Archiwum

Pulp – Begging for Change

Mimo ponad czterech dekad na scenie muzycznej w Pulp wciąż tli się młodzieńczy ogień, a w Jarvisie Cockerze nieustannie grasuje buntownik, który zamiast otwartą dłonią — policzkuje ironią.

We are being strip-mined by the powers that be

We are being strip-mined by the new bourgeoisie

Now we’re begging, ah

Begging for Change to intensywna wściekłość operująca zarówno metaforami, jak i dosłownością. To obraz niesprawiedliwości, nierówności i eksploatacji. To manifest. Refren oparty na literowaniu b-e-g-g-i-n-g i powtarzaniu begging for change niczym mantry jest wyrazem nie tylko desperacji, ale też, a może przede wszystkim, zawziętości i upartości.

I’ve seen the future, the future is hard

You pay with your life, they pay with their card

Yeah

B-E-G-G-I-N-G (Ah, spell it for me)

Begging for change

Begging for Change to utwór, który — w duchu charakterystycznym dla Pulp — łączy osobistą wrażliwość z refleksją nad wszechobecnymi problemami społecznymi i ekonomicznymi. Tekst bezpośrednio dotyka nierówności, pragnienia zmiany i krytyki społecznej, a muzyka napędza i nie pozwala stanąć w miejscu. Pulp po raz kolejny (już naprawdę nie wiem który) udowadniają, że są znakomici w tworzeniu protest songów. Takich, które nie tylko niosą za sobą dobry przekaz, ale przepełnione są wspaniałą energią.

It’s time to wake up, and smell the unfairness

It’s the end of the west, which is, perhaps, for the best

It’s the end of the west, which is, perhaps, for the best

But I couldn’t care less

I couldn’t care less, no

To czwarty singiel zapowiadający kompilację Help(2). Powstała ona w wyniku współpracy organizacji charytatywnej War Child UK oraz wielu osób artystycznych i zespołów (m.in. Beth Gibbons, Damona Albarna, Camerona Wintera, Big Thief, Fontaines D.C. czy Arctic Monkeys — nasz niedawny Mocograj!). Całość ukaże się już 6 marca. Inicjatywa ta ma swoje korzenie w 1995 roku, kiedy ukazał się Help, album kompilacyjny z udziałem m.in. Blur, Oasis, Sinéad O’Connor czy Massive Attack. Dzięki tym działaniom organizacja zbiera potrzebne środki na pomoc dzieciom cierpiącym na skutek konfliktów zbrojnych.

All throughout history, it’s always the same

Everyone, everywhere, begging for change

I’ve seen the future, the future is strange

When you’re begging for change, you’re begging for chains

Begging for chains

So, change

Zuzanna Kopij


David Bowie

David Bowie w sesji wykonanej przez Masayoshi Sukita

10 stycznia 2026 mija 10 lat odkąd świat obiegła wstrząsająca informacja o śmierci Davida Bowiego. Jego płodna kariera trwała przez ponad 50 lat i pokazywała, że jej jedyną stałą jest nieustająca zmiana. W tym tygodniu David Bowie powróci do nas jako artysta tygodnia Akademickiego Radia LUZ. 


 

Nabieranie rozpędu

Odkąd NASA rozsławiła utwór Space Oddity, używając go w materiałach z lądowania Apollo 11, kariera Davida Bowiego nabrała niesamowitego tempa. Do 1980 roku, w ciągu zaledwie 11 lat, wydał 13 albumów studyjnych — połowę z całego dorobku! Nie wspominając, że pisał w tym czasie utwory również dla innych muzyków, między innymi dla Lou Reeda czy Iggiego Popa. Dekadę skończył z przytupem, wydając Scary Monsters (And Super Creeps). Na albumie pojawia się utwór Ashes to Ashes, kontynuacja Space Oddity, w której Bowie opowiada dalszą historię swojej protopersony — Majora Toma.

 

Jedyną stałą nieustająca zmiana

Bowie doszedł do wniosku, że aby czuć się komfortowo na scenie, musi wykreować personę, która ochroni go przed dociekliwym światem.  Pierwszą postacią, dla której stworzył kompletną historię, był androgeniczny Ziggy Stardust — kosmita i gwiazda rocka w jednym. Ziggy przybył na Ziemię, by w obliczu nadchodzącej apokalipsy przynieść ludzkości nadzieję. Bowie powiedział, że tworząc to wcielenie, zależało mu tylko na jednym: na zdefiniowaniu archetypu rockowego mesjasza. The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars to koncepcyjna perełka, w której muzyka wiernie podąża za historią.

