Końcówka wiosny przyniosła nam bardzo mocnego kandydata do nagrody polski albumu roku w plebiscycie Ślizgery 2026: JOCC2 od duetu Biak (rap) i Qzyn (bity). Sequel Jasnego Obrazu Ciemnych Czasów sprzed dwóch lat to kolejny wyjątkowo emocjonalny materiał, któremu co prawda można zarzucić monotematyczność i zbyt minorowy klimat, ale z drugiej strony: słuchając o tym, co Biak musiał przejść w życiu, trudno mu się dziwić, że nie do końca ma ochotę wzorem Koldiego nagrać „parę bangieruw o k… niczym”.
Niedopałki to chyba najbardziej chwytający za serce kawałek z tracklisty JOCC2. Krótka scenka z życia opowiadająca o babci rapera, ale też przemycająca szerszy obraz jego historii rodzinnej, którą można lepiej poznać słuchając całego albumu. W słowach Biaka nawijającego o swojej wstępnej słychać troskę, ale też zmęczenie oraz wpływ sytuacji z przeszłości, nad którymi nie da się przejść do porządku dziennego. Ten numer nie byłby tym samym bez wspaniałego bitu Qzyna (cała płyta jest zresztą jego wielkim popisem producenckim, nie pierwszym i miejmy nadzieję, że nie ostatnim). Kilkusekundowa pętla sama w sobie wydaje się przekazywać jakąś opowieść. Nawet jeśli wolicie bardziej niuskulowe i bezrefleksyjne podejście do rapu, błagam – nie prześpijcie tego.
Wesley Joseph już od trzech lat pracuje nad swoim debiutanckim krążkiem Forever Ends Someday. Na szczęście nie będziemy musieli dłużej na niego czekać, bo w kwietniu tego roku album ujrzy światło dzienne! Muzyk pilnie doszlifowywał swoje dzieło i od końcówki 2025 prezentuje kolejne single: w listopadzie proponował If Time Could Talk, a w styczniu naszego Mocograja – Peace Of Mind.
Peace Of Mind okazał się potężnym singlem, który dodatkowo całkiem nieźle pozwala wyobrazić sobie, co czeka nas na całym wydawnictwie: R&B, soul i elektronika. Jednak na pewno nie będą to typowe odsłony tych gatunków. Zdecydowanie słychać tu wpływy hip-hopu czy muzyki alternatywnej.
Peace Of Mind rozpoczyna się charakternym wejściem Wesleya w mocny beat, po czym płynnie przechodzi w niezwykle potulny i miękki brzmieniowo refren. Po chwili jednak otrzymujemy następną, równie ekspresywną zwrotkę od Danny’ego Browna. To doskonale rezonuje z przesłaniem utworu, którym jest poszukiwanie porządku pośród bałaganu.
Współpracę z Dannym Brownem w kontekście tego kawałka trzeba określić jako osobistą. Wesley Joseph od lat spoglądał w jego stronę, traktując go jako pewien punkt odniesienia. Połączenie tych dwóch artystów nadaje utworowi bezpośredni charakter, który dobrze koresponduje z nerwową kompozycją.
Podsumowując rok 2025,Westside Gunn wydał 3 albumy i 2 EP. Po średnim odbiorze trylogii HILLS HAVE EYES, raper z Buffalo zaskoczył nas krótkim lecz treściwym materiałem.
Zaledwie kilka godzin po oficjalnym ogłoszeniu autorskich kicksów w kolaboracji z marką Saucony, Gunn wypuszcza EP pt. MY SAUCONYS GLOWIN. Znajdziemy na niej 3 utwory i trwa ona lekko ponad 6 minut. Mimo tego w jakiś dziwny sposób wybija się pośród produkcji rapera. Muzykę Westside’a możemy opisać jako ciężką i surową, szczególnie przy okazji wspomnianej trylogii, która jest sygnowana zakrwawionym zapaśnikiem. Tutaj jednak czuć, że raper nagrał to na fali entuzjazmu z okazji swojej pierwszej obuwniczej kolaboracji. I mimo klasycznej griseldowej produkcji, to całość jest lekka i przyjemna w odsłuchu.
