Archiwum

Archive

Od dymnego trip-hopu lat dziewięćdziesiątych po autorski, monumentalny język muzyczny. Brytyjski kolektyw Archive powraca z trzynastym albumem studyjnym i udowadnia, że w świecie szybkich hitów oraz algorytmów wciąż jest miejsce na epickie narracje. Sprawdzamy jak Glass Minds wpisuje się w historię zespołu, który w Polsce zyskał status niemal religijny, a także podpowiadamy dlaczego ich nowej twórczości warto pozwolić „pogryźć się” z własnymi oczekiwaniami.

 


 

Od trip-hopu do własnego języka muzycznego

 

Historia Archive zaczyna się w połowie lat dziewięćdziesiątych, w Londynie. Darius Keeler i Danny Griffiths zakładają projekt, który początkowo wyrasta z estetyki trip–hopu – brzmienia powolnego, ciężkiego i kojarzącego się z deszczowymi nocami oraz atmosferą miejskiej melancholii.

Debiutanckie Londinium z 1996 roku doskonale wpisuje się w te klimaty i moim zdaniem można wymienić je obok takich legendarnych albumów, jak Dummy Portishead czy Mezzanine Massive Attack. Już na tej płycie można było wyczuć coś więcej niż tylko fascynację modnym wówczas stylem. Archive nie traktowali trip–hopu jako gatunek, lecz punkt wyjścia.

W kolejnych latach ich muzyka zmieniała kierunek. Pojawiło się więcej gitar i bardziej rozbudowanych aranżacji. Z czasem zespół wypracował własny język muzyczny – brzmienie, któremu trudno przypiąć jedną etykietę. Jest w nim rock alternatywny, elektronika, momentami coś z muzyki filmowej, a przede wszystkim charakterystyczna dla Archive powolna dramaturgia.

Ich utwory rzadko spieszą się z opowiedzeniem historii. Zamiast refrenów, budują napięcie, które narasta powoli, niemal niezauważalnie. Specyfiką grupy od początku była też jej płynna forma. Archive funkcjonują raczej jak kolektyw niż klasyczny zespół. Przez projekt przewijało się wielu wokalistów i wokalistek wnoszących do tej muzyki inny odcień emocji.


 

Utwór, który w Polsce urósł do legendy

 

Dla wielu polskich słuchaczy najważniejszym momentem w historii zespołu pozostaje album You All Look the Same to Me z 2002 roku. To właśnie na nim znalazł się utwór Again. Szesnaście minut muzyki, która rozwija się powoli, jakby z każdą kolejną minutą nabierała powietrza, aby na końcu wykrzyczeć zżerające ją emocje.

Po momencie ciszy pojawia się delikatny motyw. Napięcie zaczyna rosnąć. W miarę gęstnienia dźwięków instrumentów, emocje narastają, by finalnie utwór eksplodował gitarowym finałem. W Polsce Again zyskało status niemal kultowego, a dla mnie to jedna z kompozycji, których nie potrafię słuchać bez intensywnych emocji. Utwór został tak doskonale skomponowany, że aż mi przykro, iż zwykle prezentuje się jego okrojoną wersję.

 


 

Glass Minds – spokojna kontynuacja własnej drogi 

 

Nowy album Archive, Glass Minds, nie próbuje tej historii rewolucjonizować. I być może właśnie w tym tkwi jego największa siła. Trzynasty studyjny album londyńskiego kolektywu przynosi ponad godzinę muzyki rozpisanej na dwanaście kompozycji.

Dla zespołu to format niemal naturalny. Archive od lat budują swoje utwory jak długie narracje – zaczynają od prostych dźwięków, które z czasem obrastają kolejnymi warstwami. Na Glass Minds słychać tę metodę szczególnie wyraźnie. Wiele kompozycji rozpoczyna się skromnie – pojedynczym motywem syntezatora, spokojnym pulsem rytmu, cichym wokalem. Dopiero z czasem muzyka zaczyna się rozrastać.

Pojawiają się kolejne instrumenty, przestrzeń gęstnieje, a utwory nabierają ciężaru. Archive nie próbują tu szokować ani zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji. W City Walls melancholia utrzymuje się przez cały czas trwania utworu, jakby zespół świadomie rezygnował z klasycznego rockowego finału. Z kolei When You’re This Down buduje napięcie na cięższym, pulsującym rytmie.

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

Jednym z ciekawszych momentów albumu jest kompozycja Patterns. To właśnie od niej rozpoczął się proces powstawania płyty. Jej minimalistyczna struktura przywołuje skojarzenia z wczesnym okresem działalności zespołu i z atmosferą debiutanckiego Londinium.

Na płycie dobrze słychać także charakterystyczną dla Archive równowagę wokalną. Pojawiają się tu znani z wcześniejszych wydawnictw Dave Pen i Pollard Berrier, a także Lisa Mottram. Jej delikatny, nieco słodki, niemal eteryczny głos często stapia się z elektroniczną fakturą muzyki. Wokal nie próbuje dominować nad aranżacją. Staje się raczej jednym z elementów większego pejzażu dźwiękowego.

Nie brakuje też momentów bardziej bezpośrednich. Singiel Look At Us przynosi wyraźniejszy gitarowy riff i bardziej dynamiczny rytm. Zespół pokazuje tu nieco ostrzejsze oblicze, choć nawet w takich momentach nie rezygnuje z charakterystycznej atmosfery napięcia.

Wśród dłuższych kompozycji wyróżnia się również So Far From Losing You. Utwór rozwija się powoli, łącząc klasyczny wokal z bardziej rytmiczną narracją i rozbudowaną strukturą. Z kolei Wake Up Strange wprowadza bardziej elektroniczny puls i pokazuje, że Archive wciąż potrafią subtelnie przesuwać granice własnego brzmienia.

Całość sprawia wrażenie albumu bardzo spójnego, który wpisuje się w dotychczasową stylistykę. Skupia się na tym, co Archive robią najlepiej: powolnym budowaniu napięcia, wielowarstwowych aranżacjach i melancholijnej atmosferze, która unosi się nad całą płytą.

Single z tego albumu, a więc Look At Us, Wake Up Strange, City Walls i Patterns nie wzbudzały mojego entuzjazmu. Pierwszy odsłuch całej płyty również nie wywołał wielkich emocji, może nawet przeciwnie – rozczarował. Prawdopodobnie przez moje duże oczekiwania, które zbudowane były przez ostatnie słabe wydawnictwa. Jednak z każdym kolejnym odtworzeniem potwierdziła się moja teza – Archive to zespół, który zyskuje dzięki cierpliwości. Wiele zyskałem dzięki temu, że pozwoliłem ich twórczości powoli, z każdym kolejnym odtworzeniem, zdobywać miejsce w mojej głowie i sercu.


 

Trzy dekady konsekwencji

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

 

Najciekawsze w historii Archive jest to, że przez prawie trzydzieści lat działalności zespół nigdy nie próbował ścigać się z trendami. Ich muzyka rozwijała się własnym tempem, zwykle wbrew logice rynku i radiowych formatów.

Glass Minds nie jest płytą, która zmieni historię zespołu. Nie jest też albumem wybitnym ani przełomowym. Ale jest czymś może nawet ważniejszym – kolejnym dowodem na talent, stabilność w tworzeniu muzyki, w której Archive czują się najlepiej. Po trzech dekadach działalności to wciąż zespół, który potrafi budować atmosferę z konsekwencją rzadko spotykaną w dzisiejszej muzyce. I właśnie dlatego ich płyty wciąż znajdują słuchaczy.

 

 

Piotr Sekuła

Oneohtrix Point Never

Oneothrix Point Never - fotografia artysty

Oneohtrix Point Never, czyli Daniel Lopatin, to postać, której nie da się zaszufladkować w jednym gatunku. Jego twórczość to nieustanny eksperyment rozpięty między surrealistycznym ambientem a glitchowym hałasem, napędzany unikalną filozofią »archeologa popkultury«. Lopatin przekopuje się przez odrzuty masowej produkcji – dźwięki z gier wideo czy kiczowatych reklam, by znaleźć w nich ludzką duszę oraz ukrytą za sterylną fasadą autentyczną emocję. Z okazji premiery albumu Tranquilizer, Oneohtrix Point Never zostaje Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 


Rifts

2009

Wczesne wydania – Betrayed in the Octagon, Zones Without People i Russian Mind zebrane w 2009 roku w kompilację Rifts wykazały, że ambient w wydaniu Daniela Lopatina to nie tło do relaksu, ale nośnik niepokojącej narracji sci-fi. Artysta dokonał tu redefinicji estetyki syntezatorowej – w brzmienia kojarzone z muzyką New Age wstrzyknął napięcie, tym samym pozbawiając je typowej dla gatunku słodyczy. Lopatin nie ukrywał, że inspiruje go kino i marzy o tworzeniu prawdziwych ścieżek dźwiękowych do filmów.


Replica

2011

Ewolucja brzmienia Lopatina przybrała nieoczekiwanego obrotu na albumie Replica. Wszystko zaczęło się od fascynacji samplowaniem i przypadkowym rozpoczęciem fenomenu określanego mianem „Vaporwave” w ramach pobocznego projektu Chuck Person’s Eccojams z 2010 roku, polegającego na spowolnianiu oraz zapętlaniu hitów z lat 80. Było to główną inspiracją dla Repliki, na której Lopatin połączył swoją ambientową wrażliwość z obsesyjnym grzebaniem w archiwum reklam telewizyjnych z okresu ostatnich dwóch dekad minionego wieku. Dla przykładu, w utworze Sleep Dealer zamiast tradycyjnych instrumentów słyszymy pociętą reklamę gumy Wrigley’s.