W 1972 roku, w trakcie trasy koncertowej Ziggy Stardust, Bowie pracował już nad materiałami do kolejnej płyty. Oprócz muzyki stworzył też nowe wcielenie —  tytułowego Alladina Sane’a (gra słowna „A Lad Insane”). Największą muzyczną zmianą było zaangażowanie pianisty jazzowego Mike’a Garsona. To on nadał płycie szalony charakter. Tytułowy utwór to wycieczka na tereny awangardowego jazzu, w trakcie której można usłyszeć obłędne solo fortepianowe. Utwory składające się na krążek zostały zainspirowane obserwacjami Bowiego na temat Stanów Zjednoczonych. Były jego brytyjskim spojrzeniem na Nowy Świat. Alladin Sane to Ziggy, który przybył  do Waszyngtonu. Niecały rok później, w trakcie nagrywania albumu Diamond Dogs, Bowie pojawił się w jeszcze innym wcieleniu — jako stylowy, wyluzowany Halloween Jack.  Tym razem inspiracją dla Davida do stworzenia tej persony była powieść George’a Orwella 1984.

 

Pod koniec 1974, Bowie zaczął eksplorować alter ego Thin White Duke’a, postać rozwiniętą w albumie Station to Station. Było to zdecydowanie jego najbardziej kontrowersyjne wcielenie. W trakcie wywiadów z tego okresu padły kontrowersyjne, profaszystowskie komentarze. Bowie tłumaczył swoje zachowanie personą Thin White Duke’a. Muzycznie Station to Station było ciekawą fuzją. Album składał się jedynie z 6 utworów, ale za to jak dopracowanych! Bowie rozwinął na nim funk i soul, który można było usłyszeć w Young Americans, łącząc to z zupełnie nowym kierunkiem — krautrockiem.  Niedługo później artysta zdecydował się opuścić Stany Zjednoczone i wrócić do Europy, by podratować swoje zdrowie psychiczne i fizyczne. Koniec lat 70. David spędził w Berlinie, tworząc swoją słynną trylogię.

Najprawdopodobniej najważniejszą inspiracją dla wczesnych person Bowiego był Lindsay Kemp — wybitny tancerz i mim, którego artysta poznał pod koniec lat 60. Kemp zaszczepił w Bowiem fascynację androgynicznością. Pokazał mu, że płeć na scenie może być płynna, a maska i kostium nie służą do ukrycia się, ale do wydobycia głębszej prawdy. To pod wpływem Kempa Bowie zaczął malować twarz na biało i eksperymentować z teatralnym makijażem. Kiedy Bowie tworzył trasę koncertową Ziggy Stardust, poprosił Kempa o pomoc w przygotowaniu choreografii. To dzięki Lindsayowi koncerty Bowiego przestały być zwykłymi występami rockowymi, a stały się spektaklami wizualnymi przypominającymi japoński teatr Kabuki. Kemp pomógł mu stworzyć postać, która była jednocześnie „bogiem rocka” i eteryczną istotą z innego świata.

Ikona popkultury

Po eksperymentalnej „Trylogii Berlińskiej” z końca lat 70., Bowie wszedł w nową dekadę z zamiarem zdobycia masowej popularności. W tym okresie David mniej korzystał z tworzenia person. Tym razem postawił na eleganckie garnitury w pastelowych kolorach, tlenione blond włosy i przede wszystkim koniec z mrokiem. Pracę nad nowymi utworami zaczął u boku nowego producenta Neila Rodgersa. Let’s Dance, Modern Love i China Girl zdominowały radio i rodzącą się stację MTV. W tym czasie powstała również współpraca z QueenUnder Pressure, dziś najczęściej streamowany utwór Bowiego.

Lata 80. to również intensywny rozwój kariery filmowej Bowiego. Artysta udowodnił niedowiarkom, że jest aktorem z prawdziwego zdarzenia. W Labiryncie stworzył kreację Jaretha, Króla Goblinów – mroczną, uwodzicielską i niesamowicie stylową.  Z kolei w Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence pokazał zupełnie inne oblicze — surowe i dramatyczne. Pod koniec życia Bowie stał się mistrzem drugiego planu, wybierając role krótkie, ale ikoniczne. Kto inny mógłby z taką klasą zagrać Andy’ego Warhola w filmie Basquiat, objawić się jako surrealistyczny agent w Twin Peaks u Davida Lyncha, czy wreszcie wcielić się w postać samego Nikoli Tesli w Prestiżu?

