Archiwum

A$AP Rocky – Punk Rocky

okładka singla "Punk Rocky" od ASAP Rocky'ego

Po ośmiu latach oczekiwania na nowy album jednego z najważniejszych raperów ostatnich dwóch dekad dostajemy… gitarową piosenkę o miłości w indie popowym stylu? Otóż tak! Właśnie tak brzmi pierwszy z singli zapowiadających płytę Don’t Be Dumb od samego A$AP Rocky. 

Po wydanym w 2018 roku albumie Testing, który spotkał się z mieszanym odbiorem, Flacko zrobił sobie dłuższą przerwę od regularnego wydawania muzyki, czasem tylko racząc nas niealbumowymi singlami. Nie nudził się jednak w tym czasie: mocno rozwijał swoją karierę w świecie mody jako projektant oraz model, a także zaangażował się w życie rodzinne – kilka miesięcy temu razem z Rihanną powitali na świecie swoje trzecie dziecko. Można zaryzykować hipotezę, że czas spędzony poza środowiskiem rapowym mógł otworzyć Rocky’ego na nowe doświadczenia i inspiracje, które postanowił pokazać światu na swoim nowym wydawnictwie. 

Punk Rocky nie ma wiele wspólnego z dotychczasowymi dokonaniami Rakima Mayersa. Zamiast sampli i basu typu 808 mamy tu żywą perkusję i gitary. Rocky trochę śpiewa, a trochę melorecytuje, ale za typowy rap nie można tego uznać. Reverb na gitarach dodaje jeszcze nieco psychodelii do utworu, a całość przywodzi na myśl muzykę Yvesa Tumora lub Genesisa Owusu, ale z wpływami Animal Collective i Deana Blunta. To brzmienie, którego niekoniecznie oczekiwaliśmy od człowieka, który wprowadził cloud rap do mainstreamu, ale czemu nie mielibyśmy pozwolić mu pobawić się trochę muzyką?

Artystyczne ambicje Rocky’ego widać też w warstwie wizualnej. Do utworu wypuścił teledysk w nieco onirycznym stylu, pełen dziwnych postaci (jedną z nich gra Winona Ryder) i konfundujących wydarzeń. Po świetnie przyjętym wideoklipie do utworu Taylor Swif sprzed półtora roku dostajemy kolejną niebanalną i dopracowaną produkcję. 

Jan Rostek



Saint Etienne

Saint Etienne, czyli indie dance w pigułce

Już od niemal trzydziestu pięciu lat angielski zespół Saint Etienne zachwyca swoimi eksperymentami z dźwiękiem. Odważne połączenia to ich specjalność i to właśnie one tak słuchaczy przyciągają. Będziemy się mogli o tym przekonać – z okazji zbliżającej się dwudziestej drugiej rocznicy wydania albumu Tiger Bay wyróżniamy ich tytułem Artysty Tygodnia w Radiu Luz.


Foxbase Alpha

1991

Heavenly Recordings

To jest jeden z tych debiutów, który zaskakuje swoją pełnością. W kompozycjach nie słychać zagubienia, tylko śmiałość. Pete Wiggs wraz z Bobem Stanleyem dążą do celu, który dopiero tworzą – kreują swoje miejsce w muzyce. Kolosalne znaczenie w zdefiniowaniu swojego brzmienia będzie miało znalezienie wokalistki. Delikatny głos Sary Cracknell stanie się wizytówką grupy.

Płytę otwiera fragment francuskiego programu sportowego – intro zapowiadające eklektyzm, z jakim przyjdzie nam obcować przez resztę kariery zespołu. Po intrze cover piosenki Neila YoungaOnly Love Can Break Your Heart. Utwór zostaje przyspieszony, a melancholijny duet pianina i gitary zostaje zamieniony na mocniejszy bas i elektroniczny beat. Jest to absolutny strzał w dziesiątkę –  idealny przykład dojrzałego podejścia do muzyki, jaki charakteryzuje członków Saint Etienne. Lecz album oferuje więcej – Nothing Can Stop Us Now i Spring to piosenki, które po trzydziestu pięciu latach nadal będą wizytówkami grupy.

Debiutancki materiał wciągnął słuchaczy i zainteresował nieznanym. Płyta Foxbase Alpha zrobiła więcej, niż ktokolwiek oczekiwał – zdefiniowała moment słowami, z których wcześniej nie korzystano.