Film i Mainstream

Good Time / Uncut Gems

Unikalna umiejętność budowania gęstej narracyjnej atmosfery otworzyła Lopatinowi drzwi do wymarzonego świata filmu. Jego współpraca z braćmi Safdie nad świetnymi Good Time (2017) oraz Uncut Gems (2019) to dowód na to jak doskonale jego „niepokojąca” estetyka sprawdza się w podkreślaniu emocji, a także budowaniu napięcia na ekranie. Sukces w kinie niezależnym stał się przepustką do mainstreamu, owocując współpracą z takimi gigantami jak The WeekndLopatin pełnił m.in. funkcję dyrektora muzycznego podczas przygotowań do występu gwiazdy popu podczas Super Bowl.


Tranquilizer

2025

Najnowszy album Oneohtrix Point Never łączy artefakty przeszłości, reprezentowane przez dźwięki „uratowane” z tanich, komercyjnych kompilacji sampli z lat 90., dalej łączonych z surrealistyczną atmosferą syntezatorowej wirtuozerii. Tytuł płyty jest wyjątkowo przewrotny. Inspiracją były bowiem kasetony sufitowe z gabinetu dentystycznego – udają błękitne niebo, by uspokoić pacjenta podczas zabiegu. Muzyka na krążku działa identycznie. Dźwięki balansują między żałobnym ambientem a dudniącymi sygnałami z niezrealizowanej utopii. Z jednej strony mają uspokajać. Z drugiej wywołują podskórny niepokój. To ścieżka dźwiękowa dla współczesnego, przesyconego bodźcami świata.

 

Autor: Marcin Olszyna

Lou Reed

Człowiek, który potrafił jedną stopą stać w punku i glamie, drugą w rocku i popie, a jednocześnie odkrywać mroczne zaułki metalu. Ikona, inspiracja, żywa legenda nowojorskiej bohemy – Lou Reed. To właśnie on zostaje Artystą Tygodnia w Radiu LUZ. Z tej okazji skupiamy się na jednym z jego najbardziej niezwykłych projektów: koncertowym wydaniu albumu Berlin: Live at St. Ann’s Warehouse. Końcem tego roku mija 17 lat od premiery oraz 19 od czasu jego nagrania.

 


Berlin: Live at St. Ann’s Warehouse to jeden z najbardziej niezwykłych powrotów w historii rocka. Lou Reed nigdy nie tworzył pod rynek i nigdy tego nie zamierzał. Jego muzyka jest zapisem świata widzianego bez filtrów. Piosenki są kronikami, nie opowieściami. Dlatego też Berlin, po premierze w 1973 roku, był dla wielu słuchaczy zbyt bolesny, zbyt mroczny i zbyt prawdziwy.

Dopiero po latach zaczęto rozumieć znaczenie tego albumu. W 2006 roku Reed wrócił do niego na żywo, w St. Ann’s Warehouse. To nie był zwykły koncert. Bardziej przypominał odwiedziny miejsca zbrodni niż sentymentalną wycieczkę. Reed wykonywał materiał, który przeżył razem z bohaterami. Grał historię, którą napisał niczym dokumentalista podziemnego życia Nowego Jorku.



Zespół, który zmienił historię muzyki, zanim świat to zauważył

Aby zrozumieć wagę albumu Berlin, trzeba cofnąć się do czasów w których Lou Reed współtworzył The Velvet Underground. W połowie lat 60. byli absolutnym przeciwieństwem wszystkiego, co kojarzyło się z „kolorową” Ameryką epoki pop-artu czy hipisowskiej kontrkultury. Grali muzykę brudną, surową i brutalnie prawdziwą. To były dźwięki ludzi żyjących w cieniu wielkiego miasta.

Paradoks polegał na tym, że The Velvet Underground był projektem Andy’ego Warhola, człowieka którego można uznać za definicję popularności. Mimo, iż do składu należała Nico – modelka, piosenkarka, ikona stylu – pierwotnie grupa nie odniosła wielkiego sukcesu. Ich muzyka była zbyt prawdziwa, by stać się przebojem. Dopiero kilka dekad później okazało się, że ich wpływ na alternatywny rock, punk, a także noise i indie był fundamentalny.

Na temat debiutanckiej płyty The Velvet Underground & Nico Brian Eno powiedział:

Pierwszy album Velvet Underground sprzedał się tylko w liczbie 10000 wydań, ale każdy kto go kupił założył zespół.

Myślę, że nic lepiej nie podsumowuje olbrzymiego wpływu na świat muzyki, jaki mieli The Velvet Underground, w tym Lou Reed.

 



Muzyka jako dokument

Lou Reed w tamtych latach pisał teksty, które brzmiały jak reporterskie zapiski w stylistyce beatnikowskiej, jednocześnie budząc zachwyt i odrazę. Jego umiejętności tekściarskie wywołują skrajne, głębokie emocje.

W Heroin śpiewał:

I don’t know just where I’m going
But I’m gonna try for the kingdom, if I can
’Cause it makes me feel like I’m a man
When I put a spike into my vein
And I’ll tell ya, things aren’t quite the same
When I’m rushing on my run
And I feel just like Jesus’ son
And I guess that I just don’t know
And I guess that I just don’t know

 

W Caroline Says II jego słowa brzmią tak, jakby sam nie był pewien granicy między współczuciem a brutalnym dystansem. Śpiewając przejmuje rolę obserwatora dramatu, którego doświadcza tytułowa Caroline i mimo wielkiego ciężaru treści wypowiada ją chłodno, jakby bez emocji.

Caroline says
as she gets up off the floor
Why is it that you beat me
it isn’t any fun

Po wydaniu album Berlin dla opinii publicznej i krytyków był po prostu „zbyt” – zbyt smutny, zbyt prawdziwy, zbyt niewygodny. Dlatego choć dziś wiadomo, że to jedna z najważniejszych rockowych opowieści tamtych czasów, wtedy niezrozumiany trafił na półkę, na której obrósł kurzem.



Powrót po trzydziestu trzech latach

Berlin: Live at St. Ann’s Warehouse z 2006 roku to późna rehabilitacja albumu, który wtedy nie odniósł sukcesu. Reed wykonuje materiał z pełnym zespołem, orkiestrą i chórem. Brzmi dojrzalej, niż mógł zabrzmieć w 1973 roku – mniej gniewnie, a bardziej świadomie. Jego wokal ma w sobie chropowatość i zmęczenie, które dodają całości głębi.

To wykonanie nie stara się ulepszać materiału. Nie wygładza go. Raczej podkreśla ciężar i dramatyzm opowieści a jednocześnie ubiera go w wyjątkowo piękne szaty muzyki, która czasami zdaje się nie pasować do tekstów utworów.



Znaczenie albumu dziś

Dopiero z perspektywy czasu widać, jak duże znaczenie miał Berlin. To płyta, która nie oferuje ukojenia, nie daje przebojów, a zmusza do słuchania historii, które najchętniej omija się w muzyce. Dlatego jej koncertowa wersja jest tak wyjątkowa – pozwala zobaczyć, że Reed nie tylko ją stworzył, ale też przeżył.

Berlin: Live at St. Ann’s Warehouse to hołd dla artysty, który opisywał świat bez upiększania, a także dowód na to, że autentyczność czasem potrzebuje czasu, by zostać doceniona.

Piotr Sekuła

ROSALÍA

Nic co boskie nie jest jej obce

W świecie muzyki popularnej 2025 roku, której blisko do wtórności i kanciastości tworów sztucznej inteligencji, Rosalía Vila Tobella stworzyła album (jak sama mówi) w pełni ludzki. Bez sztucznie wygenerowanych dźwięków i linii melodycznych naszpikowanych gładką i lekkostrawną nieprzypadkowością. Już nie pierwszy raz na antenie Radia LUZ jest naszą Artystką Tygodnia.

Rosalía, znana ze swojej śmiałości w przekraczaniu i zacieraniu granic gatunkowych, po takich wydawnictwach jak El Mal Querer i Motomami, wydała 7 listopada kolejny album zatytułowany LUX. Jej najnowsze dzieło jest bezpośrednim ukłonem w stronę klasycznego wykształcenia artystki (śpiew flamenco zaczerpnięty z kultury andaluzyjsko-muzułmańskiej), a zarazem manifestem głodu tego, co wyłącznie ludzkie i nieidealne — dramatyczne, pompatyczne, a co najistotniejsze emocjonalnie nieoszlifowane. Rosalía tworzy własną wizję przy akompaniamencie London Symphony Orchestra i z użyciem elektronicznych akcentów. Jest to muzyka, która wymaga od słuchacza niemal tyle samo, ile wymagała od niej w trakcie procesu tworzenia. Album inspirowany jest żywotami świętych kobiet i mistyką z różnych zakątków świata. Powstał w trzynastu językach (według części źródeł nawet czternastu), co tylko podkreśla jego monumentalny, ponadkulturowy charakter. Ogrom tych inspiracji nie oznacza zaniechania wymiaru indywidualnego, ale jest to linia ruchoma, która nigdy do końca się nie ujawnia.

Sexo, Violencia y Llantas

Track 1

Primero amaré el mundo/ Y luego amaré a Dios. Intro fortepianowe z utworu otwierającego LUX brzmi jak szkic pozostawiony w szufladzie, a jednak to właśnie w tych drobnych niedoskonałościach, w mikrodrżeniach strun głosowych, Rosalía znajduje prawdę — im więcej szczelin, tym więcej światła. Sama powołuje się na Cohena i jego słynne „there is a crack in everything”, jakby te pęknięcia były dla niej drogowskazem: miejscem, gdzie zaczyna się sens.

Reliquia

Track 2

W Reliquia Rosalía śpiewa o tym, co czyni ją sobą i jednocześnie rozprasza w świat. Fragmenty jej życia pozostają w każdym miejscu, w którym była: Paryż, Mediolan, LA, Barcelona. Język, czas, oddech, uśmiech, ślady obecności stają się relikwiami, które nosi ze sobą i pozostawia w różnych miejscach. Utwór inspirowany jest świętą Rozą z Limy, a przez metaforę relikwii bada pojęcia poświęcenia i pamięci. Klasyczne smyczki w utworze są energiczne i lekkie, a syntezatory przekształcają się w pulsujący bas, dzięki któremu mamy wrażenie niekończącej się projekcji wspomnień.