Pożegnanie

W trakcie trasy promującej album Reality, Bowie doznał zawału serca. Po tym wydarzeniu już nigdy nie wrócił do koncertowania. Wycofał się z życia publicznego i skupił się na nagrywaniu albumów studyjnych. Na dwa dni przed śmiercią, w dniu jego 69 urodzin, świat ujrzał Blackstar. David tworzył ten album, walcząc z chorobą nowotworową, o której wiedzieli nieliczni, jedynie rodzina i najbliżsi. Nawet muzycy nagrywający z nim płytę nie mieli pojęcia, w jak poważnym stanie znajduje się artysta. Bowie, wiedząc o terminalnej chorobie, zamienił własną śmierć w ostateczny, mroczny performance. Blackstar był jego artystycznym pożegnaniem, w którym nie było żadnych radiowych kompromisów. David zaczynał swoją przygodę z muzyką jako nastoletni saksofonista i to saksofon powraca na pierwszy plan w jego ostatnim albumie.

 

Wiktoria Żurek

 

 

 

 

 

 



Ana Frango Elétrico ft. Marcos Valle – Não Tem Nada Não

Muzyka brazylijska ponownie zatacza krąg, kontynuując dziedzictwo mistrzów minionej ery, zatopionej w ciepłym funku. Ana Frango Elétrico powracają prawie dwa lata po wydaniu fenomenalnej płyty Me Chama De Gato Que Eu Sou Sua z singlem Não Tem Nada Não. W prostym tłumaczeniu tytuł ten oznacza  „Nie posiadam niczego, nie”, lecz czy to prawda, kiedy u boku Any słyszymy postać równie legendarną i nietuzinkową, jaką jest Marcos Valle? Posłuchajcie i przekonajcie się sami!

Wróćmy na chwilę do roku 1973. Jest to czas należący przede wszystkim do brzmień gitarowych, odnoszących się do tradycji bossa novy, lecz w sposób subtelny i nowoczesny. Psychodeliczne nurty najbardziej słychać na albumach cechujących się wybornym wokalem. Za przykład niech posłużą ówczesne wydawnictwa Gal Costy, Cassiano czy Toma Zé. Są to artyści badający giętkość języka portugalskiego, wybornie przybliżając jego piękno i melodyjność. Wśród tego zacnego grona należy również wymienić Marcosa Valle człowieka renesansu i wiecznie młodego muzyka z Rio de Janeiro. Album Previsão do Tempo to pozycja obowiązkowa, jeżeli chcecie poczuć brazylijski polot i ciepło. Jest to muzyka równie surowa, co treściwa i piękna. Nie bez powodu producenci tak namiętnie korzystają z dźwięków właśnie tej płyty w celach samplowego recyklingu.

Podobnej rzeczy dopuściła się Ana Frango Elétrico, którzy w najnowszym singlu zapożyczają kompozycję z Previsão do Tempo. Na Não Tem Nada Não doświadczamy wyśmienitej sztuki coveru, idealnie balansującej między formą pierwotną, a autorskim zabarwieniem. Najważniejsza staje się końcówka, która zupełnie odbiega od oryginału, dając miejsce żywej energii. Rozgrzany groove reinterpretuje kultowy utwór Gypsy Woman (La Da Dee) i na długo zostanie wam w pamięci. Swoją wokalną cegiełkę dołożył również sam autor kompozycji, czyli Marcos Valle, lecz skrzętnie kamufluje się on w gąszczu ciepłych głosów wspierających Anę. Niektórym szczęśliwcom było dane usłyszeć ten utwór na żywo nieco wcześniej, ponieważ Não Tem Nada Não było częścią koncertowej setlisty, jaką Ana prezentowali, tourując ze swoim ostatnim albumem.

