Archiwum

Jeff Buckley

Jeff Buckley był amerykańskim wokalistą, autorem tekstów i multiinstrumentalistą, którego niezaprzeczalny talent i emocjonalna głębia uczyniły go postacią wyjątkową w świecie muzyki lat 90. Jego twórczość to połączenie rocka alternatywnego, folku i bluesa, pełne bogatych brzmień i przekonującej wrażliwości. Buckley słynął z przejmującego, płaczliwego wokalu, oryginalnej interpretacji i finezyjności przekazu. Pozostawił po sobie muzyczny testament, który wciąż zachwyca nowe pokolenia słuchaczy. W tym roku świętujemy jego 30-lecie.

Jeff Buckley artystą tygodnia Radia LUZ na 91,6 FM.

Nieśmiertelna spuścizna niespełnionego geniuszu

Trzy dekady temu światło dzienne ujrzał album, który na zawsze zmienił oblicze muzyki, a było to Grace Jeffa Buckleya. Wydany w 1994 roku, debiut ten szybko stał się kamieniem milowym w historii rocka alternatywnego nadającego mu nowy kształt, a Buckley, choć za życia zdążył wydać tylko tę jedną płytę, pozostawił po sobie niezaprzeczalny ślad estetyczny i emocjonalny w muzyce lat 90. Jego ciepły głos, połączony z boleśnie pięknymi tekstami, wciąż odnajduje swoich wiernych słuchaczy, a Grace pozostało symbolem artystycznej autentyczności i emocjonalnej głębi, wciąż poszukującej w muzyce pierwiastka wieczności w subtelności.

Nieśmiertelne Hallelujah

Jednym z najbardziej znanych utworów na Grace jest Hallelujah, oryginalnie skomponowane przez Leonarda Cohena. Jeff Buckley nadał tej piosence nowy wymiar, wprowadzając do niej bolesną sensualność i autentyczność, która uczyniła jego wersję jedną z najbardziej emocjonalnych interpretacji w historii muzyki. Dzięki Buckleyowi Hallelujah stało się czymś więcej niż tylko balladą – to hymn dla zagubionych dusz, wyrażający tragizm i cierpienie w sposób, który porusza do głębi. Trudno jest zmienić tak dominujący w pop-kulturze klasyk na własną modłę, aby zachować przy tym sens alegoryczny piosenki. Jemu zdecydowanie się udało.

Łaska, która trwa

Tytułowy utwór z debiutanckiego albumu Buckleya, Grace, to nie tylko pierwszy singiel promujący płytę, ale także esencja przesłania, które artysta starał się przekazać w swojej twórczości. Miłość, przedstawiona jako siła dająca „łaskę”, jest tu ukazana jako coś, co powstrzymuje przed upadkiem i otwiera na głębsze zrozumienie życia i dotarcie do jego akceptacji. Sam Buckley mawiał, że łaska jest tym, co naprawdę się liczy – zarówno w życiu, jak i w ludziach, i to właśnie ten motyw przewija się przez cały album, nadając mu unikalny nastrój, który wprawia go w ruch przy każdym odsłuchu.

Grace: Legacy Edition – sentymentalne powroty i nowe odkrycia

W 2004 roku, w dziesiątą rocznicę wydania Grace, ukazała się specjalna edycja albumu – Grace: Legacy Edition. W tym roku, obchodzimy jej 30-lecie. To dwupłytowe wydawnictwo nie tylko odświeżyło oryginalne nagrania, ale również zaoferowało fanom wyjątkowy wgląd w kulisy powstawania tej płyty. Na pierwszym krążku znajdują się zremasterowane utwory z Grace, a drugi dysk zawiera alternatywne wersje, dema oraz covery piosenek folkowych, bluesowych i R&B, które Buckley nagrał w 1993 roku. Wśród dodatkowych utworów znajdziemy m.in. demo Forget Her oraz cover Kanga Roo zespołu Big Star, które nigdy wcześniej nie były publikowane.

Wydanie Grace: Legacy Edition to nie tylko hołd dla jednej z najważniejszych płyt lat 90., ale również dowód na to, jak trwała jest spuścizna Jeffa Buckleya. Dzięki tej edycji nowe pokolenia słuchaczy może odkryć jego talent, a starzy fani mogą zgłębić niepublikowane wcześniej materiały, które odsłaniają jeszcze więcej z artystycznego świata Buckleya.