Mio Cristo Piange Diamanti

Track 5

Imperfetti agenti del caos („niedoskonali agenci chaosu”) — śpiewa artystka o sobie i o tej drugiej stronie, która razem z nią splata losy, równocześnie rozsypując i budując na nowo. Ten motyw wzajemnej dezintegracji i odrodzenia staje się symboliczną podróżą przez współzależność i miłość. W jednym z wywiadów Rosalía wspomniała, że ten utwór kojarzy się jej z babcią, wielką fanką Pavarottiego. I rzeczywiście nie brak tu dramatyzmu wielkiego śpiewaka.

La Yugular

Track 11

Inspirując się mistyczną postacią Rābiʿi al‑ʿAdawiyya, Rosalía wplata arabskie frazy i tradycje muzyczne, tak że różne kultury i światy przenikają się w obrębie jednej opowieści. Każdy człowiek istnieje w ramach najmniejszych cząsteczek, a wszechświat istnieje w ramach funkcjonowania niewidocznych procesów, które przenikają się nawzajem, tylko na pozór istniejąc osobno. Poetyckie pytania o wagę duszy z głosem Patti Smith w tle nadają utworowi rytm, w którym świat stapia się w cudowną i wytłumaczalną jedność.

Magnolias

Track 15

Horacjański przekaz utworu, zdający się wołać Non omnis moriar — Nie wszystek umrę, mówi o śmierci jako o ważnej części życia. Magnolie są kwiatami wieczności — samowystarczalne, rosły już w czasach prehistorycznych w takiej samej formie, w jakiej istnieją obecnie. To sprawia, że ich symbolika w utworze jest pomostem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Śmierć i strata traktują nas tak samo bez względu na to, kim jesteśmy, Rosalía przedstawia swoją osobistą wizję pogrzebu. Nie jest ona typowa, bo raczej szczęśliwa i niezwykła — pełna wina, śmiechu, cygar i czekolady.

Y lo que no hice en vida, lo hacéis en mi muerte.

Zamykając album, Magnolias nie kończy, lecz otwiera przestrzeń, a mantrowy rytm i obecne w tle dzwony stają się mostem między tym, co widzialne, a tym co transcendentalne.

Aby w pełni przeżyć LUX wbrew pozorom niepotrzebne są konteksty lub znajomość języków, choć ten album jest nimi naszpikowany. Czysta i niezdławiona emocja zostaje zakomunikowana w niezaprzeczalnie ludzki i uniwersalny sposób, nie rywalizując ze sferą artystycznego przesłania. 

Album LUX to wgląd w sztukę absolutną. Taką, której głównym celem jest dotarcie do najczulszych punktów. Przenika, prześwietla, kontrastuje i zmienia. Przypomina próbę odwzorowania nieuchwytnego momentu wewnętrznego przebudzenia i zmiany tonacji, bo z każdym przesłuchaniem stajemy się kimś nieco innym. 

Julia Prus

Jerskin Fendrix


Jerskin Fendrix nieprzerwanie zachwyca wizją tego jak może brzmieć muzyka. Nieszablonowy kompozytor i autor za pomocą atonalności ujmuje surowość uczuć. Nominowany do Oscara za muzykę do filmu Biedne Istoty i blisko związany z kultową sceną małego londyńskiego baru Windmill wraca do rodzinnego domu, na angielską farmę w Shropshire, aby nagrać album Once Upon A Time… In Shropshire i uhonorować nim swojego zmarłego ojca – swojego najlepszego przyjaciela. Z okazji premiery Jerskin Fendrix zostaje Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

   

Winterreise

Zdaniem niektórych słuchaczy, Jerskin Fendrix to ojciec chrzestny tzw. „windmillowej sceny”. Opierający swoją twórczość przede wszystkim na współpracach z Black Country, New Road oraz Black Midi, 17 kwietnia 2020 roku udowodnił, że w wielkim stylu potrafi wypuścić także solowy materiał.

Winterreise to nietuzinkowy projekt. Niczym hydra Jerskin pokazuje różne ze swoich twarzy, wypływa na głębokie wody samoświadomości, gdzie atomy tlenu i wodoru zaczynają być coraz cięższe, a woda porywa na sam dół. Niski i wysoki głos, ciężkie syntezatory, sekcje skrzypiec, szybkie leady i wylewający się z tekstów postmodernizm to tylko niektóre elementy malowniczego projektu o czułym mężczyźnie z Shropshire.

Nazwa albumu, Winterreise, jest subtelnym nawiązaniem do dzieła Franza Schuberta z 1828 roku. Ze względu na ich znaczenie oraz niełatwy proces twórczy Winterreise to, słowami samego autora,  cykl „naprawdę tragicznych utworów”. Trudno więc nie dostrzec podobieństwa. Wspomniana twórczość Schuberta to cykl 24 pieśni, oryginalnie napisanych przez Wilhelma Müllera. Przedstawiają historię mężczyzny, który wyrusza w miejsce ogarnięte ciężką zimą, aby uciec od bolesnych wspomnień złamanego serca – ślubu ukochanej z innym mężczyzną. O podobnych wydarzeniach Jerskin Fendrix śpiewa w Oh God, piosence zamykającej album:

I can’t sing like your husband

I can’t sing like your cuckold

I can’t sing Winterreise

Ironicznie, wbrew motywowi przewodniemu, Jerskin nie jest w stanie zapomnieć. Ulega swoim myślom, przybierając postać tragicznego bohatera historii romantycznej. Album Winterreise zawiera utwory, w których Jerskin wspomina „stare, dobre czasy” jak w piosence Manhattan czy Onigiri. Zadaje sobie wiele trudnych pytań dotyczących wspominanej relacji, jak w Last Night in New York – piosence, której atmosfera jest tak napięta i gęsta, że bezsilność artysty jest dla nas wręcz namacalna. Nie brakuje także motywu idealnego życia, o którym marzenie nigdy nie zostanie spełnione, jak w I’ll Clean Your Sheets lub A’ll wait for out. Cały album prowadzi jednak do spójnego zakończenia, Oh God, w którym Jerskin uświadamia sobie, co się wydarzyło.

Podczas odsłuchu Winterreise można odczuć nieopuszczającą tego album nerwowość, która zmienia formę z każdą kolejną piosenką. Czasami jest to wynik niskich wokali i ciężkiego basu, innym razem superszybkich, wzburzonych syntezatorów, które atakują nas znienacka. Nie brakuje jednak momentów czułych, przepełnionych partiami skrzypiec oraz pianina. To wspaniały album, który brzmi jak wielki eksperyment. W rzeczywistości jest wzorem, który pozwala zrozumieć motywacje oraz emocjonalność autora.


           

Kompozytor

 

Po premierze debiutanckiego albumu Jerskin zniknął z czujnych uszu słuchaczy. Nie było w tym nic szokującego, ponieważ na podobnie długą nieobecność muzyk zdecydował się podczas tworzenia Winterreise. Cisza sprawiła jednak, że wiadomość o angażu w proces tworzenia muzyki do wielkiego hollywoodzkiego filmu wbiła w fotel nawet największych krytyków.

Propozycja nagrania ścieżki dźwiękowej była decyzją reżysera, Yorghosa Lanthimosa, który po odsłuchu album Winterreise niezwłocznie skontaktował się z Jerskinem. Artysta otrzymał scenariusz na początku 2023 roku. Przeglądając gigabajtowe pliki ze zdjęciami, szkicami i ogółem pomysłu na film wchłonął świat przedstawiony. Muzyka do filmu jest pełna niesamowitych zabiegów muzycznych, m.in. atonalnych dźwięków, które kolidują ze sobą w idealnej harmonii. Twórcom niezaprzeczalnie udało się osiągnąć wysoki poziom oryginalnej estetyki samego Wesa Andersona.

Praca Jerskina nie obyła się bez echa. To wybrzmiało w postaci nominacji w kategorii Najlepszej Ścieżki Dźwiękowej roku. Choć ostatecznie nie wygrał, artysta skradł serce Yorghosa Lanthmosa. Ich współpraca objęła Rodzaje życzliwości oraz Bugonię. Premiera drugiego z wymienionych została zaplanowana na koniec października tego roku. Relacja nie jest jednostronna, gdyż wraz z Emmą Stone (kolejną bliską współpracownicą Yorghosa) reżyser miał udział w stworzeniu teledysków do najnowszego albumu Jerskina. Nazwanie tego teledyskami to tylko fachowe określenie. Tak naprawdę są to zapierające dech w piersiach krótkometrażowe filmy.


Once Upon A Time…In Shropshire

 

Najnowsze dzieło Jerskina Fendrixa, Once Upon A Time… In Shropshire, to znacznie więcej niż tylko album – to głęboko nostalgiczna i osobista opowieść o młodzieńczych latach spędzonych w angielskim hrabstwie. Powstanie płyty zostało naznaczone serią bolesnych strat, w tym nagłą śmiercią przyjaciela i ojca artysty, co nadaje muzyce wymiar intymnej żałoby i autorefleksji. Fendrix, choć czerpie z dźwiękowego krajobrazu wiejskiej Anglii, daleki jest od jego idealizacji. Zamiast sielankowej idylli, ukazuje Shropshire jako miejsce pełne napięć, osobliwości i wewnętrznych sprzeczności.

Artysta w niezwykły sposób wykorzystuje swój głos, który staje się głównym narzędziem tej opowieści. Jego szeroka skala – od głębokiego, stabilnego barytonu po pełne emocji, kruche falcety – doskonale oddaje emocjonalną huśtawkę i wielowymiarowość wspomnień. Podobnie zróżnicowana jest warstwa muzyczna albumu, która zderza ze sobą różne style i estetyki. Fendrix swobodnie płynie między barokowymi popowymi melodiami, awangardowymi eksperymentami dźwiękowymi a kameralnymi, surowymi balladami przy akompaniamencie fortepianu i smyczków.