Não Tem Nada Não to kwintesencja ducha brazylijskiego dziedzictwa. Współpraca Marcosa Valle i Any Frango Elétrico to nie jedyny przypadek, kiedy muzyczna młodzież wspierana jest przez starsze pokolenie. Arthur Verocai, po latach nieobecności w branży muzycznej, mentorował BadBadNotGood w komponowaniu albumu Talk Memory. Ten wkład pomógł zaprezentować jego muzyce młodszemu gronu odbiorców. Oby tak samo było w przypadku Marcosa Valle, bo ilość brzmień i kolorów w dyskografii tego człowieka to studnia bez dna. Co niesamowite, pomimo 83 lat na karku, Marcos dalej koncertuje i jak widać tworzy równie piękne dźwięki, co przed laty.

Jędrzej Śmiałowski

 

Pulp

O pamięci, przemijaniu i pożegnaniach

More to triumfalny powrót Pulp: emocjonalnie bogaty, stylistycznie przemyślany i mocno osadzony w ich klasycznej tożsamości. Album zgłębia tematy starzenia się, seksualności i refleksji nad życiem – wszystko okraszone ironicznym humorem i nostalgicznym urokiem. To nie tylko prezent dla fanów, ale także dowód, że zespół – mimo 24 lat przerwy – wciąż potrafi przedstawić nam coś świeżego.

 

I’d like to buy the world some time, some time, some time
And a choice

Tymi słowami kończy się More, najnowszy album Pulp. To nie tylko pożegnanie z basistą zespołu i dobrym przyjacielem, Steve’em Mackeyem – to także zamknięcie kręgu, który rozpoczął się w latach 80., kiedy młoda grupa muzyków z Sheffield poszukiwała swojego brzmienia; tego, czym miał być Pulp. Między tymi dwoma momentami – oddalonymi o ponad czterdzieści lat – mieści się jedna z najbardziej złożonych historii ewolucji artystycznej w brytyjskiej muzyce popularnej.

Pulp to nie tylko zespół britpopowy (sami zresztą nigdy nie lubili się tak określać). Lawirując pomiędzy seksownym glam rockiem, tanecznym manifestem, a niewinnymi balladami tworzą własną wartość. To formacja, która przeszła przez niemal wszystkie fazy emocjonalne i estetyczne dorosłości – od niepewnej młodości, przez bunt, naukę kochania i niebezpieczną sławę, aż po melancholię przemijania. Każdy ich album to etap, każde brzmienie – lustro czasu, w którym się odbijali.


It

1983

Mimo że pierwsze albumy Pulp nie odbiły się dużym echem, wciąż są dziełami, które kształtują całokształt muzyki brytyjskiej lat 80. i 90. It do teraz plasuje się jako jeden z ciekawszych debiutów w tym nurcie. I choć ówczesny skład zespołu zdecydowanie różnił się od tego, który zdobył sławę dekadę później, jedno pozostało niezmienne – Jarvis Cocker. Jeszcze wówczas nastoletni, rozczochrany, z ogromnymi okularami i jeszcze większymi aspiracjami, by na zawsze zmienić oblicze brytyjskiej muzyki. Inspirowany Nickiem Drake’em, Jonathanem Richmanem i Donovanem wypełnia album odami do miłości, melancholii, młodości i niewinności. Cocker komentuje uważnie obserwowaną przez siebie rzeczywistość, ukazując intymną wrażliwość i poetycki dystans.

It to cichy debiut, który dzisiaj brzmi jak zapis prywatnej rozmowy młodego artysty z samym sobą. To muzyczny szkicownik, który pokazuje, że nawet najwięksi zaczynali od rzeczy małych, subtelnych, czasem naiwnych.


Different Class

1995

Kiedy w 1994 roku nadeszło His ‘n’ Hers, Pulp rozkwitli. Wreszcie znaleźli brzmienie, w którym czuli się najpewniej: surowy glam-pop z ironicznymi tekstami o ciele, pragnieniu i brytyjskiej, szarej codzienności. Momentami patetyczny, ciągle ironiczny i poetycki. Przeplatany błyszczącą nitką disco, której kierunek ściegu wyznaczał Steve Mackey na basie.

Ale to Different Class z 1995 roku uczynił z nich legendę. Album po brzegi wypełniony hymnami klasy średniej, która próbowała być kimś innym, niż pozwalała jej metryka społeczna. Jarvis Cocker stał się kimś więcej niż tekściarzem i frontmanem zespołu. Został głosem pokolenia, ale zamiast triumfu – była ironia. A sława podszyta była świadomością jej fałszu.