„BODY BAG BENNY” – To utwór zamykający EP – kę. Możemy usłyszeć na nim Stove God’a czy Benny’ego Butcher’a, którzy wraz z Westsidem są najbardziej aktywnymi członkami Griseldy w ostatnich miesiącach.
Czy to dobre zamknięcie roku dla ekipy z Buffalo? Myślę, że tak. I moim zdaniem Gunn powinnien skupić się na krótszych, zajawkowych formatach.
Długo oczekiwany producencki album Groove Professora zbliża się wielkimi krokami. Doświadczony w jazzowym bębnieniu beatmaker na głowie do głośnika udziela swoich podkładów regularnym współpracownikom, ale też inicjuje nowe, intrygujące zestawienia. W miejskiej wyprawie rzadko uczęszczanymi uliczkami towarzyszy nam aksamitny głos Guest Julki. Gdy uwagę skierujemy na dalszy plan malinowego driftu, zaczaruje nas romantyczna melodia oboju. Siekanie sampli godne najwyższego stopnia naukowego w tej dziedzinie.
14 października 2025 pożegnaliśmy D’Angelo – pioniera neo-soulu o kaszmirowym głosie. Jego krótka, lecz legendarna dyskografia oraz członkostwo w grupie Soulquarians sprawiły, że nie tylko podbił mainstream, ale też rozkochał w muzyce nawet najbardziej wymagających słuchaczy. W paśmie Artysty Tygodnia Akademickiego Radia Luz wspominamy D’Angelo – tajemniczego szamana wokalnych aksamitów, który przez lata swojej działalności zainspirował tysiące muzyków na całym świecie.
Brown Sugar
1995
Virgin Records
W roku 1995 hip-hop rządził mainstreamem. Spoglądając na rankingi sprzedaży w kategorii R&B, ujrzymy głównie ksywki raperów, którzy w poszukiwaniu radiowego hitu okazjonalnie współpracowali z utalentowanymi wokalistami. Za kulisami sławy i wielkich pieniędzy rodził się jednak neo-soul, czyli nowa odsłona dobrze znanego już, gęstego wokalnie brzmienia.
Cofnijmy się do lat. 70 kiedy dzięki Marvin’owi Gaye’owi, Stevie’mu Wonder’owi czy Smokey’mu Robinson’owi soul był na szczycie, Wszechobecnie znana wówczas marka Motown Records absolutnie zredefiniowała muzykę popularną, znajdując nieoszlifowane diamenty i dając im miejsce oraz pieniądze na rozwój.
Lata 80. nie były już tak łaskawe dla soulowców. W radiach królowało disco – gatunek zakorzeniony w swoim poprzedniku, lecz znacząco prostszy i mniej wykwintny. Na renesans rozognionych wokalistów poczekać musieliśmy aż do połowy lat 90.. Wtedy ukazała się premierowa płyta 21-letniego wówczas D’Angelo, czyli Brown Sugar.
Na swoim debiucie D. uderza w słodkie tony przeszłości z małym twistem, dorzucając od siebie uliczną chropowatość. Jest to muzyka niezwykle dojrzała, zważając na ówczesny wiek D’Angelo, lecz jeszcze nie do końca opierzona profesjonalizmem aranżacji. Nieco vintage’owa otoczka ciepłego kolorytu po czasie rozkochała w sobie odbiorców, co z pewnością była katalizatorem dla tak szybkiego wzrostu popularności neo-soulu. Maxwell, czyli postać nieco bardziej trzymająca się wokalnych tradycji lat 70., w jednym z wywiadów stwierdził, że bez Brown Sugar nie udałoby mu się wydać debiutanckiego krążka. Preludium Voodoo to pozycja obowiązkowa w pełnym zrozumieniu nowej koncepcji soulu, w którą D’Angelo zdecydowanie włożył całe serce oraz geniusz.