Utwory często porzucają konwencjonalne schematy na rzecz bardziej organicznego, nieprzewidywalnego przepływu, niczym ulotne i chaotyczne strumienie wspomnień. Ta struktura sprawia, że Once Upon A Time… In Shropshire nie jest muzyką zapewniającą wygodne, bierne słuchanie. Wymaga od odbiorcy pełnego zaangażowania i poddania się jej własnej, wewnętrznej logice. Ostateczny przekaz jest niezwykle intymny: słuchacz ma wrażenie, jakby podsłuchiwał czyjeś wewnętrzne monologi i nieuporządkowane myśli, tworząc razem z Fendrixem poruszający portret miejsca i czasu, który choć utracony, wciąż żyje w pamięci – ze wszystkimi swoimi blaskami i cieniami.

 

Autorzy: Karol Tomczyk i Łucja Krzywoń

zdjęcie: Tim Gutt

Avant Art Festival 2025

Festiwal Avant Art to multidyscyplinarny przegląd sztuk — muzycznych, filmowych, wizualnych i performatywnych, który po raz osiemnasty zagości we Wrocławiu i po raz dziewiąty w Warszawie. Od 4 do 14 września serce Dolnego Śląska stanie się miejscem dźwiękowych eksperymentów, stanowiących punkt wyjścia do dalszych refleksji – nad tematami tożsamości, migracji i dziedzictwa kolonialnego. Jednym z tematów przewodnich tegorocznej edycji Avant Artu jest relacja człowieka i technologii — napięcia, inspiracje i pytania, które rodzą się na styku natury i syntetyczności. W ramach pasma Artysta Tygodnia prezentujemy sylwetki twórców, którzy pojawią się na festiwalu — muzyków, performerów i artystów wizualnych, dla których eksperyment staje się narzędziem przekraczania granic sztuki.

 

To nie tylko muzyka


Avant Art to nie tylko koncerty, czy DJ sety. Festiwal współpracuje z kultowym wrocławskim kinem Nowe Horyzonty, w którym równolegle do występów muzycznych odbędą się projekcje filmów dokumentalnych. Tym, co łączy wszystkie tytuły tegorocznej odsłony Avant Art Film, są poszukiwania wolności twórczej, motywy eksperymentu czy bunt. W repertuarze znajdują się między innymi Naked and Famous: Tricky, wyreżyserowany przez Marka Fidela, In the Court of the Crimson King: King Crimson at 50 autorstwa Toby’ego Amiesaczy White Riot reżyserki Rubiki Shah.

Richie Culver, muzyk i artysta wizualny, otworzy wrocławską odsłonę festiwalu swoim występem live actowym i solową wystawą. Prace Brytyjczyka cechują się surowością i oszczędnością formy — tworzy wizualne lo-fi. Niska jakość staje się środkiem stylistycznym, postaci ludzkie przedstawiane na obrazach zatracają tożsamość, a maszyny dla kontrastu zyskują empatię. Culver czerpie inspiracje z ruchów podziemia — estetyki industrialu, ulicznych graffiti i muzyki noise. Podczas Avant Art festiwalu zaprezentowana zostanie wystawa YUPPIE, która podobnie jak poprzednie w dorobku artysty, będzie stanowiła podstawę do analizy resztek marzeń i ambicji, charakterystycznych dla czasów późnego kapitalizmu.

Thomas Mahmoud

Lista formacji, które tworzy reprezentant berlińskiej sceny, jest długa. Wraz z Evą Kruijssen uformował eksperymentalno-trip-hopowy duet Black Swan’s End Cake, grając w rytmie noise rocka występował w grupie SFX. Należał też, razem z Geraldem Mandlem i Cemem Oralem, do indie-rockowego zespołu Von Spar, a teraz jest członkiem projektu Tannhäuser Sterben & das Tod. Tworzy on eksperymentalną elektronikę, połączoną z ciężkim gitarowym brzmieniem.

Swoim imieniem i nazwiskiem podpisuje również solowe projekty sound designowe, w których wykorzystuje nagrania terenowe i sprzęt analogowy. Tworzy muzykę celowo nieprawidłową, skupiającą się na tych elementach, które zazwyczaj muzycy odrzucają. W miejsce konwencjonalnych instrumentów podstawia dźwiękowe odpadki — przestery, szumy i trzaski, otrzymując przy ich użyciu kompozycje niezwykle przestrzenne i teksturalne. Przykładem może być wydany przez Mahmounda w 2018 album Univorm. Składa się on z dwóch kilkunastominutowych utworów, które brzmią jak nagrania muzyki, puszczanej w pomieszczeniu z dużym pogłosem. To nie przypadek, że przywodzi na myśl nawiązania do przestrzennego rozkładu dźwięku, bo w twórczości muzyka pojawiały się już projekty, badające relację pomiędzy dźwiękiem a architekturą. W 2010 roku opracował i wykonał na żywo ośmiogodzinny kolaż dźwiękowy Musik als Architektur.

W ramach festiwalu Avant Art we Wrocławiu zaprezentuj swój najnowszy projekt — NYX NYX. Według zapowiedzi wydaje się być zupełnie nową odsłoną artysty — bardziej taneczną i funkową, ale wciąż utrzymaną w jego stylistyce.

Univorm by Thomas Mahmoud

Grischa Lichtenberger & Qba Janicki

Opustoszałe przestrzenie, rozpraszające dźwięki dławiących się maszyn, chropowate tekstury przypominające obdrapane ściany leciwego budynku i zaskakująco żywy groove – tak można by spróbować uchwycić brzmienie Lichtenbergera.

Grischa Lichtenberger to artysta interdyscyplinarny, który swoją myśl przekazuje poprzez dźwięk, obraz i tekst. Artysta zdaje się nie faworyzować żadnej formy przekazu i nie wynosi jednej ponad drugą. Wręcz przeciwnie – żeby złapać sens któregokolwiek z cyklów jego prac należy widzieć, słyszeć, poczuć i doświadczyć. Jego dzieła często nawiązują do konkretnych miejsc i ich dynamiki. Są pewnego rodzaju pejzażami, które przefiltrowane przez wrażliwość Lichtenbergera, przyjmują postać. Myśli uchwycone w konkretnym czasie i miejscu zawsze wydają się być doinformowane o historię, okoliczności i personalną relacje artysty i jego najbliższego otoczenia. Na przykład And IV (Inertia) powstało na skutek próby odnalezienia się artysty w Berlinie. Topografia miasta i jego metaforyczna struktura stały się inspiracją do stworzenia albumu, który brzmi nerwowo, mechanicznie i chropowato. Wszystko pracuje tu w sposób złożony i zoptymalizowany. Wydajność i mechaniczność tego albumu obnażają chłód i gwałtowność, które stoją w sprzeczności z pragnieniem spokoju i ciepła.

And IV (Inertia) by Grischa Lichtenberger

Qba Janicki jest perkusistą związanym z bydgoskim klubem Mózg, który skupia muzyków sceny yassowej. Współpracował m.in. z Peterem Brötzmannem, Jerzym Mazzollem i Toshinorim Kondo. W swojej twórczości łączy techniczną wirtuozerię gry na perkusji z instrumentami własnej konstrukcji. Jego album Intuitive Mathematics to połączenie improwizowanej gry na perkusji z resztkami brzmień perkusyjnych wzmacnianych piezoelektrycznie.

Intuitive Mathematics by Qba Janicki

Muzycy wystąpią wspólnie na tegorocznej edycji Avant Artu. Ich koncert będzie eksploracją miejsca, w którym ludzka improwizacja spotyka się z cyfrową precyzją.

Aja Ireland

Aja Ireland to queerowa reprezentantka brytyjskiej sceny eksperymentalno-klubowej. Współpracowała z artystką Joеy Holder przy instalacjach pokazywanych m.in. na Biennale w Atenach i British Art Show, tworzyła multimedialne performanse wraz z projektantką LULALOOP, a w ramach Queer Noise Club redefiniuje przestrzeń klubową jako miejsce budowania wspólnoty i oporu przed dyskryminacją. W swoich solowych projektach łączy industrial, noise i deconstructed club z cielesnym performansem i silną queerową tożsamością. Jej dyskografia obejmuje wydany przez Opal Tapes album SLUG (2021), który znalazł się na listach podsumowujących rok w Creative Review oraz świeży materiał ze stycznia tego roku – Cryptid (2025, Infinite Machine). Jest to intymne, pełne sprzeczności soniczne archiwum, w którym Aja mierzy się z żałobą, wypaleniem i potrzebą przetrwania. Krytycy określają go jako „poetycki kolaż noise’u, future trapu i eksperymentalnego bassu”.

Podczas tegorocznej edycji Avant Art Festival Aja Ireland zaprezentuje Cryptid w formie performatywnego live actu, w którym dźwięk, ciało i obraz tworzą organiczną całość. To będzie jedno z najbardziej konfrontacyjnych, ale i oczyszczających doświadczeń festiwalu – muzyka o sile rytuału, powstała na styku sztuki, aktywizmu i klubowej ekspresji.

Aja Ireland – Cryptid

Mopcut ft. MC dälek

Mopcut, międzynarodowe trio założone w 2018 roku przez Audrey Chen (wokal i analogowe syntezatory), Juliena Despreza (gitara elektryczna) i Lukasa Königa (perkusja i syntezatory), to jedna z najbardziej wyrazistych formacji współczesnej sceny eksperymentalnej. Łączą free jazzową improwizację, noise’owy chaos i punkową ekspresję w performansy, które są absolutnie immersyjnym doświadczeniem dzwiękowym. Ich najnowszy album RYOK, wydany 2 maja 2025 roku, jest manifestacją płynność stylów: od dekonstrukcji groove’ów i rockowych riffów, aż po eksplodujący hip-hopowy kawałek Where to Begin, z gościnnym udziałem MC dälek. Całość składa się z 9 intensywnych, pełnowymiarowych utworów, które kontestują nasze oczekiwania wobec struktury i percepcji dźwięku. Właśnie utwór Where To Begin pokazuje, jak bezbłędnie MC dälek (Will Brooks) odnajduje się w hałaśliwym, punkowym świecie Mopcut — jego rap stapia się z oscylacjami, szarpnięciami, pęknięciami i szorstkim wokalem Audrey Chen.