To właśnie był moment przełomowy dla zespołu. Od tamtej pory byli jedną z najbardziej znanych brytyjskich formacji, jednak gdy britpop często flirtował z narodową dumą i stylistyką retro, Pulp pytał, prowokował i obnażał hipokryzję.


This Is Hardcore

1998

Po sukcesie Different Class Pulp nie poszli drogą kolejnych hitów. Wydany w 1998 roku album This Is Hardcore był zaskoczeniem – ciemniejszy, poważniejszy i bardziej intymny. Jarvis Cocker śpiewał o wypaleniu, starzeniu się, o tym, co dzieje się po imprezie. Zamiast euforii – niepokój, zamiast przebojów – piosenki z ciężarem emocjonalnym. Choć w momencie premiery wzbudził mieszane reakcje, dziś uważany jest za jedną z najdojrzalszych płyt zespołu.

To zdecydowanie najcięższy i najbardziej wyrafinowany album grupy. Taneczny pop się skończył, a Pulp rozbierali jego resztki na części pierwsze. Muzycznie – noir-pop, cyniczne ballady, echo trip-hopu. Lirycznie – erotyka, przemijanie, starzejące się ciało, bezsilność. This Is Hardcore stanowił najbardziej bezlitosny autoportret zespołu, który już nie wierzył w pop jako wybawienie. A mimo to stworzył sztukę, która była jego najwyższą formą.


We Love Life

2001

Pulp wracają w 2001 roku z płytą We Love Life – spokojniejszą, cieplejszą, ale nadal pełną treści. To album, na którym zespół wyraźnie oddycha głębiej. Pojawiają się tematy natury, relacji, pogodzenia się z przemijaniem. Nie ma tu już britpopowej zadziorności – jest za to refleksyjna dojrzałość.

We Love Life jest subtelny, piękny, z ukrytym napięciem skrytym pod powierzchnią. Nie próbował robić hałasu, zamiast tego wszedł cicho, rozgościł się i zostawił coś, co z czasem działa mocniej niż wielkie finały – spokój, pewność, dojrzałość. To płyta, która nie musi krzyczeć, żeby powiedzieć coś ważnego. Może właśnie dlatego dziś tak dobrze się jej słucha. Jakby Pulp chcieli nam powiedzieć: „Hej, życie może być dziwne, trudne, ale też całkiem piękne – jeśli tylko przestaniesz pędzić i zaczniesz słuchać”.


More

2025

Album More nie próbuje być kopią dawnych sukcesów. To dojrzała, dobrze przemyślana płyta, w której słychać doświadczenie, dystans i nadal bardzo żywy styl zespołu. Tematyka skupia się na starzeniu się, intymności i ucieczce od schematów. Jarvis Cocker nadal pisze teksty, które łączą humor z obserwacją rzeczywistości. More nie jest tylko prezentem dla fanów – to znak, że Pulp wciąż mają coś ważnego do powiedzenia.

Zespół wraca nie po to, by powrócić, lecz by pogodzić się z tym, co było. To album o żałobie po Steve’ie Mackeyu, ale też o pamięci, która nie przemija, nawet jeśli ciało znika; dźwiękowa przestrzeń dla Cockera, w której może mówić nie jako komentator społeczny, ale jako człowiek, który tęskni, wspomina, rozumie i próbuje się z tym wszystkim pogodzić.

Bo Steve Mackey nie był tylko basistą zespołu Pulp. Był jego pulsującym sercem – tym, który nadawał rytm, głębię i taneczny wymiar piosenkom o alienacji, pożądaniu i egzystencjalnym niepokoju. Jego śmierć 2 marca 2023 roku zakończyła jeden z rozdziałów w historii brytyjskjej muzyki, ale jego wpływ – zarówno jako muzyka, jak i producenta – nadal rezonuje. More to album dedykowany Steve’owi. To nie tylko hołd dla wspaniałego muzyka, ale też pożegnanie z przyjacielem.

Czym jest tytułowe More? Nazwa najnowszego albumu może wydawać się przewrotna. W świecie, w którym każdy chce więcej, od samych siebie wymagamy coraz większego rozwoju, większych sukcesów, Pulp proponuje nam coś zupełnie innego. Więcej ciszy, więcej miłości, więcej refleksji… i mniej spektakularności.

A to zdecydowanie więcej niż można było się spodziewać.