Nasza selekcja:

 


Tiger Bay

1994

Heavenly Recordings

Trzeci album studyjny grupy Saint Etienne udowadnia, że jej członkowie są muzycznymi kameleonami. Zespół nie zwalnia na nim tempa – zachwyca słuchaczy połączeniem folkowych melodii z gatunkami takimi jak techno i dub. Dźwięki harfy, smyczków, czy też fletu przeplatają się z brzmieniami syntezatorów i automatów perkusyjnych. Wszystko to zostaje dopełnione delikatnym głosem Cracknell, który płynie przez płytę nieregularnie – czasem znika, by zostawić pole do popisu hipnotyzującym i elektryzującym kompozycjom.

Tym albumem Saint Etienne udowadniają, że są w stanie stworzyć melancholijną i wrażliwą historię, ale nadać jej klimatu transowego i klubowego. Tradycyjne brzmienia łączą się z nowoczesnymi, wrażliwość spleciona jest z elektrycznością. Niewiele na tej płycie dźwięków surowych – piosenki przepełnione są duszą i zaangażowaniem.

Folk ubrany w nowoczesną aranżację zachwycił. Tiger Bay jest płytą, która pokazuje, że jej twórcy nie tylko sprawnie obserwują rzeczywistości, ale też potrafią opowiedzieć o niej w emocjonalny sposób. Wielkimi krokami zbliża się dwudziesta druga rocznica wydania krążka. On jednak nie traci na wartości – dzieje się nawet coś odwrotnego. Materiał na nim zawarty nadal intryguje, nadal jest inspiracją dla eksperymentujących. 
Dowodem na imponujące pole rażenia tej płyty jest fakt, że w 2001 roku pewna łódzka grupa muzyczna szukając nazwy sięgnęła po tytuł piosenki właśnie z tego albumu. Mowa tu o zespole Cool Kids of Death, który mimo około rockowych orientacji nie bał się czerpać z alternatywnej muzyki dance’owej.


Nasza selekcja:

 


Good Humor

1998

Creation Records

Wydanie albumu Good Humor w 1998 roku było znakiem zmiany w twórczości grupy. Utwory działają na nim jak głęboki oddech. Stanowią nowy początek. Twórczość Saint Etienne wcześniej konsekwentnie czerpiąca z elektroniki i dance’u tym razem zanurzona została w morzu akustycznych brzmień. Płytę wyprodukował Tore Johannson, który pracował przy takich projektach jak The Cardigans, i to właśnie jego zaangażowanie mogło znacząco wpłynąć na kierunek obrany podczas tworzenia albumu.

Po latach intensywnego tworzenia muzyki skupionej na eksperymentach i hipnotyzowaniu grupa Saint Etienne pozwala sobie na zachłyśnięcie popową lekkością. W kadrze pojawiają się instrumenty dęte, gitara, perkusja. Pete Wiggs i Bob Stanley nadal stoją za syntezatorami, ale nie korzystają z nich już tak często, jak na poprzednich krążkach.

Efekty tej zmiany słychać. Utwory takie jak Lose That Girl, czy Goodnight Jack pełne są elementów indie-popowych, a czasem nawet czerpią z rocka. Największym hitem z płyty okazała się być jednak piosenka Wood Cabin, która do podsumowania wydawnictwa nada się idealnie. Czuć w niej charakterystyczne dla Saint Etienne połączenie rytmiczności ze słodko śpiewającym głosem Cracknell, ale nie zabrakło miejsca dla płynącego w tle pianina i regularnie odzywającego się basu.

Album Good Humor był dla zespołu odejściem od korzeni, a może też wyjściem ze strefy komfortu. Jednak popłynięcie w stronę szwedzkiego indie popu pozwoliło grupie na rozwój, a także po raz kolejny udowodniło, że muzycy z  Saint Etienne sami ustalają, gdzie znajdują się granice ich twórczości.