Na Avant Art Festiwalu Mopcut wystąpi ze swoim noise-jazzowo-punkowym arsenałem, a MC dälek dołączy jako gość, tworząc eksplozję mroczniejszej strony hip-hopu, zanurzonej w dysonansie i intensywności.

Mopcut – RYOK

IFS MA

Trio łączy melorecytacje z gęstymi, wijącymi się beatami, wywołującymi wrażenie bycia w wyjątkowo dziwnym śnie — takim, który deformuje to, co znajome i rzuca w zupełnie inny kontekst. Głos japońskiego rapera MA jest tu równie ważnym instrumentem, co elektroniczny sprzęt Mateusza Wysockiego (Fischerle) i Krzysztofa Ostrowskiego. W rytualny, niemal teatralny sposób dopełnia natarczywy hip-hopowo-footworkowy podkład, spinając wszystko w surrealistyczną całość. W lutym 2023 roku trio wydało swój pierwszy album REIFSMA we wrocławskim outlines, a 12 września tego roku ukażę się ich kolejne wspólne wydawnictwo, 波動 (HADOW). Zdecydowanie będzie to materiał odmienny od wcześniejszego. Już otwierający album utwór sugeruje zmianę kierunku: zespół zmierza ku spójniejszej, bardziej usystematyzowanej formie, w której abstrakcja ustępuje precyzji.

波動 (HADOW) by IFS meets MA

Maja Michalik, Dominik Lentas, Grzesiek Dukaczewski

TOPS

Taniec światła i cienia w wykonaniu zespołu TOPS

Ich muzyka łączy eteryczność dream popu z lekkością indie i synth popu, doprawioną funkowym rytmem i pełnymi barw partiami syntezatorów. TOPS to zespół z górnej półki. Nowe single, zapowiadające ich najnowszy album Bury the key, który ukaże się 22 sierpnia 2025 roku, (pierwszy od pięciu lat longplay) potwierdzają, że nazwa grupy to nie tylko obietnica pięknego brzmienia, ale jego gwarancja.

 

From the TOPS

Zespół z Montrealu uformował się w 2011 roku, kiedy Jane Penny, David Carriere (dawni członkowie grupy Silly Kissers) połączyli się z perkusistą Riley’im Fleckiem. Ich wspólna miłość do vintage brzmień z lat 70 i 80 zaowocowała powstaniem TOPS, który dość szybko zyskał uznanie na kanadyjskiej scenie indie popowej. Zespół od początku był dzieckiem wydawnictwa Arbutus Records, labelu, który zyskał rozgłos po wydaniu pierwszych albumów Grimes i kooperacji przy słynnym Visions z 2012 roku. W tym samym roku TOPS wydali swój pierwszy album zatytułowany Tender Opposites i już wtedy wyznaczyli drogowskaz gatunkowy w którym orbitują do dziś.

Picture you staring (2014) to drugi album zespołu, który przyniósł dojrzalsze niż debiut i bardziej określające brzmienia. Głównym motywem jest w nim dostrzeganie niedostrzegalnego — poruszanie się w niepewności, wśród domysłów i poprzez wyobraźnię. Nie jest to pop dla naiwnych, ale poszukiwaczy wrażliwości, próbujących zatrzymać czas w określonym momencie.

Is that the way that you are?/ I can picture you staring/ Out the window/ Not caring — wyłapanie tego wersu w, Way to be loved, które rozpoczyna album, sprawia słuchaczowi dużą satysfakcję, choć pojawia się odrobinę za wcześnie w kontekście pozostałych utworów. Na tle innych kompozycji szczególnie wyróżnia się Outside unoszący się na miękkich i długich syntezatorach. Przynosi na myśl nostalgię budowaną u Mazzy Star, lynchowski wymiar sennego wokalu połączonego z gitarą — w tym przypadku gitarą barytonową.

W 2017 roku, do TOPS dołączyła Marta Cikojevic jako klawiszowiec, wzbogacając grupę o nową warstwę brzmieniową. W tym samym roku powstał też ich trzeci studyjny album zatytułowany Sugar at the Gate.

W swoim trzecim albumie zespół TOPS z Montrealu dopracował swoje brzmienie i uściślił swoją estetykę. Te sprytnie wyprodukowane utwory soft rockowe charakteryzują się elegancką atmosferą i vintage’owym ciepłem.

Tak o albumie pisał Kevin Lozano z Pitchfork, oceniając go na zawrotną liczbę 7,4/10.  Kiedy TOPS przenieśli się z Montrealu do Los Angeles, wynajęli dom w Glendale, który wyglądał jak z pocztówki z lat 70. — duża willa z kolumnami, zielonym ogrodem i basenem. Nazywali to miejsce „Glamdale”. Właśnie tam powstał album Sugar at the Gate

To płyta, która oddycha. Słychać w niej echo pustych pokoi, w których mikrofony łapały nie tylko dźwięk, ale też kurz i atmosferę ukrytą między dźwiękami. Jest tu kalifornijska jasność, ale nie ta pocztówkowa z plażami i palmami. Bardziej ta z filmów Sofii Coppoli — trochę senna, trochę depresyjna. Lekkość podszyta refleksją. Album nie zatracił jednak swojej słoneczności, którą zespół emanuje muzycznie. Tonem i estetyką wpisuje się w klimat Zachodniego Wybrzeża – jasny, lekki, lecz nie stereotypowy. Zachowuje to, z czego TOPS słynęli do tej pory, doskonale operując nostalgią. Muzycy zgrabnie wykorzystali na albumie kasetową estetykę, przesterowanie, kicz i sentymentalny groove. Sugar at the Gate rozwija się powoli, pozwalając kolejnym detalom wybrzmieć z czasem w przestrzennych aranżacjach — to album wymagający uwagi.

Direct Sunlight to utwór otwierający kolejną podróż TOPS w stronę lat 70 i 80 35-minutową płytę I feel alive z 2020 roku. Bas i perkusja miękko niosą rytm, a ciepłe dźwięki Rhodesa i zwiewne frazy fletu poprzecznego w wykonaniu Jane Penny rozszerzają przestrzeń, jakby zespół nabierał głęboki wdech tuż przed skokiem do letniego basenu. Ten album wydaje się jeszcze jaśniejszy, niż dotychczasowy dorobek zespołu, zwłaszcza jeśli myślimy o brzmieniu i wymowie warstwy tekstowej. I feel alive jest opowieścią o odporności na bolesne doświadczenia życiowe i wynoszeniu z nich jak najwięcej mądrości. Nie ma na nim przesadnego optymizmu, a jest raczej taniec we łzach, w których smutek staje się oczyszczający i budujący. 

W Ballads & Sad movies wokal Jane Penny jest mocno nasycony emocjami gdy śpiewa:

My favorite ballads and sad movies/
Don’t do nothing for me now/
Unfamiliar ending and sound
.

Okazuje się że nostalgia bywa mieczem obosiecznym, ale sam przekaz krzyku I don’t know who I am anymore, łagodzi eteryczna warstwa muzyczna, przenosząc efekt ciężkości na drugą stronę płyty.

Dobre wrażenie robi też utwór Colder & Closer zbudowany na kontrastach i metalicznym brzmieniu perkusji. Lirycznie opowiada o grze w „ciepło-zimno” z drugą osobą. Chłód niekojarzący się z bliskością jest reakcją na niepewność uczuć. Niejednoznaczność tekstu sprawia, że piosenka brzmi, jak zapis sprzecznych sygnałów. Całość dopełnia teledysk, wykorzystujący termowizję jako metaforę uniku przed intymnością.

Jane Penny, David Carriere, Marta Cikojevic i Riley Fleck, dotąd mistrzowie bezbłędnych, groove’owych perełek, tym razem otwierają drzwi do mroczniejszego wymiaru swojej twórczości. Zespół nazywa ten okres swoją „złą erą TOPS”. Faktycznie, ich miękkie, pastelowe brzmienia zostały tu nasycone niepokojącym nastrojem i fatalistycznym dramatyzmem disco po zmroku. To wciąż dobrze znana, nieco taneczna, miejska nostalgia, ale ubrana w nieco inny koloryt, niż w przypadku poprzednich wydawnictw.

Single zapowiadające nowy album, zatytułowany Bury the Key pokazują, że zespół eksperymentuje z nową estetyką ich dotychczasowej muzycznej tożsamości. Annihilation pulsuje chłodnym syntezatorem i tajemnicą, Falling on My Sword charakteryzuje buntowniczość, a Chlorine wprowadza spokojniejszy, znany z wcześniejszej twórczości TOPS refleksyjny ton. Łączą się w przemyślaną, a zarazem wielobarwną strukturę, która każe z niecierpliwością wyczekiwać nowego albumu. 

Julia Prus

Artystki Tygodnia

Z okazji Dnia Kobiet, kolejny rok z rzędu, wyróżniamy wyjątkowe artystki!

Muzyka byłaby zupełnie inna, gdyby nie kobiety, które odważyły się iść pod prąd. Ich twórczość, charyzma i odwaga inspirują, przełamują stereotypy i zmieniają oblicza muzyki. Z okazji Dnia Kobiet prezentujemy nietuzinkowe Artystki Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.


Jun Togawa

Włączając citypopowe nostalgiczne playlisty ociekające blichtrem Japonii lat 80., wcale nie tak łatwo natrafić na Jun Togawę. Może dlatego, że była jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci tamtejszej sceny alternatywnej. Konwencjonalne normy dotyczące ról płciowych, kobiecości i relacji społecznych podważała w typowo japoński sposób – rzadko otwarcie deklarowała polityczne intencje swoich działań, ale jej teksty i wizerunek sceniczny mówiły same za siebie.