So real

Buckley miał niezwykłą zdolność do tworzenia muzyki, która była tak osobista, że słuchacz czuł, jakby miał możliwość dotarcia swoim głosem w najgłębsze zakamarki ludzkiego ducha. Jego utwory, takie jak So Real czy Lover, You Should’ve Come Over, eksplorują złożoność emocji związanych z miłością, lękiem i samotnością. Teksty pełne surrealistycznych obrazów i intensywnych uczuć są dowodem jego zdolności do przekazywania najgłębszych emocji w sposób niezwykle autentyczny i poruszający. Głos Jeffa Buckleya to niezwykłe narzędzie ekspresji, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Charakteryzował się niespotykaną elastycznością i zdolnością do wyrażania całego spektrum emocji – od szeptu pełnego czułości po potężne, niemal operowe frazy. Jego wokal miał w sobie coś hipnotyzującego, łącząc delikatność oddechu z surową intensywnością krzyku. Buckley z łatwością przechodził między różnymi rejestrami, dzięki czemu jego śpiew zawsze był pełen głębi i autentyczności poruszający słuchaczy. To właśnie głos Buckleya sprawiał, że jego muzyka stawała się tak intymna, jakby każdy dźwięk i każda fraza były odbiciem jego najskrytszych emocji.


Sketches for My Sweetheart the Drunk – niedokończony testament artysty

W 1996 roku Buckley rozpoczął pracę nad swoim drugim albumem, który miał być zupełnie inny, bardziej eksperymentalny. Niestety, jego nagła śmierć w 1997 roku przerwała ten proces. Pośmiertnie wydany album Sketches for My Sweetheart the Drunk ukazuje pełnię możliwości wokalnych Buckleya – od aksamitnych, niemal soulowych brzmień w Everybody Here Wants You, po surowe i ekspresyjne momenty w The Sky Is a Landfill. Słuchając tej płyty, można poczuć pewną surowość i autentyczność, które wynikają z faktu, że wiele utworów nie doczekało się finalnych wersji. To sprawia, że głos Buckleya na tym albumie jest jeszcze bardziej poruszający, pełen niedopowiedzianych słów i przerwanych myśli.

Album Grace, stał się ponadczasowym arcydziełem, które inspiruje kolejne pokolenia artystów i słuchaczy. Grace: Legacy Edition to nie tylko przypomnienie o niezwykłym potencjale Buckleya, ale także dowód na to, że jego muzyka żyje dalej, mimo że jego życie zostało przerwane zbyt wcześnie. To album, który wciąż porusza serca i umysły, oferując podróż przez emocje, które są tak samo aktualne dziś, jak były 30 lat temu.

W Lover, You Should’ve Come Over Buckley śpiewa o niespełnionej miłości, żalu za przegapioną okazją, oraz bólu wynikającym z  niepokojącej samotności. Słowa It’s never over, my kingdom for a kiss upon her shoulder wyrażają gorzkie pragnienie czegoś, co już minęło, a jednocześnie wskazują na pełne poczucie odpowiedzalności za uczucie, które się traci. Jest to utwór pełen żalu za tym, co mogło się wydarzyć, ale z różnych powodów nie doszło do skutku.

W kontekście życia Buckleya, te słowa zyskują dodatkowy wymiar. Muzyk, znany ze swojej intensywnej i emocjonalnej natury, miał skomplikowane relacje miłosne, co znajduje odzwierciedlenie w jego muzyce. Piosenka mogła być dla niego swego rodzaju katharsis – wyrażeniem tego, co czuł w związku z własnym życiem uczuciowym.

Jeff Buckley zmarł tragicznie w wieku zaledwie 30 lat, topiąc się w rzece Missisipi w 1997 roku. Jego śmierć miała charakter przypadkowy, a zarazem tragiczny – był w trakcie nagrywania drugiego albumu, który nigdy nie został ukończony w formie, jaką zaplanował. Śmierć Buckleya przerwała jego karierę i sprawiła, że to, co mógł jeszcze osiągnąć, pozostanie na zawsze w sferze domysłów. W tym kontekście utwór Lover, You Should’ve Come Over może być postrzegany jako lament nie tylko za utraconą miłością, ale także za niewykorzystanymi możliwościami i przerwaną obiecującą karierą.

