WYRÓŻNIENIA MUZYCZNE 2025
Już są, już na Was czekają! Dziesięć najlepszych polskich i zagranicznych (no dobra, tutaj do samego końca nie mogliśmy się zdecydować i wyszło nam jedenaście…) albumów 2025 roku według Radia LUZ. Oto WYLUZNIENIA MUZYCZNE 2025…
…czyli coroczne zestawienie najlepszych wydawnictw ubiegłego roku przygotowane przez Redakcję Muzyczną Akademickiego Radia LUZ. Będziemy je prezentować przez kolejne dni w ramach pasma Artysta Tygodnia – jak zwykle o godz. 0:00, 9:30, 10:30 i 13:00 od poniedziałku do piątku. Który album zwyciężył w zestawieniu polskich EP-ek i longplay’ów? Jakie wydawnictwo zagraniczne okazało się najlepsze? Jak prezentowały się kolejne miejsca naszego rankingu? Wyniki głosowania znajdziecie poniżej!
ZAGRANICZNE ALBUMY ROKU
10. CLIPPING. – DEAD CHANNEL SKY
przedstawia Maciej Tomasiewicz
Rapowy kolektyw, który wydawany jest przez Sub Pop – tak właśnie początkowo Clipping. przedstawiane było milionom słuchaczy. Pomimo lapidarności tego zdania, było to wystarczające, żeby przykuć uwagę. Związana z samymi początkami grungu wytwórnia wydająca hip-hop? W dodatku żaden tam gitarowy crossover, rapcore, ani sample z gitarowej muzy, tylko jakiś połamany, elektroniczny potwór. O debiutanckim CLPPNG. mówiło się w końcu, że była to pierwsza płyta w tym gatunku, na której nie znalazł się nawet żaden sampel oparty na żywych instrumentach. Był to jednak dopiero sam początek bezkompromisowego lotu kalifornijskiego trio.
Na poprzednich dwóch wydawnictwach wydawało się że Clipping. dotarli do ściany. Może być to na swój sposób prawda, ale Dead Channel Sky w żadnym wypadku nie stara się przymilać mainstreamowi, jest raczej kolejnym punktem do dalszych muzycznych eksploracji reprezentantów Sub Popu. To, że w muzyce obserwujemy spektakularny powrót lat ‘90, jest już faktem, a nie opinią. Nu metal króluje aktualnie w gitarowym graniu, a raperzy cały czas chętnie sięgają po klasyczne, boombapowe brzmienia. Clipping. jednak biorą nas na rave. Środkiem komunikacji jest stary router, który łączy się przez połączenie telefoniczne z internetem, bo od takich dźwięków rozpoczyna się nasza muzyczna jazda. Potem jest tylko lepiej. David Diggs to rapowy kameleon, którego flow oscyluje między karabinem maszynowym, a leniwą melodeklamacją, napędzanymi przez zręcznie wplecione w bity charakterystyczne brzmienia transowego pianinka i połamanym drum’n’bassem. Nie jest to typowy mariaż muzyki elektronicznej i hip-hopu, ale przełożenie imprezowego brzmienia na horrorcore w wydaniu Kalifornijczyków.
Być może Dead Channel Sky jest materiałem bardziej piosenkowym i przez to przystępnym, w porównaniu do dwóch poprzednich materiałów clipping., ale w żaden sposób nie jest to wada tej płyty. Tych, którzy mieli okazję uczestniczyć w występie grupy w ramach wrocławskiej edycji festiwalu Avant Art, nie trzeba przekonywać, że nowy rozdział w twórczości trio nie ustępuje w żaden sposób jakością. Gdzie podopieczni Sub Popu zabiorą nas następnym razem, tego nie wiadomo, ale na imprezę zdecydowanie dałbym się zaprosić.
9. SKRILLEX – FUCK U SKRILLEX YOU THINK UR ANDY WARHOL BUT UR NOT!! <3 (ex aequo z FKA TWIGS – EUSEXUA AFTERGLOW)
przedstawia Sebastian Rogalski
Przyznaję: wiosną, krótko po premierze tego albumu, jak dzieciak uległem jego czarowi i trochę odcięło mi zdolność uczciwej oceny. Czy ta wielka piñata dubstepowo-radiowa (de facto ten album to taka jakby audycja, czyż nie?), jaką Skrillex zrzucił w Prima Aprilis (wymowne) na swoich fanów, dotychczasowych hejterów (to ja) oraz label Atlantic, z którym właśnie zakończył uwierający obydwie strony kontrakt, broni się również w zestawieniu końcoworocznym?
Bez żadnych zahamowań – których podczas tworzenia nie miał również Skrillex wraz z zaproszonymi ziomalami (DJ Smokey! Boys Noize!! Varg2™!!!) – stwierdzam, że powrót do FUCK U… był jednym z milszych momentów muzycznych wspominek końca roku. Bachanaliowo-wyzwolony nastrój i sążnisty dystans do jednak legendarnego statusu własnej twórczości sprawiają, że całości, mimo cisnącej na złamanie karku narracji, słucha się ultraprzyjemnie.
Wręcz eksperymentalna dynamika podawania kolejnych motywów w połączeniu z kalejdoskopowo bogatą paletą wierrrtarrr (oraz niepowtarzających się w obrębie całej tracklisty pomysłów na kolejne dropy) i wokalami tylu gości, ilu powinno być na dobrej domówce, pokazują, jak dobrym producentem jest Sonny Moore (i jak bardzo cisnął go gorset korporacji, która nakazywała stępiać brzmienie w dążeniu do uzyskania szerszej słuchalności). Swoje pokazał? No pokazał. Starych fanów zadowolił? Ci dopiero musieli mieć święto. Nieprzekonanych przekonał? Jeszcze jak! Aphex Twin na tzw. ciekawe czasy.