Przykładem jest Suki Suki Daisuki – piosenka, która na pierwszy rzut oka brzmi jak cukierkowe wyznanie miłości, lecz z czasem odsłania niepokojący, wręcz psychotyczny wymiar obsesji i podporządkowania. W ten sposób Togawa dekonstruowała stereotypowy obraz kobiety w japońskiej kulturze – grzecznej, uległej i pasywnej. Z kolei jej działalność w zespole Guernica eksplorowała dystopijne i totalitarne wizje świata, często nawiązujące do wojennej i powojennej historii Japonii, podkreślając lęk przed mechanizacją i kontrolą społeczną.

Jej groteskowy, buntowniczy styl stanowił radykalne przeciwieństwo kształtującej się wówczas kultury idol, gdzie kobiety miały być urocze, uległe i nieskazitelne. Togawa wywracała ten wzorzec na opak – śpiewając o obsesyjnej miłości, transformacji ciała i społecznej opresji, podważała konserwatywne normy dotyczące ról płciowych i indywidualizmu. Choć nie była aktywistką w tradycyjnym sensie, jej artystyczny przekaz miał wyraźnie krytyczny charakter i torował drogę przyszłym artystkom wyłamującym się z narzuconych schematów. Tym samym stała się jedną z kluczowych postaci anti-idol movement oraz japońskiej alternatywnej sceny muzycznej.

Jeśli w muzyce szukacie zaskakujących brzmień i nietuzinkowych postaci niczym Japończycy rzadkich figurek z automatów gashapon, to Jun Togawa jest limitowaną edycją – ukrytą gdzieś w bocznej uliczce Akihabary, czekającą na tych, którzy wiedzą, gdzie szukać.

Julia Karska


Soyeon

Jeon So-yeon na pewno znana jest fanom k-popu! To liderka jednego z najpopularniejszych koreańskich girls bandów – (G)I-DLE oraz wszechstronnie utalentowana idolka. Początki jej kariery nie należały do najłatwiejszych. Soyeon rzuciła się na głęboką wodę, chcąc rapować wyłącznie w swoim stylu. Łączyło się to z wieloma niepowodzeniami podczas przesłuchań wokalnych, jednak po dziesiątkach prób, udało się. Na początku działała sama, tworzyła piosenki i skrupulatnie dążyła do swojego celu: bycia w zespole. Dokonała tego w (G)I-DLE i, wydawać się może, że już wszystko szło po jej myśli, ale grupa wciąż nie mogła zadebiutować. Brakowało im jednego: piosenki. Soyeon wzięła to na swoje barki. Miała już doświadczenie z komponowaniem, jednak wcześniej nie planowała tego robić dla zespołu. Tym samym została także główną twórczynią tekstów (G)I-DLE. I to właśnie w ten sposób, poprzez wersy, mówi o tematach, które w Korei wciąż są obiektem zażartych dyskusji. Równość płci, a także feminizm nie zawsze spotykają się z pozytywnym odbiorem wśród koreańskiego społeczeństwa, przez co dochodzi do skrajności poglądów obu stron konfliktu. Soyeon jednak wybiera pokojową ścieżkę na rozwiązanie sporu: tworzy piosenki, sprzeciwiając się panującym obecnie w Korei standardom.

Utwór nxde traktuje o byciu zgodnym z samym sobą, a także o kobiecej sile, jednocześnie jest manifestem przeciwko seksualizacji kobiet. Nie chodzi również o bycie nagim w dosłownym znaczeniu, lecz metaforycznie gołym. Bez udawania kogoś, kim się nie jest. Nxde jednak nie spotkało tyle kontrowersji, jak inny kawałek: Wife. Po premierze tego singla (G)I-DLE oraz Soyeon dotknęła mocna krytyka. Tekst tej piosenki został błędnie zinterpretowany, a retoryczna narracja wywołała odwrotny efekt, niż było planowane. Wife bowiem to swego rodzaju pamflet, satyra wyśmiewająca kobiecą rolę typowej pani domu. To buntowniczy zew wymierzony we wciąż znormalizowane w Korei poglądy.

Jednakże Soyeon nie jest jednostronna. Zależy jej na równości, a nie dominacji jednego ogniwa. W wywiadach, a także przez swoją twórczość podkreśla, że WSZYSTKIE stereotypy muszą zostać zniszczone. Czy to te związane z wiekiem, czy też te ograniczające koreańskie idolki. Stanowisko Soyeon jest jasne: Muzyka nie ma płci.

Paulina Madej


Marina Herlop

Marina Herlop to katalońska artystka – kompozytorka, wokalistka i producentka – która wyróżnia się nietypowym podejściem do muzyki. Łączy klasyczne wykształcenie pianistyczne z nowatorskimi eksperymentami elektronicznymi, tworząc brzmienia pełne zarówno technicznej precyzji, jak i silnych emocji. Czerpie inspiracje z muzyki klasycznej oraz karnatyckiej tradycji wokalnej z południowych Indii. Jednym z wyróżników jej muzyki jest sposób, w jaki bawi się dźwiękiem i językiem. Często używa wokaliz bez konkretnego znaczenia, które zamiast słów przekazują emocje i budują wyjątkowy nastrój utworów.

Herlop zadebiutowała albumem Nanook (2016), a następnie wydała Babasha (2018), oba oparte na fortepianie i głosie. Przełomem w jej karierze było Pripyat (2022) – pierwszy album wyprodukowanym na komputerze, który otworzył jej muzyce nowe, elektroniczne brzmienia. Pełne melancholii i skomplikowanych harmonii kompozycje, takie jak miu czy kaddisch, ukazały jej talent do budowania złożonych, wielowarstwowych kompozycji dźwiękowych. Z kolei Nekkuja (2024) jest jej najbardziej świetlistym i pozytywnym albumem.

W 2024 mówiła o niewielkiej reprezentacji kobiet wśród producentów muzycznych. Statystyki są alarmujące – kobiety stanowią tylko 3,9% producentów i 12,7% autorów piosenek na najpopularniejszych listach. Herlop podkreśla, że obecność kobiet w produkcji muzycznej nie jest tylko kwestią liczbową, ale ma wpływ na całą branżę. Ich perspektywa i wrażliwość mogą wnosić nowe jakości dźwiękowe i narracyjne, które rzadko są słyszane w zdominowanym przez mężczyzn świecie produkcji.

Poprzez swoje działania i obecność w rozmowach o równości, Marina Herlop inspiruje kobiety do przejmowania kontroli nad własną twórczością i eksplorowania świata produkcji muzycznej na własnych warunkach nie poddając się oczekiwaniom ze strony branży czy odbiorców.

Julia Kuźnik


Rose McDowall

Zaczęło się od natapirowanych włosów, bladotrupiego makijażu i lekko zgrzytliwego, sennego brzmienia syntezatorów. Gotowy materiał na hit, kontrakt z 4AD i z miejsca single na szczytach list przebojów. Kariera Strawberry Switchblades była jedną z wielu synthpopowych karier z lat 80. i pewnie wspominalibyśmy dziś duet jako zespół jednego przeboju, trochę zakurzoną ciekawostkę, gdyby nie Rose McDowall oraz jej ucieczka do artystycznego podziemia.

Wokalistka coraz głębiej wchodziła w kolejne kręgi wokół Throbbing Gristle, poprzez które przewijali się w zasadzie wszyscy późniejsi twórcy postindustrialu i neofolku. McDowall jednak bardzo konsekwentnie zachowywała swoją osobność i niezależność, nie wiążąc się z żadnym konkretnym zespołem ani kolektywem. W środowisku zdominowanym przez facetów poubieranych w mundurowe sorty lub rytualne szaty, wokalistka w stroju czarownicy zdecydowanie wyróżniała się już w warstwie wizualnej.

Błędem byłoby jednak traktować McDowall tylko i wyłącznie w ten sposób, nie podkreślając ogromnego wpływu, jaki na muzykę wielu artystów (Coil, Death in June, Current 93, Sol Invictus, Nature and Organisation czy Boyd Rice) swoją eteryczną, lekko rozmytą manierą wokalną, kontrastującą z szorstkimi, marszowymi partiami gitar akustycznych. W ten oto sposób artystka, uciekając z mainstreamu do undergroundu, zapewniła sobie nieśmiertelność.

My z kolei, słuchając jej muzyki, tylko tę nieśmiertelność przedłużamy.

Maciek Tomasiewicz

 


Molly Nilsson

Molly Nilsson zadebiutowała w 2008 roku jako artystka całkowicie niezależna. Ze Sztokholmu przeprowadziła się do Berlina, miasta artystów, by spróbować swoich sił w sztukach wizualnych. Prędko jednak okazało się, że to muzyka będzie dziedziną, w której spełni się młoda szwedka. Swój pierwszy album These Things Take Time nagrała i wyprodukowała samodzielnie.

Od tego czasu pod szyldem własnej wytwórni Dark Skies Association Molly Nilsson wydała już dziesięć albumów. Brak zobowiązań i zupełna niezależność sprawiają, że jej praca jest bezkompromisowa na każdym etapie procesu twórczego i wydawniczego. Molly sama bookuje koncerty, decyduje o swojej prezencji na scenie i wybiera sklepy, w których będą sprzedawane jej płyty.

Zajmuje się również oprawą graficzną swoich albumów – czarno-białe, minimalistyczne okładki stały się znakiem rozpoznawczym artystki. Molly zerwała jednak z tym stylem wraz ze swoim ostatnim albumem Un-American Activities z 2024 roku. Okładka wyróżnia się czerwonym kolorem, jest to też pierwsze wydanie, na którym możemy zobaczyć twarz artystki. Jak sama uważa, jest to najbardziej polityczny z jej albumów:

W przypadku tego albumu czułam, że nie muszę przyciągać ludzi – po prostu nazwę go Un-American Activities, będę miała piosenkę zatytułowaną The Communist Party. To całkiem jasne i otwarte – nie muszę niczego ukrywać.