Nasza selekcja:

 

Maria Głowacka

septembie – DR. PEPPER BLACKBERRY

septembie - DR PEPPER BLACKBERRY

septembie wraca z nowym singlem, zapowiadającym EP pod tytułem bliss. Po debiucie z 2023 roku i zeszłorocznej premierze EP hi i’m septembie artysta pokazuje się w zupełnie innym wydaniu. Internetowe i elektroniczne inspiracje zmieniają bowiem całkowicie jego dotychczasowy bieg. Singiel uderza równolegle w nostalgiczne tony i porywa swoją energią. Jeśli po tym numerze czeka nas więcej takiego klimatu, to Wytwórnia Tematy trafiła w dziesiątkę. Dzięki premierze nowej EP septembiego, label może mieć w swoim katalogu jeden z ważniejszych niezależnych projektów krótkogrających tego roku.

septembie, który korzysta ze splice’a do przygotowania nowego materiału, ma dwa kluczowe plusy. Przede wszystkim serwuje najciekawsze na polskiej scenie niezależnej połączenie muzyki gitarowej i elektronicznej. Nie mamy już do czynienia z indie pop’em, ani shoegaze’em. DR. PEPPER BLACKBERRY to numer stojący gdzieś w połowie drogi między skate punk’iem z lat 90′, a nowym albumem hubiegothekida. Drugą bezwarunkową zaletą singla jest nieświadomy muzyczny follow up do hitowego singla Patrick Swayze.

septembie biegnie na ratunek wszystkim samotnym osobom, siedzącym na plaży w Chałupach, lub Międzyzdrojach. Jeśli macie czas, koniecznie skorzystajcie z ostatnich tygodni lata i zatańczcie do naszego Mocograja 😉

Dawid Sas
osiedle core

TOPS

Taniec światła i cienia w wykonaniu zespołu TOPS

Ich muzyka łączy eteryczność dream popu z lekkością indie i synth popu, doprawioną funkowym rytmem i pełnymi barw partiami syntezatorów. TOPS to zespół z górnej półki. Nowe single, zapowiadające ich najnowszy album Bury the key, który ukaże się 22 sierpnia 2025 roku, (pierwszy od pięciu lat longplay) potwierdzają, że nazwa grupy to nie tylko obietnica pięknego brzmienia, ale jego gwarancja.

 

From the TOPS

Zespół z Montrealu uformował się w 2011 roku, kiedy Jane Penny, David Carriere (dawni członkowie grupy Silly Kissers) połączyli się z perkusistą Riley’im Fleckiem. Ich wspólna miłość do vintage brzmień z lat 70 i 80 zaowocowała powstaniem TOPS, który dość szybko zyskał uznanie na kanadyjskiej scenie indie popowej. Zespół od początku był dzieckiem wydawnictwa Arbutus Records, labelu, który zyskał rozgłos po wydaniu pierwszych albumów Grimes i kooperacji przy słynnym Visions z 2012 roku. W tym samym roku TOPS wydali swój pierwszy album zatytułowany Tender Opposites i już wtedy wyznaczyli drogowskaz gatunkowy w którym orbitują do dziś.

Picture you staring (2014) to drugi album zespołu, który przyniósł dojrzalsze niż debiut i bardziej określające brzmienia. Głównym motywem jest w nim dostrzeganie niedostrzegalnego — poruszanie się w niepewności, wśród domysłów i poprzez wyobraźnię. Nie jest to pop dla naiwnych, ale poszukiwaczy wrażliwości, próbujących zatrzymać czas w określonym momencie.

Is that the way that you are?/ I can picture you staring/ Out the window/ Not caring — wyłapanie tego wersu w, Way to be loved, które rozpoczyna album, sprawia słuchaczowi dużą satysfakcję, choć pojawia się odrobinę za wcześnie w kontekście pozostałych utworów. Na tle innych kompozycji szczególnie wyróżnia się Outside unoszący się na miękkich i długich syntezatorach. Przynosi na myśl nostalgię budowaną u Mazzy Star, lynchowski wymiar sennego wokalu połączonego z gitarą — w tym przypadku gitarą barytonową.

W 2017 roku, do TOPS dołączyła Marta Cikojevic jako klawiszowiec, wzbogacając grupę o nową warstwę brzmieniową. W tym samym roku powstał też ich trzeci studyjny album zatytułowany Sugar at the Gate.

W swoim trzecim albumie zespół TOPS z Montrealu dopracował swoje brzmienie i uściślił swoją estetykę. Te sprytnie wyprodukowane utwory soft rockowe charakteryzują się elegancką atmosferą i vintage’owym ciepłem.