9. FKA TWIGS – EUSEXUA AFTERGLOW (ex aequo z SKRILLEX – FUCK U SKRILLEX YOU THINK UR ANDY WARHOL BUT UR NOT!! <3)
przedstawia Łucja Krzywoń
Rok 2025 zdecydowanie należał do FKA Twigs. Artystka nie tylko potwierdziła swoją pozycję w muzycznym świecie, ale dokonała tego w sposób, który zaskoczył wszystkich. Wydała w ciągu jednego roku nie jeden, lecz dwa pełnoprawne albumy, które są ze sobą nierozerwalnie splecione. Pierwszy z nich EUSEXUA ukazał się w styczniu. Krążek od razu został entuzjastycznie przyjęty i przez większość roku pewnie utrzymywał się w czołówkach rankingów.
Zamiast spocząć na laurach, Tahliah Debrett Barnett postanowiła pójść o krok dalej. Pod koniec listopada zaskoczyła świat EUSEXUĄ Afterglow, krążkiem, który nie był zbiorem remiksów czy bonusowych tracków. Kontynuowała w ten sposób koncepcyjny cykl, opisujący nie tyle sam moment muzycznej ekstazy, co jej rozproszone intymne echo.
8. NINAJIRACHI – I LOVE MY COMPUTER
przedstawia Julia Respondek
Parę ostatnich lat były dla Niny Wilson bardzo owocne, a ubiegły rok był dla niej wisienką na torcie. Wiele kolaboracji z twórcami ze scen hyperpopowych i elektronicznych wypuszczanych w 2024 i 2025 stawiały poprzeczkę dla nadchodzącego debiutanckiego albumu Niny coraz wyżej, ale z wielką przyjemnością mogę oznajmić, że I Love My Computer nie dość, że ją przeskoczyło, to jeszcze uzyskało najlepsze oceny.
Cała płyta to laurka dla muzyki elektronicznej minionej dekady – popularne wtedy style i gatunki takie jak Y2K, electroclash czy complextro mieszają się ze współczesną produkcją, tworząc piękny nostalgiczny trip down memory lane. Nie bez powodu artystka zdobyła za niego nagrody w trzech różnych rozdaniach nagród muzyki australijskiej (w tym aż 8 nominacji i 3 puchary w ARIA Music Awards!), a bilety na jej tour wykupują się w tym samym dniu, w którym zostają zapowiedziane.
7. BLAWAN – SICKELIXIR
przedstawia Marcelina Machacz
Na SickElixir Blawan odsłania się jak nigdy dotąd. To album, na którym artysta sięga po swoje najbardziej intymne i bezkompromisowe środki wyrazu. Wydana 10 października płyta brzmi jak zapis jego wewnętrznych zmagań. Pełna surowych, industrialnych faktur, połamanych rytmów i niepokoju, który nie daje się łatwo ukoić. Producent odchodzi tu od klasycznego techno, eksperymentując z chaotyczną strukturą i rytmiką inspirowaną footworkiem oraz hip-hopem, ale zawsze przepuszczoną przez jego charakterystyczny, ciężki sound design.
SickElixir to nie tyle kolekcja utworów, co spójna, emocjonalna opowieść – trudna w odbiorze, lecz niezwykle autentyczna, pokazująca Blawana w najodważniejszej i najbardziej szczerej odsłonie. Choć album nie należy do prostych odsłuchów, to właśnie w tej trudności tkwi jego siła.
6. ROSALÍA – LUX
przedstawia Zuzanna Pajorska
Czwarty studyjny album Rosalíi, zatytułowany LUX, ujrzał światło dzienne 7 listopada 2025 roku i natychmiast znalazł się na ustach wszystkich – nie tylko fanów katalońskiej artystki, lecz także koneserów muzyki klasycznej. Rosalía zaprezentowała bowiem zupełnie nowe oblicze artystyczne. Trzy lata po premierze Motomami Rosalía zrzuciła strój zadziornej motocyklistki tańczącej do reggaetonu i dembow, zmieniając go na biały habit, a kask na aureolę.
Ta radykalna zmiana wizerunku poszła w parze z zupełnie nowym brzmieniem. Album jest efektem powrotu Rosalíi do jej klasycznego wykształcenia muzycznego i sięgania po formy charakterystyczne dla muzyki poważnej. Artystka prezentuje tu pełnię swoich możliwości wokalnych, śpiewając operowo. LUX staje się dzięki temu albumem-hybrydą. Łączy klasykę z popem, sacrum z profanum, a lokalność katalońskich korzeni z globalnym językiem współczesnej muzyki elektronicznej.
W dobie wszechobecnej sztucznej inteligencji w muzyce album zachwyca swoją „ludzkością”. Jest pełen emocji, organiczny, nasycony klasycznymi instrumentami. Płyta powstawała m.in. we współpracy z London Symphony Orchestra – jedną z najlepszych orkiestr na świecie – pod batutą islandzkiego dyrygenta Daníela Bjarnasona. Na LUX nie brakuje też znakomitych gości, takich jak Björk, Yves Tumor czy Estrella Morente.
Koncepcyjnie LUX jest podróżą przez cały świat z perspektywy kobiecej duchowości. Przygotowując się do stworzenia tego materiału, Rosalía studiowała życiorysy świętych kobiet, zagłębiając się w kulturę i historię różnych epok oraz kontynentów. Artystka przyznaje w wywiadach, że w najnowszym albumie chciała zmieścić cały świat. Ważnym źródłem inspiracji były dla niej także własne, dalekie podróże. Śpiewając aż w 13 językach – od hiszpańskiego i katalońskiego, po łacinę, francuski i japoński – Rosalía tworzy dzieło będące sumą wielu przeżyć i doświadczeń. I rzeczywiście LUX brzmi jak płyta stworzona przez kogoś, kto jednocześnie słyszy i czuje cały świat.