Zuzanna Kopij i Julia Prus

Psychedelic Porn Crumpets – Weird World Awoke

Energetyczny bałagan kolorów i dźwięków – tak opisują się Psychedelic Porn Crumpets. Dodając do tego ciepło zachodniej Australii i wariactwo post-rockowej psychodelii, tworzą muzykę porywającą w wielowarstwowe szaleństwo.

Weird World Awoke to list nie-miłosny do współczesności pisany wielokolorowym długopisem na kolorowym, pogniecionym papierze. To błyszcząca ironia i piskliwa frustracja. A także zapowiedź siódmego albumu zespołu, którego premiera już w maju. Ja już chwytam za gaśnicę, bo coś czuję, że to będzie wielki ogień.

 
Zuzanna Kopij


Vundabar – Stallion Running

Czas się ubrudzić. Czas poskakać w błotnistych kałużach w rytm wygrywający przez niechlujne gitary: czas odpalić najnowszy album zespołu Vundabar Surgery and Pleasure i oddać się w objęcia surowego, ale zupełnie niegroźnego brzmienia. Pora na mieszankę żywiołowości z pragnieniem namysłu, jedności między czystością a dziczą.

Niech utwór Stallion Running będzie zaproszeniem do zasiedzenia się w starym garażu, kryjącym w sobie najnowocześniejsze maszyny: chwytliwe melodie gitar, które są połączeniem rocka z zamierzchłych czasów ze współczesnym brzmieniem, typowym dla indie rocka. Jednak gitarki to nie wszystko! To także tekst łatwo zapadający w pamięć, będący jednocześnie chaosem i mrokiem,  jak i tym, co mógł przeżywać Bojack Horseman, gdy spoglądał na biegnące konie…

Czy to strach przed wolnością? Czy może jej ogromne pragnienie? 

Jedno jest pewne: to zachęta do tego, aby się ubrudzić.

Paulina Madej

Automatic — half•alive

automatic half alive okadka

Chaotyczne, grungowe i wybuchowe Automatic od kalifornijskiego trio half•alive to odpowiedź na pytanie co w człowieku ludzkie, sięgając po nostalgię i młodzieńczą wolność. Po spokojnym i słonecznym dancepop’owym singlu Sophie’s House zespół kompletnie zmienia kierunek, sięgając po gniewne riffy i krzyczane refreny.

Jak wspomina wokalista Josh Taylor, utwór, którego tekst warto wykrzyczeć musi pochodzić z głębi serca, jakoś przekonać nas do tego, że warto dołączyć do niego emocjonalnie. Kiedy oprócz przemyślanego przekazu pojawiają się też rozmyte, brudne gitary i pulsująca niczym tętno perkusja, łatwo uświadomić sobie, że nic nie przekonuje nas jednak tak bardzo jak dobre brzmienie!

Najnowszy album grupy half•alivePersona, ukaże się 15 listopada. Jak zawsze z dopasowaną choreografią.

Mikołaj Domalewski


The Cure – Alone

the cure alone

Dwa lata to odpowiedni interwał, by móc utrwalić w pamięci daną melodię. Wystarczy usłyszeć raz, następnie nucimy pod nosem, by na dobre zagnieździło się w głowie. Ów cykl miał swój początek m.in. podczas koncertu The Cure jesienią 2022 roku. Na początek zaskoczyli pieśnią jakby z wyobcowanego, dalekiego nam świata. Świata skazanego na zagładę. Przytłaczająca niczym ciężar egzystencji perkusja wymierzała ciosy na przemian z rozmarzoną gitarą i klawiszami rodem z najpiękniejszych ścieżek filmowych. W roli mistrza ceremonii sam Robert Smith, którego głos nadal przenosi największe góry zaledwie pojedynczym tchem.

This is the end of every song that we sing zaśpiewał – a przecież koncert ledwo się zaczął. Nigdy nie zapomniałem tej wówczas niewydanej kosmicznie uduchowionej melodii. Dwa lata później ową melodią okazał się być Alone – pierwszy singiel The Cure w ciągu szesnastu lat. To właśnie nim rozpoczęto przedstawienie. Teraz otwiera także Songs of A Lost World, długo wyczekiwany album z premierą już w listopadzie. Mówi się o kontynuacji mrocznej strony zespołu i powrocie do destrukcyjnych uniesień Disintegration czy Pornography. Kropki zatem wydają się łączyć – Alone bez cienia wątpliwości bliskie jest duchowej transcendencji.