Tak o albumie pisał Kevin Lozano z Pitchfork, oceniając go na zawrotną liczbę 7,4/10.  Kiedy TOPS przenieśli się z Montrealu do Los Angeles, wynajęli dom w Glendale, który wyglądał jak z pocztówki z lat 70. — duża willa z kolumnami, zielonym ogrodem i basenem. Nazywali to miejsce „Glamdale”. Właśnie tam powstał album Sugar at the Gate

To płyta, która oddycha. Słychać w niej echo pustych pokoi, w których mikrofony łapały nie tylko dźwięk, ale też kurz i atmosferę ukrytą między dźwiękami. Jest tu kalifornijska jasność, ale nie ta pocztówkowa z plażami i palmami. Bardziej ta z filmów Sofii Coppoli — trochę senna, trochę depresyjna. Lekkość podszyta refleksją. Album nie zatracił jednak swojej słoneczności, którą zespół emanuje muzycznie. Tonem i estetyką wpisuje się w klimat Zachodniego Wybrzeża – jasny, lekki, lecz nie stereotypowy. Zachowuje to, z czego TOPS słynęli do tej pory, doskonale operując nostalgią. Muzycy zgrabnie wykorzystali na albumie kasetową estetykę, przesterowanie, kicz i sentymentalny groove. Sugar at the Gate rozwija się powoli, pozwalając kolejnym detalom wybrzmieć z czasem w przestrzennych aranżacjach — to album wymagający uwagi.

Direct Sunlight to utwór otwierający kolejną podróż TOPS w stronę lat 70 i 80 35-minutową płytę I feel alive z 2020 roku. Bas i perkusja miękko niosą rytm, a ciepłe dźwięki Rhodesa i zwiewne frazy fletu poprzecznego w wykonaniu Jane Penny rozszerzają przestrzeń, jakby zespół nabierał głęboki wdech tuż przed skokiem do letniego basenu. Ten album wydaje się jeszcze jaśniejszy, niż dotychczasowy dorobek zespołu, zwłaszcza jeśli myślimy o brzmieniu i wymowie warstwy tekstowej. I feel alive jest opowieścią o odporności na bolesne doświadczenia życiowe i wynoszeniu z nich jak najwięcej mądrości. Nie ma na nim przesadnego optymizmu, a jest raczej taniec we łzach, w których smutek staje się oczyszczający i budujący. 

W Ballads & Sad movies wokal Jane Penny jest mocno nasycony emocjami gdy śpiewa:

My favorite ballads and sad movies/
Don’t do nothing for me now/
Unfamiliar ending and sound
.

Okazuje się że nostalgia bywa mieczem obosiecznym, ale sam przekaz krzyku I don’t know who I am anymore, łagodzi eteryczna warstwa muzyczna, przenosząc efekt ciężkości na drugą stronę płyty.

Dobre wrażenie robi też utwór Colder & Closer zbudowany na kontrastach i metalicznym brzmieniu perkusji. Lirycznie opowiada o grze w „ciepło-zimno” z drugą osobą. Chłód niekojarzący się z bliskością jest reakcją na niepewność uczuć. Niejednoznaczność tekstu sprawia, że piosenka brzmi, jak zapis sprzecznych sygnałów. Całość dopełnia teledysk, wykorzystujący termowizję jako metaforę uniku przed intymnością.

Jane Penny, David Carriere, Marta Cikojevic i Riley Fleck, dotąd mistrzowie bezbłędnych, groove’owych perełek, tym razem otwierają drzwi do mroczniejszego wymiaru swojej twórczości. Zespół nazywa ten okres swoją „złą erą TOPS”. Faktycznie, ich miękkie, pastelowe brzmienia zostały tu nasycone niepokojącym nastrojem i fatalistycznym dramatyzmem disco po zmroku. To wciąż dobrze znana, nieco taneczna, miejska nostalgia, ale ubrana w nieco inny koloryt, niż w przypadku poprzednich wydawnictw.

Single zapowiadające nowy album, zatytułowany Bury the Key pokazują, że zespół eksperymentuje z nową estetyką ich dotychczasowej muzycznej tożsamości. Annihilation pulsuje chłodnym syntezatorem i tajemnicą, Falling on My Sword charakteryzuje buntowniczość, a Chlorine wprowadza spokojniejszy, znany z wcześniejszej twórczości TOPS refleksyjny ton. Łączą się w przemyślaną, a zarazem wielobarwną strukturę, która każe z niecierpliwością wyczekiwać nowego albumu. 