5. BAD BUNNY – DEBÍ TIRAR MÁS FOTOS
przedstawia Zuzanna Pajorska
Niezaprzeczalnie 2025 rok należał do Bad Bunny’ego. 5 stycznia wydał swój szósty studyjny album, w którym oddał wielowymiarowy hołd swojej ojczyźnie, kulturze, ludziom i krajobrazom. Debí Tirar Más Fotos to album z 17 utworami, które podkreślają muzyczne bogactwo Portoryko: bomba, plena, jíbara, salsa i reggaeton. To też pełen nostalgii film krótkometrażowy o gentryfikacji wyspy, a także lekcja historii o tym miejscu i jego zależności od Stanów Zjednoczonych, opublikowana na YouTube’ie do każdej piosenki. Po kilku dniach od premiery Bad Bunny stał się jednym z najczęściej streamowanych muzyków na świecie, a po trzech tygodniach znalazł się na 1. miejscu Billboard 200. Sprawił, że cały świat (nie tylko hiszpańskojęzyczny) rzucił wszystko i zaczął tańczyć salsę.
Bad Bunny zawsze powtarza w wywiadach, że jego ogromna popularność ma swój cel, którym jest mówić w imieniu swoich ludzi z Portoryko o sytuacji na wyspie i zwracać uwagę świata na problemy, z których się mierzy.
W najnowszym albumie zwraca uwagę na kwestie kolonializmu, relacji z USA oraz gentryfikacji. W utworze LO QUE LE PASÓ A HAWAii (To, co stało się z Hawajami) artysta odnosi się do prywatyzacji przestrzeni publicznych, wysiedlania lokalnych społeczności oraz wymazywania portorykańskiej kultury. Śpiewa: „Chcą mi zabrać rzekę i plaże, chcą moją dzielnicę i żeby moja babcia stąd wyjechała […], nie chce, żeby zrobili z Tobą to, co zrobili z Hawajami”. W ten sposób przypomina o tym, jak sprawy Portoryko, podobnie jak dawniej na Hawajach, są kształtowane przez zewnętrzne wpływy USA, zagrażając niezależności wyspy. Nie chce dopuścić do tego, żeby jego ojczyzna stała się 51. stanem.
Cały album jest przesycony nostalgią, a jej głównym symbolem stają się stare fotografie, uwieczniające chwile z bliskimi, których już nie ma obok nas:
Debí tirar más fotos de cuando te tuve
Debí darte más beso’ y abrazo’ las vece’ que pude
[Powinienem był robić więcej zdjęć, kiedy Cię miałem, powinienem był częściej Cię całować i przytulać, kiedy tylko mogłem]
Fragment utworu DtMF.
To uniwersalne przesłanie, przewijające się przez cały album, szczególnie mocno rezonuje z Portorykańczykami, którzy zmuszeni do emigracji, tęsknią za swoją wyspą – miejscem, które już nie jest takie, jak dawniej.
Nostalgię słyszymy także w licznych nawiązaniach do klasyków starej szkoły reggaetonu z lat 90 i 2000. Przykładowo słyszymy tu m.in. fragment Perreo Baby duetu Héctor & Tito w utworze EoO, czy Cazando Voy Angel & Khriz w VOY A LLeVARTE PA PR i wiele innych. Tęsknota i melancholia biją z okładki albumu – widzimy na niej białe plastikowe krzesła w tropikalnym ogrodzie, które każdy Portorykańczyk pamięta ze swojego dzieciństwa. Tym prostym obrazkiem Bad Bunny wzmacnia poczucie przynależności i dumy wśród słuchaczy z Portoryko.
Esto es PR, mami. Aquí nací yo y el reggaetón, pa’ que sepa’
[To jest Portoryko, mała, tu narodziłem się ja i reggaeton, żebyś wiedziała]
Fragment piosenki VOY A LLeVARTE PA PR.
4. CARRIER – RHYTHM IMMORTAL
przedstawia Dominik Lentas
Rhythm Immortal, to bardzo detaliczny obraz chłodnego, skalistego miejsca, które położone z dala od wytyczonych szlaków pozostaje zupełnie dzikie i surowe. Miejscem włada siła, która z lekkością i pewnego rodzaju gracją targa iglakami, odłupuje kawałki wapienia i na bieżąco rearanżuje swoją przestrzeń.
Rzeźba terenu przytłacza formą już w pierwszych minutach wędrówki. A Point Most Crucial, to pierwszy pokaz siły żywiołu, który przypomina, że nie trafiliśmy w miejsce, które łatwo podda się woli podróżnych. Tekstura przypominająca trzask winyla gwałtownie zrywana jest pod naciskiem głuchych nieregularnych tompnięć kicka. Środowisko, w którym musimy się odnaleźć, sprawia wrażenie, jakby wyładowywało energię zupełnie spontanicznie, a jednocześnie zachowuje własny puls, dając do zrozumienia, że działa według jakiejś reguły.
Namiastka ukojenia przychodzi dopiero z utworem That Veil of Yours, w którym Voice Actor narusza szczelną izolację i dodaje otuchy w dalszej przeprawie. Mimo to, utwór sprawia wrażenie jakby był jedynie halucynacją, wytworem naszej wyobraźni, a obecność artystki była jedynie skutkiem wystąpienia syndromu trzeciego człowieka. Wkradający się przester zapowiada mechaniczny i blaszany Carbon Works.
