła się od Teatru Kalambur, który znajdował się piętro wyżej. Teraz jest tam Wrocławskie Centrum Twórczości Dziecka i ta teatralna scheda nadal jest prowadzona, tylko w innej formie.

Czy Kalambur nadal jest miejscem wrocławskiej alternatywy?

Myślę, że tak, choćby patrząc właśnie na rozpiętość DJ-ów, którzy się tam prezentowali. Grywał tam Druh Sławek z Rozgłośni Harcerskiej, czyli człowiek, który ściągnął hip-hop do Polski. Romek Rega wrócił do Kalambura po około ośmiu–dziesięciu latach przerwy w 2023 roku i nadal tam gra. Teraz mamy tam np. Ryana R, alias DJ Ducha, który prezentuje szeroko pojętą muzykę taneczną z różnych zakątków Europy czy DJ-a Dotyk Dźwiękiem, prezentującego bardzo szeroki przekrój gatunków z płyt winylowych.

Kto odpowiada za muzyczne wydarzenia w Kalamburze?

Głównym promotorem wydarzeń muzycznych jest właściciel, Michał Litwinec, a jego prawą ręką jest Matej. Jest też DJ-em i ma swoje stałe pasmo w środę. Gra w innej formule: stoi za filarem obok baru, gra z laptopa, z jedną słuchawką, za pomocą myszki i starej wersji Traktora. o prawdziwy prezenter muzyczny z krwi i kości.

Co jest podstawą selekcji promotorskiej w Kalamburze?

Podczas mojego pierwszego seta zagrałem historię muzyki tanecznej: od początków disco, przez house, techno-house’owe i acid house’owe rzeczy, breaki z UK, aż po breakbeat i drum’n’bass na końcu. To zawsze jest wymagająca formuła, bo taki set trwa zazwyczaj aż sześć godzin. Trzeba przygotować coś, czym nie zanudzą się ludzie, którzy przychodzą, a także pamiętać o rozpiętości wieku publiczności. Zaczyna się mniej więcej od szesnastolatków i właściwie się nie kończy, bo przychodzą nawet osiemdziesięcio- i dziewięćdziesięciolatkowie.

W Kalamburze zasadą było wcześniej też raczej to, że gra jeden DJ. Zaczęliśmy więc rozwijać formułę b2b. Zaprosiłem m. in. mojego przyjaciela, Deniela Nizskovskiy’ego vel Tamagotchi, z którym zrobiliśmy niestandardowy, rockowy set: graliśmy tylko gitarowe numery. Przypomniałem sobie wtedy, że w klubach nie trzeba grać wyłącznie muzyki klubowej. 

Ważnym punktem programu jest też różnorodność. To samo dotyczy koncertów organizowanych od wielu lat – listę wykonawców można zobaczyć na filarze w Kalamburze. Co ciekawe, każde wydarzenie muzyczne zaczyna się równo o godz. 21:37.

Czy Kalambur zmienił się w ostatnich latach?

Raczej jesteśmy blisko tradycji. W pierwszej kolejności, jeśli mamy mówić o rozwoju, Kalambur rozwinął się w social mediach, bo żyjemy w takich czasach, że promocja jest potrzebna, żeby utrzymać status miejsca. Trzeba powoli iść z duchem czasu, ale staramy się, żeby cały czas duch Kalamburu trzymał rękę na tym, co się tam dzieje. 

Jaką rolę Kalambur pełni dziś w nocnym życiu Wrocławia?

Najprościej mówiąc: często jest ostatnim przystankiem imprezy, bo to jedno z miejsc na Rynku otwartych najdłużej, zwykle do czwartej. Przede wszystkim jednak jest miejscem w którym najsilniej spotykają się różne pokolenia, tak samo na scenie, jak i przy barze. Być może wynika to też z dostępności. Jedyną biletowaną imprezą w roku jest u nas Sylwester.

Rolą, której nie pełnią inne miejsca, jest właśnie łączenie pokoleń i promocja kultury w darmowej formie. Każdy może przyjść, mieć kontakt z kulturą i zostać tak długo, jak zachowuje się z szacunkiem wobec innych i nie robi awantur. Może za darmo „łyknąć” kultury, a przy okazji również koktajli wymyślanych na bieżąco przez barmanów.

O czym jeszcze warto pamiętać, rozmawiając o Kalamburze?

O albumie wydanym z okazji czterdziestolecia. To bardzo piękne wydawnictwo, które pokazuje całe czterdzieści lat historii z różnych perspektyw. Są tam osobiste wspomnienia barmanów, wspomnienia ludzi związanych z miejscem od dawna i zdjęcia z całego tego okresu. 

Album jest dostępny na barze. Kiedy wchodzi się do Kalambura i stoi przed barem, po lewej stronie znajduje się szafka ze szklankami. Na narożnej szafce, w zasięgu ręki gościa, leży album, wystarczy poprosić o niego osobę za barem.

 

 

Zuzanna Pawlak w ramach współpracy z Wrocławskim Niezbędnikiem Kulturalnym, fot. Anastazja Marek/ Uczulenie, Kazimierz Ździebło/ Klub Szalonych, Daria Solianczyk/ Wrocławski Warsztat Muzyczny, @katefler/ Kalambur