Julia Prus

Balu Brigada – What Do We Ever Really Know?

Nowozelandzki duet Balu Brigada zdradza kolejną pozycję ze swojego nadchodzącego, debiutanckiego albumu. Już za lekko ponad dwa tygodnie dowiemy się, jak w całości brzmi Portal. Poprzeczka zawisła wysoko, zwłaszcza po tym, jak wykręcony i przestrzenny był wcześniejszy singiel Backseet oraz hiciarski So Cold. Teraz czas dać szansę What Do We Ever Really Know? i zrozumieć, co zespół ma do przekazania. 

Na temat nowego singla wypowiedzieli się sami autorzy. Twierdzą, że What Do We Ever Really Know? to kryzys egzystencjalny. Może się to wydawać dość zaskakujące, bo muzycznie, tak jak indie rockowe gitarki mają w zwyczaju, kawałek jest raczej ciepły i przyjemny. Zgłębiając jednak historię Mocograja dowiadujemy się o ciężarach życia, ciągłym pędzie, a także mnóstwie niezależnych od nas rzeczy. Równocześnie Balu Brigada mówi o towarzyszących tym trudnościom zamieszaniu i ambicjach, ale też o tym, że na osi czasu trafiają się i dobre chwile. Z połączenia przeciwstawnych biegunów emocjonalnych  powstaje rzeczywistość, w której staramy się działać słusznie. Jednak pojawią się przy tym pytanie: Czy w ogóle wiemy, co robimy? 

Paulina Madej

Wolf Alice – The Sofa

Brytyjski zespół Wolf Alice przesunął datę premiery nadchodzącego albumu The Clearing z 29 na 22 sierpnia, a niedługo po ogłoszeniu radosnej informacji, przypieczętował ją drugim z singli promujących projekt – rozkosznym The Sofa. Jeśli macie w zanadrzu kilka minut, włączcie teledysk i rozsiądźcie się na kanapie, obok wokalistki. Uwaga! Ryzyko braku możności oderwania oczu oraz uszu jest wysokie… i absolutnie warto je podjąć.

Podczas gdy ostatni studyjny projekt Wolf Alice, czyli Blue Weekend, opowiadał o podróży zarówno w znaczeniu dosłownym (pobyt Ellie Rowsell w Stanach Zjednoczonych), jak i metaforycznym (wewnętrzne zagubienie i proces leczenia złamanego serca), The Sofa jest stateczne. Wypełnione komfortem i ciepłem. Nasycone samoakceptacją. Utwór jest sugestią, że czasem lepiej odpuścić i (na przykład, na własnej kanapie) zaczerpnąć błogiego spokoju, uprawiając il dolce far niente.

Pola Sosin

 

Wolf Alice – Bloom Baby Bloom

wolf alice bloom baby bloom

Od czego tu zacząć? W końcu przy tak gorących premierach, nie tylko w roli mocograja na antenie Radia LUZ, brakuje trochę słów. Może więc po kolei. Kiedy cztery lata temu ukazał się Blue Weekend, poprzeczka, jaką postawili sobie Wolf Alice wydawała się niemożliwa do przeskoczenia. Spowity w mrocznej, filmowej aurze trzeci krążek londyńskiej grupy to dzieło w każdym calu wybitne. Długo wówczas zastanawiałem się, jak tego dokonali i co muszą zrobić, by choć w najmniejszym stopniu dorównać tak wysokiemu poziomowi.

Ani przez chwilę nie spodziewałem się tego, co uzyskam w odpowiedzi. Nikt nie mógł być na to gotowy. W ubiegłym tygodniu Wolf Alice powrócili z nowym utworem, zapowiedzieli album i, jakby to nie wystarczało, solowy koncert w warszawskiej Progresji! Wiele poczynań z legendarnym singlem na czele, bo tylko tak można określić Bloom Baby Bloom. Trochę jakby wyjęty ze starej gry wideo, której chaotyczna akcja w rzeczywistości jest doskonale przemyślana, trzymając w napięciu od pierwszych sekund rozgrywki.