Voodoo
2000
Virgin Records
Debiutancki album D’Angelo był tylko namiastką skali jego ponadczasowego talentu. W roku 2000 miała premierę płyta, która okazała się być sztandarową reprezentacją brzmienia neo-soulu. Voodoo, czyli drugi krążek D’Angelo, to dźwiękowa uczta, podczas której mistyczne instrumentale rozświetlają nakryty obrusem intymności stół. Magia Electric Lady Studio, gdzie D. godzinami jamował z bandem, zaowocowała materiałem kondensującym geniusz muzyków uczestniczących w sesjach. Mowa tutaj o arcymistrzach poszczególnych instrumentów, bo wraz z D’Angelo w studiu grali i pomieszkiwali Questlove, Pino Palladino czy James Poyser.
Voodoo posiada niespotykaną dotąd w soulu głębię. Każdy akord, nuta czy uderzenie werbla to czysta przyjemność dla ucha. Tutaj swój udział niewątpliwie miał Russel Elevado– inżynier dźwięku oraz wieloletni realizator D. W celu odwzorowania brzmienia zagubionego wraz z produkcyjną digitalizacją, Elevado powrócił do nagrywania na taśmę. W wywiadzie dla Red Bull Music Academy podkreślał, jak ważnym elementem Voodoobyła organiczność na wzór Funkadelic czy Stevie’goWonder’a, co przejawia się w cieple poszczególnych ścieżek. D’Angelo był produkcyjnym perfekcjonistą, przez co niejednokrotnie podwajał czy nawet potrajał niektóre dźwięki. W ten sposób zapewniał gęstą lekkość spokojnie płynących podkładów i tworzył wielowarstwowe kompozycje.
Równie ważną składową Voodoo byli artyści, w których zakochany był cały bandD’Angelo. Electric Lady Studio nieustannie przepełniały dźwięki Purple Rain Prince’a czy Sex Machine James’a Brown’a. Są to albumy, które stały się podwalinami monumentu, jakim dzisiaj jest Voodoo.
Komercyjny sukces płyty tak genialnie wyrażającej miłość do przeszłych mistrzów był oczywistością. Już w pierwszym tygodniu sprzedano 320000 egzemplarzy. Album otrzymał też dwie statuetki Grammy w kategoriach najlepsza płyta R&B oraz najlepszy występ R&B za singiel Untitled (How Does It Feel). Dzięki Voodoo D’Angelo, dzierżąc w dłoni soulową pochodnię rozpaloną dekady temu,, dołączył do grona artystów inspirujących następne pokolenia.
Black Messiah
2014
RCA Records
Trzeci i ostatni album D’Angelo ukazał się niespodziewanie wcześniej niż było to zapowiadane, w 2014 roku. W odpowiedzi na toczące się ówcześnie protesty przeciwko przemocy policji wobec czarnoskórych, muzyk postanowił przyspieszyć finalizację i wydanie albumu. Black Messiah bowiem jest głosem niezgody na systemowe nierówności, przemoc i frustrację społeczności afroamerykańskiej. Jest to płyta zaangażowana politycznie, co wybrzmiewa szczególnie w takich utworach jak The Charade czy 1000 Deaths, które zawiera fragment audio związany z morderstwem Freda Hamptona. W tekstach muzyk nie pozwala odwrócić wzroku od doświadczeń strachu i śmierci wykluczonych społecznie mniejszości.
Muzycznie Black Messiah okazał się być najbardziej eksperymentalnym krążkiem D’Angelo. Choć sam artysta określał swoją twórczość gatunkiem black music, do fuzji funku, R&B i neo-soulu, z której jest znany, dołożył elementy rocka, cięższego groove’u i surowego brzmienia, co jeszcze mocniej podkreśla wagę poruszanych na płycie tematów. Organiczność podkładów zawdzięczamy taśmie analogowej, na której, podobnie jak na Voodoo zarejestrowano praktycznie cały album.