Tu wszystko się napręża i klekocze. Kiedy słucham tego utworu nie potrafię nie myśleć o wielkiej drewnianej strukturze, która powoli stawiana jest do pionu siłą dokładnie splecionych lin. Prawdopodobnie jest to coś na kształt totemu. Blaszane rąbnięcia wydają się odłupywać kolejne kawałki drewna ozdabiając całość nieznajomą symboliką. Drewniana struktura staje się obiektem rytualnego uwielbienia w utworze Amber Circle, gdzie żar syczącego ogniska rozdmuchiwany jest na wszystkie strony przez huknięcia olbrzymiego bębna, a blask księżyca nieśmiało oświetla taniec cienistych figur. Dźwięki rozbijają się wzdłuż formacji skalnych otaczających miejsce spotkania. Niektóre napływają z oddali zupełnie jak gdyby, nieopodal miał mieć miejsce podobny rytuał. Tej nocy kraina ożywa, dalej jednak zdaje się być obojętna względem naszej obecności.
Lowland Tropic jest już tylko obłokiem lub mirażem — a zarazem punktem kulminacyjnym przeprawy. Stanowi splątanie wszystkich dotychczasowych doświadczeń. Dźwięki łamiących się gałęzi nabierają metalicznego posmaku, woda w pobliskim oczku zdaje się wrzeć, a przebywanie pod gołym niebem nie łagodzi już narastającego poczucia klaustrofobii. Z każdą chwilą coraz trudniej odróżnić to, co rzeczywiście dzieje się wokół, od tego, co rodzi się w zmęczonej wyobraźni. Krajobraz i dźwięk zaczynają się przenikać, a sama wędrówka przybiera formę halucynacyjnego ciągu zdarzeń, w którym orientacja w czasie i przestrzeni stopniowo się rozmywa.
Offshore, to powolny powrót do normalności. Moment uświadomienia sensu przeżycia. Delikatnie napływające wzruszenie pięknem doświadczeń, ale przede wszystkim zauważenie i akceptacja naszej obecności przez żywioł. Pewnego rodzaju zjednoczenie z krajobrazem, który najwyraźniej czuje się wysłuchany i postanawia ukazać swoje piękno. Po raz pierwszy czujemy życzliwość ducha tego miejsca, a potężne tompnięcia okalane są ciepłym brzmieniem akordów instrumentu, który brzmi znajomo. Po raz pierwszy czujemy się zaopiekowani — i nieobcy temu miejscu.
3. OKLOU – CHOKE ENOUGH
przedstawia Agnieszka Cieślak
Od wydania swojego debiutanckiego mixtape’u Galore w 2020 roku Oklou zdążyła ustanowić swoją pozycję jako jedna z najciekawszych artystek współczesnego alt-popu. Dzięki unikalnemu, subtelnemu stylowi oraz współpracy z muzykami takimi jak Casey MQ, A. G. Cook czy Finn Keane zyskała rzeszę wiernych fanów, która dynamicznie wzrosła w tym roku wraz z wydaniem jej debiutanckiego albumu, choke enough
Nic dziwnego, że już od premiery pierwszego singla z tego krążka, family and friends, na debiutancką płytę Oklou czekano z niecierpliwością. Zaledwie miesiąc później artystka wydała podwójny singiel zawierający utwory obvious oraz harvest sky. To drugi z nich, będący efektem współpracy z amerykańską artystką underscores, spotkał się ze szczególnym zainteresowaniem. Charakteryzuje się on bardziej tanecznym, klubowym stylem, będącym poniekąd odskocznią od zazwyczaj minimalistycznego i spokojnego klimatu muzyki Oklou. Harvest sky nie jest jednak jedyną współpracą na tym albumie – jeden z kolejnych singli, take me by the hand, powstał z udziałem Bladee, co spotkało się z dużym entuzjazmem wśród fanów obojga artystów.
Choke enough jest projektem wręcz uzależniającym, który wciąga słuchacza już od pierwszego utworu. Przedstawia to, co najlepsze w muzyce Oklou – delikatne wokale, eteryczny klimat oraz charakterystyczny syntezatorowy lead, dobrze znany z wcześniejszych wydań artystki. Jednocześnie album stanowi wyraźny krok naprzód: pokazuje ewolucję Marylou jako kompozytorki i autorki tekstów oraz jej otwartość na odkrywanie nowych muzycznych horyzontów. Można śmiało powiedzieć, że choke enough to jedno z najbardziej fascynujących popowych wydań tego roku.
2. GEESE – GETTING KILLED
przedstawia Łucja Krzywoń
Getting Killed od Geese to album, który wszystkie schematy wyrzuca w kąt. To gwałtowne, genialne i kompletnie nieprzewidywalne dzieło. Brzmienie płyty to eklektyczny kolaż ostrych, szorstkich gitar, nieoczekiwanych kompozycji i kakofonii dźwięków.
Centralnym punktem jest charyzmatyczny i niepoczytalny głos Camerona Wintera, który w zaledwie chwilę potrafi przejść z ledwo słyszalnego szeptu w alarmujący krzyk. Przez ten kontrast wyciszenia i eksplozji Winter doskonale oddaje tekstową rozpacz, gniew i surrealistyczny humor płyty, czyniąc z niej spójne, intensywne oświadczenie artystyczne, które wymaga pełnego zaangażowania i pozostawia trwały ślad. Getting Killed nie jest wygodnym albumem, który ot tak może sobie po prostu lecieć w tle. Słuchanie go w ten sposób traci cały sens i moc. Każdy jego element – od niepokojących partii instrumentalnych po ekstremalną ekspresję wokalu – celowo narusza komfort biernego odbiorcy.
Producent Kenneth „Kenny Beats” Blume był dla Geese nie tylko współtwórcą. Był głosem z zewnątrz, który całkowicie przemeblował ich styl nagrywania. Maniakalna dbałość o detal szła u niego w parze z pełnym zaufaniem do pierwotnej energii i niedoskonałości nagrań.