Rozmarzone gitary, choć już nie tak w centrum, dalej stanowią istotny element układanki, czasem w postaci szybkiej solówki, czasem w formie wysokich przeciągnięć strun tu i tam. To jednak pianino wysuwa się na prowadzenie swoim skocznym, teatralnym rytmem. W jego ślady idzie perkusja – szybka i dynamiczna. Wszystko spojone nietuzinkowymi melodiami oraz przyjemnymi smaczkami w formie przeróżnych dźwięków: od przypominających wspomnianą wyżej grę wideo elektronicznych syntezatorów, po odgłosy jadącego pociągu. Jest jednak coś jeszcze, co bez cienia wątpliwości wyróżnia się najbardziej. Ellie Rowsell i jej wokal. To zdecydowanie jej rozgrywka, w której nie bierze żadnych jeńców. Każdy oddech, westchnięcie, chórki, każdy krzyk (a takich jest sporo!) przypomina o niezrównanej sile, jaką dysponuje. Wokalistka rozkwita niczym kwiat, a nam nie sposób nie zachwycać się kolorami jej głosu.

Sumując wszystkie elementy, otrzymujemy jeden z najbardziej intrygujących utworów tego roku. Bloom Baby Bloom to całkowita reinwencja stylistyczna, której pozostałe karty Wolf Alice ujawnią pod koniec sierpnia, przy okazji premiery albumu The Clearing. Pięknym dokumentem obranej ścieżki jest towarzyszący singlowi teledysk, przedstawiający artystów z innej, nieznanej wcześniej strony. I choć zaskakujący, u jego podstaw leży ta sama nieodłączna chęć odkrywania nowych możliwości i ciągłej eksperymentacji.

Antek Winiarski

Bon Iver – From

bon iver sable fable

Czy w ostatnim czasie Waszą uwagę na serwisach streamingowych zwrócił może czarny kwadracik na łososiowym tle? W tym tygodniu rozwiewamy wątpliwości. Justin Vernon i spółka, kryjący się pod pseudonimem Bon Iver, powrócili z pierwszym od sześciu lat albumem studyjnym. Obecny na okładce SABLE, fABLE minimalizm, choć niezmiernie urzekający, nie odzwierciedla jednak jego muzycznej zawartości. No, prawie.

Nowy krążek Bon Iver podzielili na dwie części. Pierwszą – SABLE, – poznaliśmy jesienią. Jeśli szukać minimalizmu, to właśnie tam. Trzy otwierające album folkowe kompozycje bazują wyłącznie na instrumentach akustycznych, przywodząc na myśl pierwsze dokonania zespołu. Serce, podobnie jak wtedy, pozostawiają rozdarte. Co ciekawe, tutaj to tło było czarne a kwadracik łososiowy. Otaczająca zewsząd ciemność i przebijające się światełko w tunelu?

Tymczasem świeżo wydane fABLE to całkowite przeciwieństwo poprzedzającej EPki. Zupełnie niczym yin i yang, drugą część płyty niemalże w całości wypełnia światło. Utwory z pogranicza R&B, gospelu i elektroniki przypominają o nadchodzącym lecie i wszechobecnej już wiośnie. Z tego nietuzinkowego zestawu utwór From – otulający ciepłem niczym lekki wiatr w słoneczny dzień – zostaje nowym mocograjem na 91.6 FM.

Antek Winiarski

SABLE, fABLE by Bon Iver

Men I Trust

Zdjęcie przedstawiające zespół Men I Trust

Potrzeba Wam nieco spokoju pośród tej zmiennej marcowej pogody? Albo czegoś komfortowego i okraszonego długo wyczekiwanym, wiosennym słońcem?
Mamy dla Was coś w sam raz, bo 19 marca kanadyjski zespół Men I Trust opublikował krążek Equus Asinus o takim zabarwieniu. Jest to świetna okazja, nie tylko do zachęcenia Was do tego albumu, ale również przedstawienia sylwetki trio w ramach pasma Artysta Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

Men I Trust i Headroom

Jak to często bywa, historia Men I Trust sięga licealnych czasów Jessiego Carona i Dragosa Chiriaca. Właśnie w szkole średniej Jessie — gitarzysta i basista, poznał Dragosa, kolegę ze szkoły grającego na keybordzie. Można jednak powiedzieć, że początek ich wspólnej twórczości ma swoje miejsce kilka lat później, w 2014 roku. Ponad dekadę temu, połączyli swoje siły i zmysł do tworzenia przyjemnie i powoli płynących kompozycji, czego owocem był album Men I Trust. Chociaż już wtedy słyszalne były ciepłe i słodkie tendencje brzmieniowe grupy, trzeba przyznać, że album ten wyróżnia się na tle pozostałych krążków zespołu. Był to pierwszy krok na drodze w poznawaniu świata miękkich brzmień. Krok niewątpliwie milowy.