Antek Winiarski

Jack White – It’s Rough On Rats (If You’re Asking)

Jack White zaskoczył.

Cofnijmy się do 19 lipca 2024 roku, niecały miesiąc temu. W sklepach z płytami wytwórni White’a, Third Man Records, przez ten jeden, radosny dzień, do każdego zakupu dorzucano tajemniczą płytę winylową. Była ona zupełnie nieoznakowana, poza napisem NO NAME wytłoczonym na białym środku winyla zapakowanego w typowy biały rękaw. Kilku szczęściarzy, którzy dostali tajemniczy dodatek, szybko zorientowali się, że jest to niewydany materiał Jacka White’a.

Dlaczego w ten sposób White zapowiedział swój album? Możemy tylko zgadywać, ale od razu przyszło mi na myśl to, jak rozprowadzał swoje single, kiedy pracował jako tapicer. Chował 7-calowe płyty w meblach. Dość ryzykowne i niezbyt bezpieczne. Najwyraźniej White jest fanem nieoczywistych sposobów promocji i dystrybucji. Ale swój cel osiągnął. W internecie zrobiło się głośno na temat tego, że Jack White coś kombinuje, a nowa muzyka jest tuż za rogiem.

Wróćmy więc do bliższej przeszłości. 2 sierpnia – ukazuje się album No Name. Album napędzany bluesem, surowością i ciężarem. Album, w którym słyszę dużo The White Stripes, szczególnie z ich początków. Czasami miałam wrażenie, że na perkusji gra sama Meg White – poetycko wyznaczająca rytm, z akcentem na mocnej części taktu (nie współpracowała ona jednak przy tym albumie).

No Name ocieka dynamicznymi, surowymi riffami, jak i słodkimi slajdami. Momentami komiczny, momentami śmiertelnie poważny. Luźny i jednocześnie przygniatający. Porusza najróżniejsze tematy od głośnych sprzeciwów wobec instytucji katolickich (Archibishop Harold Holmes), poprzez krytykę współczesności (What’s The Rumpus? z fantastyczną linijką „w tych czasach prawda stała się opinią”) aż do złożonych rozważań na temat narcyzmu (Bless Yourself). Tytułem mocograja wyróżniamy natomiast It’s Rough On Rats (If You’re Asking). Jest on poniekąd złotym środkiem – surowy, bluesowy, zdecydowany i ukazuje niezwykłe możliwości, zarówno wokalne, jak i gitarowe, Jacka White’a. Niech będzie on dla Was zachętą do przesłuchania całego albumu!

Bo White po kilku latach spektakularnych eksperymentów powraca do istoty swojej sztuki.  I choć te wycieczki przyniosły wiele wspaniałej muzyki, to w tych odkrytych na nowo fundamentach rock’n’rolla tkwi jego prawdziwy geniusz.

Zuzanna Kopij


Chair – GENTLE MEN

Zupełnie nowe brzmienie od warszawsko-kopenhaskiego duetu dżentelmeńsko wkracza na antenę Radia LUZ jako jeden z naszych mocograjów!

To zdecydowanie najcięższy utwór w dotychczasowym dorobku Chair. Rozdzierającemu głosowi towarzyszą punkowe gitary, a ja słyszę w tym nawet coś z klasycznego britpopu. Ich bezradność nabrała mocy i zamieniła się w coś niezwykle buntowniczego, silnego. I bardzo głośnego.

GENTLE MEN to wrażliwa, introspektywna podróż w głąb człowieka zmagającego się z presją życia i toksyczną męskością. Człowieka, który czuje, że nie pasuje do społecznych standardów. Takiego, który jednocześnie zawodzi się rzeczywistością odkrywającą się przed nim, gdy dorasta. „Dali mi marzenia, nakarmili mnie kłamstwami, zapomnieli nauczyć, jak przeżyć” – wykrzykuje. „Nie jestem gotowy na współczesne życie, współczesne narzędzia, współczesne kłamstwa! Chciałbym uciec gdzieś daleko i się schować!”

Wszystko to brzmi dość pesymistycznie, ale dla mnie ogólna pointa GENTLE MEN jest dość pocieszająca. Mimo wszechogarniającej niemocy pozostajemy dżentelmeńsko „wolni i całkiem żywi”. A to też jest dość ważne, prawda?

Zuzanna Kopij