Dlaczego krążek się wyróżnia? Bo nie brzmi jak nic innego. Dlaczego wpada w ucho? Bo mimo tego bałaganu i swoistej dziwności ta melodia tam jest. Te refreny, te riffy – po przesłuchaniu zostają z tobą.
1. DJRUM – UNDER TANGLED SILENCE
przedstawia Żaneta Wańczyk
Historia tej płyty rozpoczęła się dużo wcześniej, bo w 2017 roku, a w okolicy 2020 była już praktycznie skończona. Niestety laptop DjRUMa z materiałem do Under Tangled Silence prawie się roztopił wskutek awarii. Artysta stracił backup oraz cały zapis na twardym dysku, a zostało mu jedynie kilka dźwiękowych szkiców tworzonych w trakcie pandemii. Według artysty, komputery w muzyce są jak ludzkie maszyny – równie repetytywne, kruche i nietrwałe, przez co ma z nimi bardzo emocjonalną relację.
Under Tangled Silence to kontemplacyjne i ponadgatunkowe dzieło sztuki autorstwa skromnego i nieśmiałego innowatora: brytyjskiego DJa, pianisty i producenta Felixa Manuela. Artysta tworzy na własnych zasadach i łączy ze sobą bardzo odległe dźwiękowe uniwersa. Czerpie z całej gamy stylistyk, technik, maszynek i instrumentów dobrze mu znanych, prowadząc nas w kierunki niespodziewane i niesamowicie piękne.
Ostatnio usłyszałam takie zdanie: muzykę definiuje sprzęt danych czasów. Można sądzić także, że zmorą współczesności jest nadmiar możliwości: gatunków, stylistyk, technik, czy narzędzi, w których łatwiej się pogubić, niż stworzyć z nich coś różnorodnego i wartościowego. DjRUM się w nich nie gubi. Korzysta z szerokiego inwentarza brzmień i robi to z pełną świadomością, wrażliwością i precyzją. W jego najnowszym albumie odnajdziemy zarówno instrumenty klasyczne i filharmoniczną estetykę (harfa, wiolonczela, fortepian), broken beat, połamany drum & bass, IDM, ambient, eksperymentalne glitche, a także brzmienia etniczne jak w utworze Three Foxes Chasing Each Other (kalimba, śpiewy, cymbały, instrumenty perkusyjne, soundscape’y natury).
Podróż przez tę płytę rozpoczyna się – docenionym przez nas wielokrotnie na antenie – utworem A Tune For Us, w którym dominuje fortepian, a Unweaving jest w całości fortepianowy. Ten instrument to dla DjRUMa punkt wyjścia do kompozycji, sposób na wyciszenie umysłu i oddanie się przyjemności improwizowania. Manuel gra na pianinie od 7 roku życia, jednak jako pianista nigdy nie nauczył się grania z zespołem i jak wspomina w wywiadzie, zawsze był na to zbyt nieśmiały. W dalszej części albumu DjRUM buduje energię basem i syntezatorami oraz ciągłą zmiennością struktur dźwiękowych. W drugiej połowie może być bardzo glitchowo i eksperymentalnie (Sycamore) co z kolei ma potencjał by inspirować osoby lubiące „zdekonstruowany klub” oraz wybija słuchacza ze spokojnego tonu fortepianu.
To płyta kontemplacyjna i energiczna zarazem, która nadaje się do skupionego słuchania, a różnorodność stylistyk, które w niej znajdziecie będzie środkiem do prowadzenia was przez rozmaite emocje. Warto przesłuchać ją w czasie wolnym, samemu i obserwować co ona z Wami zrobi. Mnie Under Tangled Silence odrywa i unosi w kierunku przeżycia nieskrępowanej wolności. Daje spokój, impuls do ruchu i prowadzi w stronę doświadczenia prawie mistycznego, ale lekkieeeego. Jak chmury. Włókniste cirrusy z delikatnym połyskiem na dużych wysokościach.
POLSKIE ALBUMY ROKU
10. CIŚNIENIE – [ANGRY NOISES]
przedstawia Maciej Tomasiewicz
Zawsze traktowałem Ciśnienie jako odpowiednik porozumiewawczego mrugnięcia, sekretnego uścisku dłoni lub hasła jakiejś tajnej organizacji. Organizacji zrzeszającej fanów jednocześnie jazzu, polskiego niezalu, post-rocka i oczywiście zespołu Swans. Grono kameralne, ale dosyć twarde i znoszące bardzo wiele eksperymentów ulubionych zespołów. Ślązacy zatem od samego początku nie szczędzili swoim słuchaczom nowych pomysłów, często bardzo radykalnych. Koncerty z udziałem orkiestry, bardziej kameralne odsłony zespołu, ale za to nasiąknięte potężną dawką hałaśliwej elektroniki, wszystko to cały czas balansując między jazzem, muzyką eksperymentalną, noisem i nastrojowym post-rockiem z hałaśliwymi crescendo.
Pomimo zawirowań personalnych, tegoroczna płyta Ciśnienia dostarczyła po raz kolejny nowej jakości. Sam nie wiem czy to jeszcze jazz czy już jazzgot, ale moje wątpliwości wynikają z faktu, że jest to materiał skrajnie odległy od klasycznie pojmowanych ram gatunku. Zdecydowanie bliżej mu do wczesnych nagrań Swans, Glenna Branci i późnych nagrań Swans. Przymioty takie jak wściekłość, agresja i ciężar kojarzą się raczej z metalem i punkiem, niekoniecznie zaś z jazzem. Nagrywanie płyty na setkę w trakcie koncertu to też cecha raczej kapel z jarocinowym rodowodem. [angry noises] miażdży punkową energią, która rozkręca się z każdym kolejnym utworem na płycie, jednocześnie przygniatając słuchacza ścianą dźwięku, która jest konsekwentnie burzona przez muzyków. Dokładnie tak brzmiałby sludge, gdyby narodził się wśród górnośląskich hałd zamiast wśród bagien Luizjany. W końcu i Katowice i Nowy Orlean są miastami ważnymi na jazzowej mapie świata.