Okładka singla Men I Trust - Show Me How

Takim samym, a może nawet większym krokiem milowym osiągniętym przez Kanadyjczyków w czasie ich podróży do własnego, wyjątkowego, unikatowego stylu, było dołączenie do grupy gitarzystki i wokalistki Emmy Proulx. Nie zrozumcie nas źle, pierwszy album Jessiego i Dragosa był piękny, jednak zwiewność nowoprzybyłej, zmieniła oblicze zespołu. Jej delikatny głos, pojawił się na drugim studyjnym albumie — Headroom, tym samym stając się kropką nad Men I trust, -owym I. No i nazwa nabrała jakby więcej sensu, prawda?

Trzeba przyznać, Emma stała się zarówno muzycznym trade markiem grupy, jak i jej wizerunkiem. Postać piosenkarki, zawsze przyozdobiona łagodnym, kojącym uśmiechem i spokojem płynącym z jej oczu pojawiała się wielokrotnie na okładkach singli zespołu. Gdyby tak się przypatrzeć dłużej, podobny komfort i delikatność, znajdziemy też w rysunkowych postaciach z opraw wizualnych, chociażby albumu Oncle Jazz, czy singla You Deserve This. A to, co widzialne, znajduje odzwierciedlenie (a może w kontekście dźwięku warto by powiedzieć, że odbija się echem?) w brzmieniu Men I Trust.

Oncle Jazz, Untourable Album i wizyty w Polsce

Albumem, który przyniósł duży rozgłos grupie, utrwalając ich miejsce na bedroomowej scenie jest Oncle Jazz. Wydany w 2019 roku, ciepły w brzmieniach krążek to absolutna kwintesencja tego jak brzmi Men I Trust. Ten album pełen błyskotliwych kawałków, ogrzewających umysł zarówno tekstowo jak i muzycznie, spiął ze sobą sporo publikowanych wcześniej singli, co spotkało się z mieszanym odbiorem fanów. Wszyscy pragnęli jak najwięcej nowej twórczości, zafascynowani tym, czego do tej pory mogli już skosztować i w czym się rozkochać. Na większą dawkę nowości trzeba było poczekać dwa lata. Dwa lata, podczas których wszystko pozostało trochę w zawieszeniu. Powstały w czasie pandemii Untourable Album zaopiekował się uszami i duszami słuchaczy i początkowo nie wiązał się z żadnymi koncertami. Los chciał jednak inaczej i ostatecznie pod koniec 2021 roku grupa wyruszyła w trasę o przewrotnym tytule Untourable Tour.

Zespół Men I Trust na koncercie

Skoro o koncertowaniu mowa, Kanadyjczycy wpadali do Polski kilkukrotnie, wyprzedając całe sale. Na ostatnim z koncertów, granym w Polsce w 2022 roku, mimo przeziębienia wokalistki, zespół stworzył niepowtarzalną atmosferę, a lekka chrypka performerki, tylko ubarwiła warstwę wokalną. Sala wypełniła się wtedy ludźmi i czarującymi dźwiękami, które w swoich utworach serwuje Men I Trust. Trzeba im przyznać — mimo spokojnego klimatu, w jakim z założenia grają, ich energia na scenie jest szczera i wszechogarniająca.

Albumy Live

Men I Trust wydali dwa albumy live’owe. Jeden z nich w 2020 roku, drugi — lekko ponad miesiąc temu. Oba przyprawiają o uczucie, jakbyśmy rezydowali z zespołem w niewielkim, przytulnym pokoju, wytłumionym dywanami, słuchając ich muzyki i popijając jakiś ciepły napój. Jest komfortowo, jest miękko.

Forever Live Sessions Vol.2 to krążek długo wyczekiwany, fanów indie-popowych brzmień grupy nierzadko ogarniało zwątpienie, czy rzeczone wydawnictwo, w ogóle kiedykolwiek zostanie opublikowane. Jednak wraz ze swoim pojawieniem się, momentalnie zaskarbiło sobie serca słuchaczy, dla niektórych stając się zbiorem ulubionych wykonań już wcześniej i tak lubianych utworów. Forever Live Sessions Vol.2 nie powielają utworów z pierwszej części, wydanej 5 lat temu, więc jeśli komuś nie udało się doświadczyć tych uwiecznionych na albumie koncertów, śmiało może nadrobić to, słuchając obu wydań, zanim zabierze się za najnowszy album zespołu.