Wśród twórców biorących udział w nagraniach wyróżnić należy Questlove’a czy muzyków z The Vanguard, którzy po latach współpracy z D’Angelo intuicyjnie znaleźli odchodzącą od przeszłych projektów gęstość brzmienia. Szczególną uwagę przykuwa bogactwo instrumentów dętych i orkiestrowych, które we wszystkich aranżacjach zaciągają nutami chropowatego gospelu. Album zdobył nagrodę Grammy za najlepszy album R&B, a singiel Really Love wyróżniono jako najlepszą piosenkę R&B. Black Messiah to duchowy manifest, nie odnoszący się do jednostki, a do zbiorowej siły, uczucia – jak twierdził autor – drzemiącego w każdym z nas.
tekst: Jędrzej Śmiałowski, Justyna Kalbarczyk
magazynki: Jędrzej Śmiałowski, Justyna Kalbarczyk, Sebastian Rogalski
OMSB czyli nowy singiel Kajzera, który sam rozszyfrowuje w refrenie jako „Objawił Mi Się Buch„. Kajzer wraca z dobrą nowiną i wersami przepełnionymi afirmacją swojego codziennego życia. Autorski podkład i leniwe mesjanistyczne flow przykuwa uwagę od pierwszego taktu i zmusza do zapętlania singla. Sam zupełnie dałem się porwać OMSB, który mimo na pozór monotonnego klimatu, wciąga i nie daje o sobie zapomnieć
Dotychczas Kajzer zaliczył bardzo mocny debiut ze swoją EP’ką Klepsydra. Rok później przyszedł czas na long play Powaga. W 2025 z kolei otrzymaliśmy niesamowitą selekcję singli i gościnnych zwrotek. Na swoich projektach takich jak OMSBKajzer raz za razem zaskakuje, a na gościnach zawsze pokazuje klasę. Warto pamiętać, że udzielił się gościnnie na pięciu projektach, które spokojnie mogą konkurować o miano rapowego albumu roku:
Przewodowe słuchawki, stare niemarkowe mp-3’ki, przytłumione głosy skejterów, przełamywane przez stukot desek zza okna blokowiska. Tak – w mojej głowie – brzmią przełomowe dla współczesnej sceny hip-hopowej czasy rozkwitu grupy Odd Future. Buntowniczej, zrywnej ekipy młodych chłopaków z Los Angeles, zmierzających wbrew głównym nurtom. Co więcej, byli członkowie nieistniejącego już składu dalej definiują brzmienie o wiele bardziej przystępnego hip-hopu (i nie tylko!) tej dekady (patrz Tyler The Creator, Frank Ocean, The Internet).
O należącym do kolektywu Earlu Sweatshircie mówiono ,,złote dziecko” kalifornijskiej gry. Już w wieku 16 lat wydał, nazwany od ksywki, mixtape Earl. To był swoisty początek legendy kalifornijskiego rapera. Wówczas w świadomości słuchaczy zapisał się jako artysta o niebagatelnym zasobie rymów i ponadprzeciętnym flow.
Na przestrzeni lat muzyka Earla pokonała długą drogę. Od nieco horrorcorowegoDoris, przez mroczne I Don’t Like Shit I Don’t Go Outside, dalej moje ukochane Some Rap Songs – album abstrakcyjny, dziwaczny, zakrawający o stylistykę kalifornijskiej sceny LA Beat, po pandemiczne Sick! – showcase trapujących eksperymentów, przekomarzających się z, charakterystycznym już, nietypowym flow artysty, wykraczającym poza standardową rytmikę.
Wszystkie te albumy mają jednak wspólną stylistykę i rodzaj przekazywanej wrażliwości. Earl Sweatshirt to raper zazwyczaj kojarzony z ciężkimi tekstami. Uzewnętrznia się w swojej muzyce, w której mówi o porażkach i silnych przeżyciach, w tym o trudnej relacji ze swoim ojcem, która mocno go ukształtowała
Jako wielcy fani jego talentu, jesteśmy niezwykle uradowani tym, co proponuje Sweatshirt w najnowszym wydaniu. Z końcem sierpnia ukazał się piąty studyjny album rapera, zatytułowany, nieco na przekór, Live, Laugh, Love. Tu słyszymy Earla dojrzałego, oszlifowanego, i chyba… szczęśliwego?