Czy jednak dziedzictwo Armstronga i Komedy jest tutaj słyszalne? Może nie doświadczymy tu klasycznych synkop i septymolek, a substytut nie żre, ale jest coś jeszcze ważniejszego. Przekraczanie gatunkowych granic i stanie w opozycji do trendów. W momencie kiedy polskie jazzowe podziemie hołduje bujającym brzmieniom hip-hopu, Ciśnienie serwują nam płytę, do której nawet trudno byłoby machać ręką.
Ciśnienie na [angry noises] wychodzi z matematycznie słusznego założenia, że dwa minusy dają plus i na plus również zaskakują słuchacza. Tym większe moje zaskoczenie, że materiał tak radykalny ma szansę stać się płytą przełomową dla zespołu i znacznie poszerzyć wierne grono fanów i słuchaczy. Czy to jazz? Nie wiem. Zdecydowanie jest tu jazzowe instrumentarium. Czy jest to świetny materiał? Tu wątpliwości już nie mam.
9. GROOVE PROFESSOR – GŁOWA DO GŁOŚNIKA
przedstawia Maja Michalik
Filip Baczyński, współautor audycji LUZ NOTE i exczłonek redakcji muzycznej Radia LUZ, jako artysta dał się przede wszystkim poznać w roli perkusisty wrocławskiego kwintetu jazzowego sneaky jesus. Pod aliasem GROOVE PROFESSOR wydaje solowe produkcje w stu procentach oparte na samplach. Doświadczony w jazzowym bębnieniu beatmaker na Głowie do głośnika udziela swoich podkładów regularnym współpracownikom, ale też inicjuje nowe, intrygujące zestawienia. W miejskiej wyprawie rzadko uczęszczanymi uliczkami towarzyszą nam m. in. aksamitny głos Guest Julki, bezwzględna charyzma wrocławskiego nawijacza OSKIMORONA albo powroty do przeszłości we współpracy z core’owymi członkami starego, dobrego kolektywu regime.
8. PTAKI POLSKI – PTAKI POLSKI
przedstawia Zuzanna Kopij
Jak przedstawić muzycznie ptaki? Jak przedstawić te nie-muzyczne, bezdźwięczne aspekty ich życia? Jak udźwiękowić ich zwyczaje, zachowania? Ten album proponuje swoją, jakże przepiękną, odpowiedź na te jakże nurtujące pytania.
Każda kompozycja to portret pojedynczego gatunku. Dzięki temu my, osoby słuchające, możemy je poznać. Stworzenia wydające się tak odległe przylatują bliżej, dzięki zbudowanym przez zespół opisów zarówno słownych, jak i muzycznych. Muzycy improwizując, wchodzą w dialog z ptakami, których charakterystyczne dźwięki stają się motywami melodycznymi każdej kompozycji.
Ptaki Polski to projekt narodzony nie tylko z pasji ornitologicznej, ale także z głębszej potrzeby, brzmiącej paradoksalnie — by dać ptakom głos. Być może brzmi to śmiesznie, ale zastanówmy się i bezwstydnie przyznajmy: jak często ptaki słyszymy, a jak często rzeczywiście ich słuchamy?
7. SILESIAN SPACE PROGRAM – EARL GREY BLUE FLOWER
przedstawia Zuzanna Pawlak
Siedzisz wieczorem przed komputerem, słuchasz muzyki i sprawdzasz kolejne wydawnictwa, które podrzucają Ci serwisy streamingowe. Taki digging często kończy się papką z mózgu i niechęcią do wszystkiego, co nowe, ale moment, w którym odnajdujesz prawdziwą perełkę wart jest wszystkich wcześniejszych zawodów. Duma (i to sama już nie wiem z kogo – z artystów czy z siebie samego?) jest tym większa, gdy projekt okazuje się lokalny, z Wrocławia. Muzyka Silesian Space Program, dwójki młodych producentów, oczarowuje od pierwszego odsłuchu.
Album czasem brzmi jak soundtrack do starej, polskiej bajki (numer Silesia is Zion jest o bezimiennym królu prosto z uniwersum Porwania Baltazara Gąbki), czasem jak produkcje związane z Brainfeeder, Sun Ra i RZA. Słychać w nim ogromną wrazliwość i miłość do muzyki, a więc nic dziwnego, że w materiale zakochała się również wytwórnia Superkasety Records, znana z duchologicych fascynacji, która wydała chłopakom fizyczne wersje materiału. Ostatni puzzel pasuje idealnie, bo na mapie polskich wydawnictw nie ma dla nich wielu lepszych miejsc, no, może jeszcze The Very Polish Cutouts, w tym samym stopniu zafascynowani samplami i polskim liminal space lat 80. i 90. Ale połówka duetu szepneła mi na uszko, że ich ambcje wykraczają daleko poza Polskę i za to cała redakcja trzyma kciuki aż bolą kłykcie. A jak już będą znani i popularni, to będziecie mogli się chwalić, że widzieliście ich, gdy grali na naszych imprezach (radiowy highlight ubiegłego roku!).