A jeśli już o najnowszym krążku mowa…

Equus Asinus

Czyli osiołek zwyczajny, kontynuuje bedroomowy styl grupy. Ale czuć w nim też powiewy świeżości.

Okładka albumu Men I Trus - Equus AsinusNiektóre niezależne single (takie jak Billy Tropy) zdawały się sugerować konkretniejszą zmianę stylu ekipy. Ta miała skierować się ku bardziej pospiesznym tonom, basem nieco sugerującym post-punkowe brzmienia. Tym razem jednak grupa poza wplataniem coraz większej ilości dream-popowych melodii, pokusiła się również o romantyczne rozwinięcia w klimacie balladowo-westernowym (I Come With Mud) czy może również nieco francusko nowofalowym? (Girl 2025). Otuleni w dźwięki spokojnej perkusji, łaskoczących gitar i delikatnego wokalu rozpływamy się w nostalgicznej zadumie. Słodko-gorzkie teksty, jak chociażby w utworach Bethlehem czy Purple Box mają melancholijny klimat, który jednak nie dołuje — nosi w sobie iskierkę nadziei na pozytywny rozwój zdarzeń. Albo, chociaż na zaakceptowanie tego, co minęło.

 

A gdyby jakoś zobrazować, jak brzmi ostatnie wydanie od Men I Trust, to nie trzeba daleko szukać. Najnowszy album roztacza wokół siebie dymny, gęsty, ale równocześnie nieprzytłaczający klimat relacji międzyludzkich — taki sam, jaki panuje w pokoju na zdjęciu z jego okładki.

Maja Michalik & Katarzyna Golec

 

Clairo — Sexy to Someone

sexy to someone clairo cover

Clairo wróciła.

Po trzech latach przerwy od albumów (wydając w międzyczasie wyłącznie utwory wspierające cele charytatywne lub współprace z innymi artystami) Claire Cottrill opublikowała pierwszy singiel zapowiadający trzeci (third times the…) longplay w jej dorobku, zatytułowany Charm. Przygotowujące nas Sexy to Someone jest wyznacznikiem nowego brzmienia, które idealnie podsumowuje jej karierę, stojąc stylistycznie pomiędzy debiutanckim Immunity i najświeższym Sling. A te porównania nie powinny dziwić, zwłaszcza że wokalistka od dawna w swojej muzyce odzwierciedla dorastanie, a jej brzmienie zmienia się wraz z życiem i dojrzałością.

Sexy to Someone przyciąga słuchaczy, sięgając po ciepło i instrumentację znaną ze Sling (wyprodukowanym przez Jacka Antonoffa), jednocześnie łącząc je z bardziej energiczną perkusją i paletą dźwiękową Immunity (które powstawało w kolaboracji z członkiem Vampire Weekend, Rostamem Batmanglij). Tym razem, Clairo użycza pomocy od Leona Michelsa – jego wpływy około-soul’owe są zwłaszcza słyszalne w harmonijnym flecie Cottrill, którego znajdziemy w akustycznej oprawie utworu, oraz w inspirowanych latami 70. rozmytych gitarach, które poruszają się gdzieś pomiędzy psychodelicznym folkiem a jazzem.

Wszystko to sprawia, że Sexy to Someone brzmi trochę jak na nowo odkryty staroć, schowany gdzieś w regale pomiędzy nagraniami Motown, który po odtworzeniu uświadamia ci, że twoje uczucia są uniwersalne i ponadczasowe. Wokal Claire jest rześki, oddychający i przytulny, a tekst, typowo dla artystki porusza swoją ludzkością, tęsknotą i subtelnością. Autorka wie jednak, jak poradzić sobie z tym emocjonalnym bagażem – Sexy to Someone pozwala zrozumieć swój własny świat w uniwersalny sposób, zostawiając jednocześnie muzycznie miejsce na taniec i zabawę.

Pozwólcie Clairo oczarować was jej najnowszym utworem, wyróżnionym przez nas na 91.6 FM. Sexy to Someone otrzymuje status mocograja!

Charm, najnowszy album Clairo zostanie wydany już 12 lipca.

Mikołaj Domalewski