Z tej okazji Artystą Tygodnia w Radiu Luz zostaje Earl Sweatshirt.
Pokusiliśmy się o recenzje owego krążka:
Live, Laugh, Love
2025
Tan Cressida Records
Live, Laugh, Love jest swego rodzaju laurką, posłanaą klasyce z Los Angeles. To jedna wielka machina, składająca się z pojedynczych zębatek. Te zębatki-utwory pracują razem stabilnym tempem, jedna za drugą, przez co album sprawia wrażenie niekończącej się, płynącej w nieznane fali. Live, Laugh, Lovesłucha się wielce jednolicie. Dla niektórych może być to sporą wadą, gdyż utwory zlewają się jedną całość, co momentami brzmi powtarzalnie. To raczej produkcja dla koneserów muzyki opartej na loopach o klasycznym J Dillowym / Madlibowym sznycie. Za produkcje na większości utworów odpowiada Theravada, który dowiózł bardzo spójny sonicznie całokształt. Listę współtwórców uzupełnia producent Black Noi$e (Live, Static) i własny produkcyjny wkład rapera na zamykającym krążek Exhaust.
Mimo, że nowy album odbiega brzmieniowo od eksperymentalnego Some Rap Songs, a produkcyjnie znajduje się nawet na przeciwnym spektrum, to lirycznie są blisko spokrewnione. Przycięte na na wymiar instrumentale są bombardowane pokrzywionym flow rapera. Live, Laugh, Love to mozaika złożona z drobnych wycinków rozmów, inside-joke’ów, czy nawiązań do świata koszykówki. Jest niczym nieograniczonym strumieniem świadomości, otulonym ciepłem, dowiezionym przez producentów.
Nazwa zdaje się nawiązywać do milenialskich, nieco obciachowych haseł z obrazków rodem ze sklepu z meblami. To swego rodzaju gra z odbiorcą, któremu Earl ironicznie daje znać, że znalazł się w nieco innym momencie swojego życia, niż w swoich smutnych autobiografiach z przeszłości. Słychać tu jednak zarówno szesnastoletniego Earla, bawiącego się muzyką, posępiałego Sweatshirta z czasów IDLSIDGO, jak i świeży sznyt, który do albumu wprowadza ta dojrzała wersja rapera. Całość jest bardzo skondensowana, ale nie da się jej opisać lepszym zwrotem niż easy-listening. Po prostu chce się słuchać więcej.
LLL to zdecydownie nie jest mój ulubiony projekt Earla Sweatshirta. Nie jest to też projekt jakkolwiek rewolucyjny. Ma natomiast wielkie znaczenie dla fanów rapera, którzy pragną śledzić życiowy rozwój twórcy. Ta sentymentalno-emocjonalna wartość niesie za sobą fenomenalnie solidną warstwę muzyczną, która wciąga, niemal hipnotyzuje. Niestety, bitom brakuje nieco wariactwa, przez co Live, Laugh, Love muzycznie jest zbyt grzeczne, jak na to, do czego przyzwyczaił nas kalifornijczyk. Jest jednak świadectwem swoistej dojrzałości muzycznej, pewnym kamieniem milowym, z którego osiągnięcia, fani Sweatshirta powinni się jedynie cieszyć.
Ulubione utwory: CRISCO, TOURMALINE, gsw vs sac
Filip Juszczak
Pierwsze skojarzenie, jakie przychodziło mi dotychczas do głowy, kiedy myślałem o twórczości Earla Sweatshirt’a, to niewątpliwie smutek. Jednak ósma płyta Earl’a, Live Laugh Love, to argument potwierdzający tezę, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Że każda studnia bez dna ma wystającą cegłówkę, za którą czasami musimy się kurczowo chwycić i utrzymać ciężar własnych tragedii, czy porażek, aby ostatecznie wrócić na powierzchnię.