6. NIECHĘĆ – RECKLESS THINGS
przedstawia Michał Lach
Psychotyczna, a nawet schizofreniczna, jazzowa jazda – tak można w skrócie opisać najnowszy album warszawskiego składu Niechęć. Poczynając od singlowych (i mocograjowych) Nowych płuc, Reckless Things konsekwentnie wywołuje w słuchaczu nastrój odrealnienia, z którego jednak, z jakiegoś powodu, nie za bardzo chce się uciekać. Duża w tym zasługa niezwykle chwytliwych melodii, wychodzących szczególnie bogato z saksofonu Alexa Clova. Jego szaleńcza energia pozwala reszcie składu płynnie podkręcać intensywność z każdą kolejną minutą co bardziej odjazdowych kompozycji.
Siła tego szaleństwa tkwi w balansie. Utwory agresywne, takie jak wspomniane Nowe Płuca, czy Noumen, przeplecione są z momentami wręcz rozmarzonymi, jak chociażby na ślicznych Napisach końcowych, czy epickim zakończeniu całej przygody w Bohaterowie są zmęczeni. W ten sposób, a także dzięki znakomitym aranżacjom i sile samych kompozycji, Reckless Things nieustannie angażuje i zaskakuje słuchacza. To płyta która, tylko i aż, sprawia ogromną przyjemność przez cały odsłuch. A że czasem jest to rozrywka tak intensywna, że przywołuje na twarz grymas szaleńczej ekstazy? W tym przypadku to tylko lepiej.
5. ZIOMCY – SKARB PAŃSTWA
przedstawia Jędrzej Śmiałowski
Ziomcy to zbiór rapowych zawodników ciężkiego kalibru. Panowie od lat redefiniują swój styl w sposób bardzo jakościowy, a wręcz trendsetterski w realiach polskiego rapu. Nie inaczej było w 2025 roku, bo zeszłoroczny album Skarb Państwa pokazał nam zupełnie nowe oblicze toruńskiego składu.
Pamiętam jak w 2024 roku na 3ERA Festiwal Ziomcy zapewniali nas, że jest to ostatni wykon live ich starego, bardziej truskulowego katalogu, z jednoczesnym spoilerem tego, co będzie dalej. Fakt faktem, raperzy słowa dotrzymali bo ogrywając Skarb Państwa po całej Polsce ani razu nie zdarzyło się, żeby wrócili do DOLLI czy HHARMIDRU.
Czy to dobrze? Myślę, że ta stanowczość w spoglądaniu wyłącznie w przyszłość miała na celu pokazanie, że fokus jest na tym co według chłopaków jest świeższe i bardziej dopracowane. Skarb Państwa częściowo importuje amerykański futuryzm słyszalny u artystów pokroju MIKE’a czy Niontay’a, lecz zdecydowanie nie jest to bezpośrednia kalka zagranicznego brzmienia. Nadal czuć tutaj te drobinki ulicznego brudu i samplowe preferencje makłaja czy mendy. Album jest też pełen naprawdę konkretnych onelinerów, które zderzone z przeszłością wyłaniają sznyt chłopaków do pisania tekstów idealnie balansujących między głębszą rozkminką, a bezpośrednim poniżaniem rapowej opozycji.
Nie sposób nie zauważyć też progresu w kontekście melodyczności refrenów czy bardziej liberalnego podejścia do ślizgania się po bitach. Warto też podkreślić pracowitość całego składu, bo o ile w samym 2025 roku poza Skarbem Państwa spod ziomeckiego sztandaru ukazał się jeszcze tylko ATOMOWY GRZYBEK Saalfrata Alarhaji, to solówki Igora Solo czy Gdoka zaplanowano na początek 2026, pomijając już fakt produkcyjnych i zwrotkowych gościnek u Dużego C czy Kajzera.
Szperając w polskim underze z trudem doszukiwać się można albumu równie charakternego, ciężkiego i jakościowego jak Skarb Państwa. Fatyga popłaca, a Ziomcy ewidentnie dłubiąc w opatentowanych szablonach wycinają nowe muzyczne wzorki.
4. OMASTA – JAZZ REPORT FROM THE HOOD
przedstawia Jagoda Lazar
Jazzu ufam tobie. A w szczególności takiemu prosto z polskiego podwórka, granemu przez osiedlowych kolegów. Gdy krakowski zespół Omasta wypuścił swój pierwszy utwór Kazimierz, wiedziałam że ten groove i te niezwykle odświeżające solówki na flecie będą mi towarzyszyć przez cały rok. Nie myliłam się.
Chłopaki tworzą jazz na luzie, do którego należy bujać łapą, ba! Należy! Na OFF festiwalu od tego bujania powstało nawet małe pogo. Ten koncert utwierdził mnie w przekonaniu, że zespół ma to coś i z pewnością zobaczę ich jeszcze na większych scenach. Oczywiście ich debiutancki krążek również to potwierdza. To jazz brudny od hip hopu i ulicznych przepychanek dęciaków z fortepianem, ociekający melodiami, o których trudno zapomnieć, a dzięki tanecznym rytmom wybijanym przez perkusję, trudno też przy nim ustać w miejscu.
Największą siłą Jazz Report From The Hood jest jedność. Czasem gdy słucham jazzmanów mam wrażenie że każdy tak naprawdę gra dla siebie, dla swojej 7 minutowej solówki. Tutaj przeważa wspólna energia i niesamowita komunikatywność tej muzyki. Powracające tematy i trzymanie napięcia daje słuchaczom przestrzeń na reakcje. I ewidentnie my, młodzi, chcemy takiej formy jazzu, w której nie tylko zamykamy się w swoich światach, ale również możemy rezonować z muzykami. Do tego płyta jest przemyślana i spójna, a wszystkie utwory są tłuściutko dopracowane, jak sugeruje sama nazwa zespołu. Nie wiecie o czym mówię? Zajrzyjcie do rozmowy Jędrzeja Śmiałowskiego.
