Zwierzęcy symbol Wrocławia dostał własny mural
Szacunek nie zna gatunku – głosi nowy wrocławski mural. Stworzony przez Fundację Mushika wielki obraz na Nadodrzu jest częścią ich kampanii Jestem szczurem, propagującej obraz szczury w jasnym świetle. Nie każdemu jednak spodobał się ten pomysł. Mieszkańcy Nadodrza – na co dzień walczący z plagą gryzoni w swoich piwnicach – burzą się przeciwko fundacji, która pokazuje te zwierzęta jako społeczne, inteligentne i zdolne do empatii.
Mural, choć niewątpliwie efektowny, wywołuje więcej kontrowersji, niż zbiera aprobaty. Nawet Urząd Miejski Wrocławia stanął po stronie Nadodrzan – magistrat nazwał akcję i mural „nieodpowiedzialnymi społecznie”. Biuro prasowe miasta przyznało też, że odmówiło fundacji wyświetlania spotów akcji Jestem szczurem na ekranach komunikacji miejskiej. W odpowiedzi na zarzuty Fundacja Mushika tłumaczy, że szczury to zwierzęta czujące. Kampania ma na celu zmianę zarządzania miastem i edukację opartą na nauce, a nie ślepej nienawiści.
Dlaczego nasz mural jest na Nadodrzu? Bo debata o skutecznych rozwiązaniach powinna toczyć się tam, gdzie problem jest najbardziej żywy. Hasło „Szacunek nie zna gatunku” to nasz apel o nowoczesne, oparte na nauce zarządzanie miastem. Z szacunku do zwierząt, ale przede wszystkim – z szacunku do komfortu i zdrowia wrocławian – informuje fundacja.
Mimo to nie wszyscy wrocławianie są przekonani. W mediach społecznościowych i pod wpisami fundacji szaleje burza, w której obrońcy zwierząt stają naprzeciw osób walczących z nimi na co dzień. Nie od dziś wiadomo, że gryzonie, szczególnie szczury, są we Wrocławiu dużym problemem. Nazywa się je nawet plagą. Czy można więc walczyć z nimi w sposób etyczny, tak jak sugeruje fundacja, czy pozostają nam tylko pułapki lepowe i trutki?
W naszym mieście deratyzacja jest obowiązkowa – w centrum zarządcy nieruchomości mają prawny obowiązek wykładać trutki aż trzykrotnie w roku, co łącznie daje blisko 10 miesięcy ciągłej deratyzacji. Uważa się to za dość skuteczny sposób, choć aktywiści podkreślają, że tradycyjne, chemiczne odszczurzanie jest mało efektywne w dłuższej perspektywie, bo szczury to inteligentne stworzenia – uczą się omijać trutki lub po prostu się na nie uodparniają. Czy mają inny pomysł? Tak się składa, że tak – zdaniem fundacji głównym sposobem walki z gryzoniami powinna być zmiana zarządzania odpadami oraz naszych nawyków, które zachęcają szczury do zamieszkania w piwnicach.
Zarządzanie populacją i profilaktyka to fundamenty etycznej oraz skutecznej deratyzacji. Inwazyjne metody deratyzacji, oparte wyłącznie na truciu, działają na krótko i problem wraca jak bumerang. Najskuteczniejsze metody to profilaktyka i zabezpieczenie budynku, odpowiedzialne zarządzanie odpadami oraz etyczny odłów żywiołowy – postulują aktywiści.
Co realnie dzieje się we Wrocławiu? Oprócz standardowej deratyzacji miasto walczy z plagą gryzoni również poprzez modernizację infrastruktury miejskiej, polegającą na likwidacji naturalnych kryjówek szczurów. Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji pracuje nad uszczelnieniem i naprawą starej, ceglanej sieci kanalizacyjnej, instalując w niej mechaniczne bariery uniemożliwiające zwierzętom wyjście na powierzchnię. Jednocześnie w ramach remontów wrocławskich podwórek likwidowane są dzikie nory, a tradycyjne, otwarte wiaty śmietnikowe zastępuje się nowoczesnymi, szczelnymi zadaszeniami lub kontenerami podziemnymi, co skutecznie odcina gryzoniom stały dostęp do pożywienia. W teorii. Szczury wciąż znajdują sposoby, by pokonać bariery stawiane przez ludzi, a obecnie ich populacja sięga we Wrocławiu co najmniej miliona osobników – to nawet dwa lub trzy szczury na mieszkańca. To wciąż ogromny problem. Rzeki, stara zabudowa i wąskie uliczki centralnego Wrocławia, a także brak odpowiedniego zabezpieczania odpadów i słabe uszczelnienie budynków, sprzyjają rozwojowi gryzoni.
Jaki jest morał? Deratyzacja jako proces jest w naszym mieście niezbędna. Jednak, zgodnie z postulatami fundacji i obrońców zwierząt, można ją przeprowadzać etycznie i z zachowaniem odpowiednich standardów. Najważniejsze jest jednak to, że zmiana musi zacząć się od nas – nie wyrzucajmy resztek jedzenia do otwartych śmietników, nie zostawiajmy na ulicy otwartych paczek chipsów.
tekst: Paulina Haglauer