Album Live Laugh Love to kolejna z krypto=terapeutycznych sesji, do jakich przyzwyczaił nas już raper swoimi wcześniejszymi wydawnictwami. Tym razem, mamy jednak do czynienia z czasem dobrym, oswojonym i przepracowanym. LLL to płyta będącą celebracją ciągłego rozwoju i odwrócenia losu, który dla Earl’a nie zawsze był łaskawy.
Cofnijmy się 10 lat wstecz, do roku 2015, kiedy to na kanale youtubowym Earl’a ukazała się EP-ka Solace. Róż okładki stwarza pozór przyjemności, który bardzo szybko raper równa z ziemią, zderzając słuchacza z absolutną apatią, stanami lękowymi, czy depresją. Trafne oddanie tak personalnych i subiektywnych uczuć to sztuka sama w sobie, nie wspominając, że Earl wrzucił ten projekt bez żadnej zapowiedzi. Po fakcie po prostu dał o tym znać na swoim Twitterze.
Pewne rzeczy się nie zmieniają, bo o premierze LLL, Earl również poinformował za pośrednictwem mediów społecznościowych niecałe 5 dni przed premierą. O nowym projekcie Sweatshirt’a mówiło się od dawna, tym bardziej, że kilka tygodni wcześniej do sieci wyciekły informacje o „tajnej imprezie” w Nowym Jorku, gdzie raper po raz pierwszy zaprezentował nowy materiał.
Po wcześniejszych eksperymentach z trapem (jak na przykład na 2010 z albumu SICK!, czy bliskiej współpracy z artystami labelu 10k Records pokroju Niontay’a oraz MIKE’a) byłem przekonany, że LLL będzie nową wersją Sweatshirt’a. Wersją nieco futurystyczną, która nie pomija aspektów lirycznych na rzecz rozpruwającego basu. Coś w stylu projektów Pinball autorstwa wcześniej wspomnianego MIKE’a oraz producenta Tonego Seltzer’a. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy zderzyłem się z falą dźwięku bardziej nostalgicznego, niż bezprecedensowego. Live Laugh Love przywodzi na myśl niezrozumiałe dźwięki Some Rap Songs, tym razem w wydaniu nieco gładszym i bardziej przystępnym.
Są to utwory zaskakująco spójne, głównie z uwagi na jednostajny, lecz nienużący wokal Earl’a. Ten hipnotyczny stan, jakiego doświadczamy przez 26 minut trwania całego LLL, utwierdza w przekonaniu o immersyjnym drygu Sweatshirt’a, ale również udowadnia, że jest to dla Earl’a czas samoświadomego spokoju.Przełom? Niekoniecznie. Live Laugh Love jest bardziej jak renesans, w którym artysta zdejmuje z twarzy smutek na rzecz dojrzałej odpowiedzialności za swój los. Jako wierny fan Earl’a, niezmiernie cieszy mnie jego powrót, ale przede wszystkim jasna barwa wszystkich myśli, jakie prezentuje na LLL. Tak trzymać Wujku!
Kolejny dzień, kolejna premiera, kolejny mocograj, ale to nadal Ten sam syf. Dwa tygodnie temu, przy okazji premiery singla Nie oglądam się za siebie,pisałem o nadchodzącej premierze EP godyslawa. Zgodnie z zapowiedziami w zeszłym tygodniu otrzymaliśmy pełny projekt Wojtka, zatytułowany Reszty się dowiesz. Wydaniu mini-albumu towarzyszyła też premiera oldschoolowego klipu do numeru Ten sam syf, który jest dostępny na kanale godysława. To jeden z ciekawszych numerów na projekcie i jedyny, na którym pojawia się gościnna zwrotka od FOCHA.
Zarówno FOCH, jak i godysław reprezentują nową falę poznańskiej sceny, wracającej do korzeni hip-hopu. Ten sam syf, to nie jest numer, który ma porywać eksperymentalnym flow i szalonymi brzmieniami wtyczek. Bije od niego zamiłowanie do starej szkoły i klejenia życiowych wersów na samplowanych pętlach. Za produkcję po raz kolejny odpowiada BIGBODYCENT,
Jeśli tęsknicie za klasyką i gościnnymi zwrotkami, nagrywanymi na mikrofonie wbudowanym w laptop z komunii, to trafiliście na właściwy numer. Zakładajcie słuchawki, wrzucajcie Ten sam syf na pętle i ruszajcie na spacer między bloki.