Maja Dachtera

 


The Raincoats

Po tym jak Gina Birch i Ana de Silva poszły na koncert The Slits zdały sobie sprawę, że muzyka może być kobieca. Był to pierwszy impuls do stworzenia punkowego zespołu The Raincoats. Oprócz ich dwójki reszta składu zespołu zmieniała się wielokrotnie na przestrzeni lat. Największy jednak wpływ na ich brzmienie wywarły Vicky Aspinall, grająca na skrzypcach w dwóch pierwszych albumach i Palmolive, perkusistka grająca również dla The Slits, która do nich dołączyła podczas debiutanckiej płyty The Raincoats z 1979.

Zanim natomiast płyta powstała, Vicky i Gina nie miały specjalnie dużo doświadczenia związanego z tworzeniem muzyki. Przez wiele lat mieszkały na skłocie i żyły za grosze. Komponowaniem, chociaż było to praktycznie ich jedynym zajęciem, zajmowały się jedynie amatorsko. Po latach, w wywiadach, śmieją się, że ich sposób życia oddawał idealnie ducha punku. Do kwestii feminizmu, czy po prostu nazywania się feministkami, niekoniecznie się wtedy jeszcze dumnie przyznawały. Związane było to z dużą stygmatyzacją tego określenia.

Wtedy myślało się o tym słowie, jako o czymś nieprzyjemnym. To nienawidzące mężczyzn, owłosione, śmierdzące, okropne lesbijki. Zawsze uważałam, że to spisek mediów. Nie chcieli, żeby kobiety miały własne zdanie. Nie chcieli, żeby kobiety mogły rządzić, więc sprawiono, że słowo feminizm stało się wstrętne. Ta etykieta nie była zbyt łatwa. To nie było takie, że „Hej, tak, jesteśmy feministkami i jest wspaniale.” Było bardziej „Tak, jesteśmy. Ale nie jesteśmy tylko tym.”

Chociaż poruszały problemy kobiet w niektórych utworach, nie były to ich główne tematy. Skupiały się na subtelniejszej emancypacji, która nawet nie musiała być celowa. Jednym z głównych faktur sprawiających, że ich twórczość jest ponadczasowa, jest przede wszystkim zabawa i brak wstydu związanego ze swoją innością. To dzięki temu stały się inspiracjami dla zespołów kolejnych pokoleń i to też dlatego stały się symbolami wolności dla wielu kobiet, które dzięki ich muzyce dopiero poczuły się zrozumiane. Stanowiły ważną reprezentację w bardzo męskim zawodzie.

Olga Mrozek


TOKiMONSTA

Scena beatowa Los Angeles stała się fenomenem na skalę światową. Kosmiczne brzmienia, nierzadko połamane rytmy, otulone powolnymi, parnymi syntezatorami, samplami i uderzeniami w struny basu – a to wszystko w obrębie jednej, zżytej społeczności. Producentka i DJ-ka Jennifer Lee, czyli TOKiMONSTA, jest jednak osobą wyjątkową, nawet w skali światowej stolicy kina.

W L.A. nietrudno przesiąknąć kulturą hip-hopową. Odwieczny dyskurs zachodnie kontra wschodnie wybrzeże jedynie potęgował rosnący w siłę blichtr kalifornijskiego rapu. TOKi sama przyznaje, że to dość absurdalne – drobna azjatycka dziewczynka w piątej klasie zasłuchana w Dr. Dre czy N.W.A. Niemniej swoją artystyczną wrażliwość, wraz z inspiracją czerpaną z klasyki West Coastu, przekuła w unikalną, inspirującą całość.

Jako reprezentantka drugiego pokolenia koreańskich imigrantów w Stanach Jennifer wychowała się w duchu rygorystycznego tiger parentingu. Sprzeciwiła się jednak nierealnym wymaganiom narzuconym przez rodziców i porzuciła konwencjonalną karierę, decydując, że spróbuje wyżyć z muzyki. Jak się okazało, nie tylko Kalifornia, ale i cały świat był spragniony jej występów.

Na przestrzeni lat ewoluowała muzycznie. Dzięki – niestety już zamkniętemu – klubowi The Airliner, a szczególnie wydarzeniom z cyklu Low End Theory, które pomogły stworzyć bardzo blisko współpracującą społeczność zbiorczo określaną jako bitowa scena L.A., miała okazję współpracować z takimi producentami jak Flying Lotus, Dibia$e czy Samiyam. To tam jej styl zaczął oddalać się od samplowanych, przykurzonych brzmień w stronę poglitchowanej elektroniki i tanecznego EDM-u. L.A. Beat Scene można opisać jako niekończącą się serię eksperymentów na pograniczu formy i gatunku. Za wybitny album Lune Rouge, który stworzyła mimo ciężkiego stanu po bardzo poważnych operacjach mózgu, którym musiała się poddać po zdiagnozowaniu u niej choroby moyamoya, otrzymała nominacje do nagrody Grammy, stając się tym samym pierwsza amerykanką azjatyckiego pochodzenia z takim wyróżnieniem.

TOKi, pamiętając o trudnościach, z którymi musiała się mierzyć, stawiając pierwsze kroki i próbując przebić się wyżej, wielokrotnie wypowiada się na temat nierówności płciowych w branży muzycznej oraz traktowania młodych artystek. Aktywnie uczestniczy w wydarzeniach tworzących przestrzeń dla kobiet w muzyce, takich jak pandemiczna inicjatywa Every Woman czy coroczne eventy celebrujące kobiecość w branży. Wzięła także udział w dokumencie Underplayed z 2020 roku, gdzie dzieli się swoimi doświadczeniami i inspiruje młode artystki do sięgania po swoje. Dzień Kobiet jest dla niej szczególnie ważny – jak sama mówi:

Międzynarodowy Dzień Kobiet to coś więcej niż tylko świętowanie naszych wspólnych sukcesów i osiągnięć. (…) Możemy dostrzegać sukcesy kobiet w krajach uprzemysłowionych i zachodnich kulturach, ale wciąż istnieje ogromna nierówność i kontrola wobec kobiet w wielu innych częściach świata. Powinniśmy stworzyć ruch, który pomoże tym kobietom, które najbardziej tego potrzebują.

Świętujmy więc kobiecość razem z TOKiMONSTA, która z tej okazji, w przeddzień Dnia Kobiet, wypuszcza długo wyczekiwany album Eternal Reverie, z którego mogliśmy już usłyszeć m.in. singiel On Sum z Andersonem .Paakiem czy skoczne Lucky U z Gavin Turek.

Filip Juszczak


Arca

Na początku swojej artystycznej ścieżki, w 2012 roku, albumami Strech 1 i Stretch 2 rozciągnęła się miedzy hip hopem a elektroniką i zajęła swoje miejsce pośród najbardziej rozchwytywanych osób producenckich nowego pokolenia. Współprace z bardzo docenianymi artystami, kolejne świetne projekty, wszystko to mocowało Arcę coraz mocniej w branży muzycznej. Ona jednak zawsze była sobą, nie bała się mówić tego, co uważa, zarówno w tekstach, jak i social mediach. Seria albumów KICK pokazała, jak świetnym połączeniem jest reggaeton, techno oraz hip-hop. Rozciąganie, łączenie, transformacja – to motyw przewodni w jej muzyce. Muzyce która, tak jak sama artystka, burzy nasze dotychczasowe założenia i zmusza do refleksji nad swoim stosunkiem do świata i do sztuki.

W 2018 roku ogłosiła swoim fanom, że identyfikuje się jako osoba niebinarna, a w 2019 rozpoczęła tranzycję. Była na ten temat otwarta, w tekstach i wizualizacjach przewijały się motywy rekonstrukcji, odnowy, szukania siebie na nowo. Oczywiście, będąc tak otwartą na ten temat, spotykała się z masą hejtu oraz cenzury. Wenezuelskie media ze względu na „kontrowersję”, w żadnym stopniu nie promują jednej ze swoich największych artystek. Internet jednak zadziałał i można już spokojnie powiedzieć, że Arca jest ikoną elektronicznej awangardy.

Our society hates femininity, It punishes all people who want to express their own femininity. That is the nature of the patriarchal world we live in. – pisała na tweeterze

Zawsze korzysta ze swojej platformy, aby walczyć o równość, otwartość, sprawiedliwość, queerowość i destrukcję patriarchatu. Mieszkając w Hiszpanii, nie zapomina o swoim domu, w trakcie protestów przeciwko sfałszowanym wyborom i kolejnej reelekcji Nicolasa Maduro była bardzo wokalna i korzystając ze social mediów, dbała o to, żeby świat tego nie przemilczał. Aktywnie próbuje zmieniać ludzkie uprzedzenia w walce o lepsze jutro.

Grzesiek Dukaczewski


Sarah Hennies

W świecie akademickiej muzyki współczesnej Sarah Hennies jawi się jako postać o nietuzinkowej wizji. Stwierdzenie, że jej utwory są ekstremalnie powtarzalne jest prawdą, ale nie wyczerpuje ono tematu. Repetytywny rdzeń jej kompozycji często pozwala nam dostrzec złożoność w ramach pojedynczego dźwięku, a innym razem podbudowuje polirytmiczną plątaninę perkusyjnych elementów.

Zjawiska psychoakustyczne, granice wytrzymałości wykonawców i napięcie pomiędzy partyturą a jej realizacją to wątki, jakie przewijają się w jej twórczości, zarówno na solowe instrumenty jak i różnej maści obsady kameralne. Na zeszłorocznym albumie Motor Tapes uświadczymy wielu rozciągniętych w czasie procesów sprzyjających głębokiemu słuchaniu.