3. ETNOBOTANIKA – KOSMOBOTANIKA
przedstawia Wiktoria Żurek
Pod nazwą Etnobotanika kryje się dwóch producentów z Rudy Śląskiej. Są to DJ Uwdar oraz Alergeek, czyli fani (i twórcy) zagadkowej atmosfery. Po zanurzeniu się w słowiańskich sekretach Leśnych duchów, duo wyruszyło odkrywać tajemnice kosmosu. Ich najnowszy album Kosmobotanika eksploruje bezbrzeżny wrzechświat dźwięków. Tutaj na Ziemi ukazał się nakładem wspólnych sił wytwórni Superkasety Records i The Very Polish Cut Outs.
DJ Uwdar oraz Alergeek nie byliby sobą, gdyby nie zajrzeli do zakurzonych winyli i kaset. W końcu retrosampling stanowi stały element języka Etnobotaniki. Artyści korzystają z niego niezwykle świadomie, budując spójną, niemal filmową narrację. Ale też plastyczną. I taneczną. Twórcy Kosmobotaaniki wykorzystują skrawki swoich dziecięcych wspomnień muzycznych i wizualnych, dzięki czemu na płycie możemy usłyszeć znajomy każdemu głos Majki Jeżowską czy fragmenty Pana Kleksa w Kosmosie.
Brud, staroć i kurz mają tu postać kosmicznego pyłu, którym obsypany został każdy kawałek. Producenci zadbali o to, byśmy rytmicznie dryfowali w przestrzeni: Kosmobotanika to deephousowa przepustka w przestworza. Podróż w kosmos dostępna nie tylko astronautom i najbogatszym, ale każdemu, kto zechce jej posłuchać.
Jak pisał Mickiewicz: grzyby na Marsie hulały po polu i piły kakao.
2. DADAN KARAMBOLO – AWKWARD EXPRESSIONS OF LOVE
przedstawia Kamil Winiarz
Od ponad dekady wytwórnia Sneaker Social Club dostarcza nam muzycznych diamentów w duchu brytyjskiego undergroundu i nowoczesnego continuum kultury soundsystemowej.
Miniony rok przyniósł moment szczególny: w katalogu wytwórni pojawił się pierwszy Polak. dadan karambolo, reprezentant wrocławskiego kolektywu SPLOT, dokonał czegoś wyjątkowego z perspektywy rodzimej sceny – momentu, który mocno zaznaczył naszą obecność na mapie współczesnego UK bassu.
EPKaAwkward Expressions of Love, wydana w labelu prowadzonym przez samego Low End Activista, to bez wątpienia jeden z polskich highlightów roku. Mroczna, konsekwentnie poprowadzona podróż przez ambientowe pejzaże, wczesny, surowy grime i dubstep i spięta precyzyjnym sound designem autora.
1. KOREKCJA LINII – Z WILCZEJ JAMY 2
przedstawia Dawid Sas
W 2023 roku zupełnym przypadkiem trafiłem na PROGRAM RAPOWY APROPO, czyli debiutancki długogrający album KOREKCJI LINII. Z roku na rok Trójmiejskie trio podniosło poprzeczkę, w 2024 wydając CIĄG DALSZY PROGRAMU, a w lipcu zeszłego roku album Z WILCZEJ JAMY 2, który prezentujemy dziś jako najlepszy polski album 2025 roku!
Z WILCZEJ JAMY 2 to czterdziestominutowa opowieść zawieszona między wspomnieniami z dzieciństwa, a codziennością w której każdy próbuje odnaleźć się na swój sposób. Trzy głosy – Edek (Apropo / Cieburaszka), Kajtek (Super Cap) i Karol snują introspektywne historie. Nie ma tam miejsca na hip-hopową braggę, tylko połamane metrum, poetycką wrażliwość i teatralną ekspresję. Nieoczywiste wyznania z DZIEWCZYNY BENZYNY, przyziemne storytellingi w IDŹ JAK CHCESZ, i niewyobrażalnie poruszające outro albumu OSTRZEŻENIE. Wszystkie razem tworzą wyjątkową na skalę ogólnopolską płytę, która wciąga i zmusza do uważnego odsłuchu. Na albumie możemy usłyszeć również gościnne zwrotki Kajzera i Cichonia, a fizyczne wydanie ukazało się w postaci wyjątkowego tryptyku z wszystkimi trzema projektami KOREKCJI.
KOREKCJA LINII to jedna z ważniejszych i przełomowych grup nowej fali polskiej sceny hip-hopowej, a Z WILCZEJ JAMY 2 to idealny punkt do wejścia w ich świat. Jeśli awangardowy hip-hop ma znaleźć swoje miejsce na mapie Polski, to będzie ono zawieszone właśnie nad Trójmiastem. Ja dalej będę zasłuchiwał się w ostatnim albumie i z łezką w oku wracał do jego koncertowych wykonań, a Was z całego serca zachęcam do przekonania się na własnej skórze jak rezonuje z wami ich muzyka.
Do materiałów nt. najlepszych albumów z ubiegłego roku emitowanych przez ten tydzień na 91.6 fm swoich głosów użyczyli Katarzyna Golec, Olga Mrozek, Jędrzej Śmiałowski oraz Dominik Lentas. Nagrania wyprodukował Szymon Lazar. Powstanie artykułu koordynował Michał Lach.
A to dopiero początek tygodnia Wyróżnień Muzycznych w Akademickim Radiu LUZ! Już jutro, 6 stycznia od 10:00 do 20:00 zapraszamy na audycję Sto Sztosów, w której przedstawimy Wam listę najlepszych mocograjów minionych 365 dni, pieczołowicie wybieranych przez członków Redakcji Muzycznej. Sto numerów, dwudziestu prowadzących, dziesięć godzin i Wy – bo nie może Was wtedy zabraknąć.
Do usłyszenia!