Niech los się martwi, bo moja.tech wraca. Dwa najbardziej wyraziste składy polskiego podziemia połączyły siły w singlu PALEMOST. Mowa o warszawskim duecie mosa.tech, znanym z ciężkiego, industrialnego i eksperymentalnego brzmienia oraz trójmiejskim trio KOREKCJA LINII, które jest najciekawszym i pierwszym tak dobrze zrobionym w Polsce abstrakt rapem (na singlu reprezentowane przez Kajtka – Super Capa). Nasz Mocograj to agresywny manifest indywidualizmu i determinacji – tej życiowej i muzycznej. Super Cap nie odstaje w nim energią od gospodarzy nawet na krok. Można było się tego spodziewać po jego ostatnich zwrotkach na albumie Z WILCZEJ JAMY 2(szczególnie po niesamowitym performansie na zamykającym płytę numerze ostrzeżenie).
PALEMOST to jedna z trzech części maxi singla NIECH LOS SIĘ MARTWI. Poza KOREKCJĄ LINII, w utworze MMA pojawił się perkusista Jan Pieniążek. Można kojarzyć go z takich zespołów jak Kosmonauci i USO9001, a od zeszłego roku zasila również live band beluga ryba.
Jeśli do tej pory nie mieliście do czynienia z duetem mosa.tech, to najwyższa pora dać im szansę. Zeszłoroczny album WOJNE, to jeden z czołowych pretendentów do miana albumu roku 2024. Wcześniejsze wydawnictwa i tegoroczny singiel ZABOLI to niesamowite rozwinięcie tego, co na nim pokazali. Najnowsza premiera pokazuje, że mosa nadal jest w świetnej formie, a my wszyscy powinniśmy wyczekiwać kolejnych ruchów z ich strony. Jeśli nie jesteście jeszcze na tej rozkmince, to zorientujcie się jak najszybciej. Za rok będziecie mogli najwyżej żałować, że przespaliście takie wydarzenia.
Najnowsza premiera to leniwy, samplowany numer z lekko nostalgicznym klimatem. Wojtek nie poddaje się tej nostalgii i zgodnie z tytułową zapowiedzią — nie ogląda się za siebie, tylko stawia kolejne kroki, życiowo i rapowo. W refrenie pada prosty i dosadny dwu wers:
Nie oglądam się za siebie, chyba że mam swoich ludzi tam / Jak mam być czegoś pewien, jak nie jestem pewien siebie sam
Niesie on w sobie zarówno klasyczne hiphopowe motywy, jak i typowy dla Wojtka, pełen niepewności bagaż emocjonalny. Mimo okazjonalnego zwątpienia sam numer podnosi na duchu i, poza dobrym słowem dla kolegów z ławki, niesie też propokojowy przekaz.
Wojtek dał się już poznać pod wieloma twarzami. Najpierw jako wokalista indie rockowego zespołu Syndrom Paryski, niedawno jako reprezentant hardcorowego składu Acid Drop, a jeszcze wcześniej solowo, w bardziej elektronicznym (i anglojęzycznym) wydaniu, jako goddie. Jako godysław wraca do swoich hiphopowych korzeni i wydaje długo zapowiadany projekt. Reszty się dowiesz EP trafi do sieci już 29 sierpnia, a tracklistę, razem z zapowiedzią gościnnego udziału FOCHA, znajdziecie na końcu klipu. W przeddzień premiery Wojtek, razem z gośćmi, będzie świętować wydanie EP w poznańskim klubie ŚLINA na otwartym koncercie. Na scenie razem z nim pojawią się między innymistas kropka x connor i gustavv z tazem tarantino. Czy warto było czekać? Przekonamy się już w przyszłym tygodniu. Póki co warto sprawdzić, co dotychczas działo się na kanale godysława!
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.