W pędzącej rzeczywistości, w której wszystko walczy o naszą uwagę, taka organizacja materiału może być dla naszych uszu zbawienna.

Michał Sember


identyfikację wizualną przygotowała Ela Kmiecik

nagranie i montaż materiałów zrealizowali Szymon Lazar i Jędrzej Budzianowski

głosu do materiałów antenowych użyczyli Justyna Kalbarczyk, Olga Mrozek, Filip Juszczak i Antek Winiarski

Marc Rebillet

 

Streamer, komik i muzyk. Niesamowita osobowość, która porwała za sobą tłumy na YouTubie i Twitchu. Łączy elektronikę z elementami funku. Jego teksty to często przypadkowe słowa okraszone odpowiednią dawką wulgarności. Niezła mieszanka? Dodajcie do tego jeszcze dildo postawione na biurku, kontroler midi i szlafrok. Tak zwany Loop Daddy, Marc Rebillet artystą tygodnia w Radiu Luz.

 

Tworzy muzykę używając klawiatury, loopera, laptopa i swojego głosu. Wszystko przetwarza i powiela – od początku do końca sam. Stałym elementem jest spontaniczność – jego koncerty i streamy są w pełni improwizowane. Stawia na żart, interakcje z publicznością i po prostu zabawę. Jak sam mówi –

Tu chodzi o rozrywkę, konwencje i improwizację.

Na swoim koncie ma współpracę z takimi muzykami jak Erykah Badu, Reggie Watts czy Flying Lotus. Zawsze trudno mi było odpowiedzieć na pytanie jaką muzykę gra Marc Rebillet – to po prostu trzeba zobaczyć, nie tylko usłyszeć.

 


                                                        Od Call Center po Coachelle

Wszystko zaczęło się od tego, że na pierwszym roku rzucił studia. Kupił podstawowy zestaw do tworzenia muzyki w domu i próbował sprzedawać swoje podkłady, ale bez powodzenia. W międzyczasie miał różne, dorywcze prace od kelnera po call center. Ten okres trwał przez parę lat do jego 28 roku życia, kiedy zwolniono go z pracy.

Raczej beznadziejna wizja życia, prawda? Dostał dwa miesiące wypowiedzenia i stwierdził, że teraz albo nigdy. Jeśli mu nie wyjdzie to rezygnuje z muzycznych marzeń, staje się poważnym mężczyzną i znajduję „normalną” pracę. Na szczęście wszystko potoczyło się dobrze. Jego pierwszy występ odbył się w barze, w którym wcześniej roznosił jedzenie. Zaczął występować w restauracjach i streamować z domu. Jego popularność rosła i tak ma już na swoim koncie kilka tras koncertowych i dwa występy na Coachelli – w 2023 i 2024 roku.


How to Funk

 How to funk in 2 minutes – film, który zdobył dużą popularność na youtubie, świętuje swoje 5 urodziny. Jest to krótki instruktaż jak zrobić dobrą piosenkę samemu, używając między innymi loopera.

To jedno z nagrań, dzięki któremu Marc Rebillet wybił się w Internecie i zyskał więcej słuchaczy. Na pierwszy rzut oka tworzenie tego utworu wydaje się to bardzo proste i intuicyjne jednak kryją się za tym lata praktyki. Artysta od 4 roku życia uczył się grać na fortepianie, później przez prawie 10 lat eksperymentował z kontrolerem midi. Filmik uczy, bawi i pozytywnie nastraja. Czego chcieć więcej?

 


Pandemia

Podczas gdy w 2020 roku na całym świecie muzycy borykali się z kryzysem finansowym, Marc Rebillet miał się całkiem dobrze. A wszystko za sprawą jego cotygodniowych streamingów z domu. To wtedy artyście odwołano trasę koncertową i stworzył serię We inside. Udostępniał filmy na YouTubie i Twitchu(!). Dość ciekawy pomysł, który był strzałem w dziesiątkę.

Jego filmy wzbudzały niesamowite poczucie wspólnoty, która w tamtym okresie była bardzo ważna. Dla mnie jego streamy stały się ważnym elementem pandemicznego zamknięcia. Emanowały energią i dodawały otuchy.


Mistrz Performansu

Muzyka to jedno a jak się ją zaprezentuje to zupełnie inny temat. Marc Rebillet okazał się w tym niesamowicie dobry. Umie świetnie wyczuć tłum i połączyć muzykę z pomysłami podrzuconymi przez ludzi. Publiczność jest zawsze integralną częścią jego występu- często zaprasza osoby na scenę i improwizuje z nimi.

Przyznaje, że podczas koncertów niektóre utwory mu nie wychodzą. Wtedy po prostu przerywa i zaczyna od nowa. Zauważył, że ludzie lubią być w procesie tworzenia muzyki, nawet jeśli nie jest ona idealna. Jedno jest pewne – nie da się przejść obojętnie obok jego występów. Marc Rebillet poza muzyką robi dobre, wciągające show.

 


Czy Marc Rebillet  może nas czymś jeszcze zaskoczyć?

Czy jego charyzma w końcu mi się znudzi? Oby nie. 

Jednak myślę, że będzie musiał zmienić trochę formę swoich występów. Pomimo tego, że są improwizowane to słychać patterny, którymi się posługuje. Powoli jego muzyka staje się przewidywalna. W wywiadach artysta sam przyznaje, że też boi się przemijającej passy.

Dlatego jego nowy projekt  napawa mnie optymizmem. Jako, że ostatnio na jego występach to dzieci najchętniej wychodzą na scenę, artysta chciałby z nimi współpracować. Mówi że młodzi lubią improwizować, mają niesamowite pomysły a przy tym dobrze się bawią. Jest to  bardzo ciekawy i odświeżający koncept. A nawet jeśli fenomen Loop Daddiego przeminie to i tak na zawsze pozostanie w moim serduszku. 

Mam nadzieje, że waszym też. 

Jadwiga Lazar

 

 

The Blue Nile

the blue nile AT

The Blue Nile: klejnot koronny lat 80

 

Każdej dekady pojawia się kilka albumów, o których nie tylko mówi się ponadczasowe, ale i doskonale oddające ducha swojej epoki. Wydany u progu lat 90 Hats stanowi pewnego rodzaju hołd romantyczno-popowym ejtisowym brzmieniom, domykając ten jakże legendarny okres. W najnowszym wydaniu Artysty Tygodnia przyglądamy się The Blue Nile – autorom owego krążka.

Pochodzący z Glasgow zespół pojawił się na muzycznej mapie Wielkiej Brytanii na początku lat 80, z miejsca przyciągając uwagę wszystkich romantyków. I choć nigdy nie osiągnęli statusu mega gwiazd czy wielkich sukcesów komercyjnych, nieprzerwanie utrzymują status kultowych o wiernym i oddanym gronie fanów. Z okazji 35 urodzin Hats oraz czterdziestolecia debiutu, The Blue Nile Artystą Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.


A Walk Across The Rooftops

1984

Linn

Gdyby określić jednym epitetem dorobek The Blue Nile, chyba najbardziej odpowiednim okazuje się być filmowy. Subtelna, lecz bogata mieszanka popu, jazzu, ambientu i elektroniki w zestawieniu z pełnym wrażliwości głosem Paula Buchanana powoduje, że odczuwane emocje uderzają z potrojoną siłą. Tym bardziej, jeśli teksty utworów traktują o samotności czy miłosnych rozterkach.

Taki właśnie jest A Walk Across The Rooftops – pierwszy album zespołu udowadniający, że w romantycznej muzyce pop istnieje miejsce dla form przestrzennych i progresywnych. The Blue Nile, mimo swojej subtelności, zadebiutowali z przytupem.


Hats

1989

Linn

O ile debiut The Blue Nile zawierać może w sobie namiastkę wczesno-jesiennej, młodzieńczej naiwności, tak pięć lat później, bogatsi o pewne doświadczenia, znajdujemy się pod gęstą warstwą deszczowych chmur. Wydany pod koniec 1989 roku Hats to album jedyny w swoim rodzaju, na którym główną rolę, obok przestrzennych instrumentariów i rozmarzonych tekstów, odgrywa atmosfera.

To jakby muzyczny odpowiednik obrazów Edwarda Hoppera – eleganckie postacie, w towarzystwie, lecz samotne, nocnymi godzinami przemierzające ulice wielkich miast skąpanych w deszczowej aurze. Samotnicy podróżujący od stacji do stacji w pełni świadomi tego, że każdy pociąg kiedyś odjeżdża, choćby na jego miejscu zjawił się kolejny. Tym razem deszcz pada o wiele silniej, a złamane serce – niczym pęknięte naczynie – przepuści każdą kroplę. The Blue Nile podają nam swoje jak na dłoni.


Peace At Last / High

1996 / 2004

Warner Bros / Sanctuary

Jak brzmi spokój i czy kiedykolwiek będziemy w stanie go zaznać? Po intensywnej trasie koncertowej i licznych kolaboracjach na fali sukcesu Hats The Blue Nile zaczęli szukać odpowiedzi na przytoczone pytanie. Ta okazała się kryć w żywych, akustycznych instrumentach, czego efektem jest Peace At Last – trzeci album formacji. Choć odrobinę bardziej optymistyczny, nadal stanowi szeroki wachlarz emocji, nierzadko ukazując pełnię możliwości w spokojniejszych kompozycjach.

Nie inaczej jest w przypadku High. Po kolejnej wieloletniej przerwie i w nowym dziesięcioleciu (a nawet już millennium) The Blue Nile ponownie zachwycają. Tym razem w postaci eklektycznej fuzji wszystkich zebranych dotychczas inspiracji – od ejtisowych przestworzy po akustyczne motywy z lat 90. To album, który w przepięknym stylu zamyka ikoniczną dyskografię, pozostając po dziś dzień finalnym przykładem wyśmienitej formy, do jakiej The Blue Nile przyzwyczaili nas w ciągu całej swojej kariery.

Antek Winiarski