Julia Prus & Zuzia Kopij

 

Childish Gambino

Bando Stone & The New World to album, który jak zawsze w przypadku produkcji Donalda Glovera jest wybitnie interesujący pod wieloma aspektami.

Przede wszystkim jest to dzieło, które nie tylko kończy etap twórczości Donalda pod pseudonimem Childish Gambino, ale również nakłada dość niespotykaną, bo bardzo nieoczywistą klamrę na całokształt jego twórczości. Odwołuje się w szczególności do najbardziej dzikiego i chaotycznego etapu swojej twórczości, czyli samych początków.
MC DJ jak raczył się wtedy nazywać, był zarówno przestrzenią jak i etapem rozwoju, który jest ciekawy nie tylko z perspektywy tego, jaką osobą jest Donald Glover, ale również, w jaki sposób pozostając w zgodzie z sobą czerpał laicką radość ze swojej twórczości nawet gdy znajdował się na jej pozornym szczycie. Efekty możemy usłyszeć w jego finałowym dziele, w które zgodnie ze swoją filozofią z beztroską radością, jednak w pełni świadomie w zdumiewająco agresywny sposób łączy brzmienia i gatunki, które wypowiedziane w jednym zdaniu wydałyby się czymś nie do pomyślenia.

Różnorodność Bando Stone & The New World jest w swojej wyjątkowości tym bardziej interesujący, że podtrzymywać będzie ciężar problematyki, którą Donald Glover zamierza nam przybliżyć w Filmie, który współdzieli tytuł jego najnowszego albumu. Fragmenty filmu możemy usłyszeć na intrach i outrach niektórych utworów. Te wyciągnięte z kontekstu kawałki rozmów mają bardzo niepokojący i nieprzyjemnie znajomy klimat. Uczucie to potęgują niesamowicie emocjonalne i pełne skrajnych emocji i brzmień utwory będące ścieżką dźwiękową całego projektu. Tematyka zarówno utworów jak i krótkich dialogów z filmu, zapowiada, że film, co w przypadku Donalda Glovera nie jest żadnym zaskoczeniem, będzie traktował między innymi o trudach odpowiedzialności bycia potrzebnym i urzeczywistniał codzienne frustracje związane z byciem mimowolną częścią społeczeństwa.

Koniec postaci Childisha Gambino Donald Glover zapowiadał od dawna. Narzekał na to, że branża muzyczna jest nudna i brakuje mu zabawy. Życie Childisha przedłużała jednak niestłumiona pasja do muzyki Donalda. Nie zakładałbym więc, że Bando Stone & The New World to koniec kariery muzycznej Donalda Glovera, a jedynie kolejny etap rozwoju, dla którego należało uśmiercić stare „Ja”.

Adam Karpeta

Justice

Justice, Gaspard Auge i Xavier de Rosnay

Przez nowy album Justice lecimy tylko do góry.
Kosmicznie osadzona produkcja płynnie przechodzi z utworu na utwór, zaskakująco budując i burząc muzyczne przestrzenie, w których poznajemy Hyperdrama.

Mimo futurystycznego brzmienia poprzedni album Escapades opowiadał w moim odczuciu dużo bardziej ziemską historię, momentami wznosząc się, by zawsze pikować z powrotem. Wiele przejść między utworami jak na album Dj’i przystało, jest bardzo płynnych i subtelnie przeprowadza nas do kolejnej kompozycji. Sama okładka dokładnie zapowiada, z jakim tworem mamy do czynienia.
Nie zatrzymujący się cyber organizm zamknięty w ogromnym krzyżu – symbolu, który kojarzy się bardziej z tylko jedną osobą niż Gaspardem AugeXavierem de Rosnay.


Justice 2008

Połowa albumu to utwory instrumentalne i co niezbyt częste dla Justice, wokalistów jest wielu i niemal każdy z woklanych performansów wynosił utwór na zupełnie inny poziom odsłuchu, jedynie Tame Impala, którego uwielbiam, tutaj delikatnie mnie zawiódł brakiem hipnotycznej aury.
Wyjątkowo wzruszyły mnie jednak utwory AfterImage ft. Rimon i The End ft. Thundercat, bo są esencją tego co czyni Hyperdrama tak dobrym albumem.
Zamieniają odsłuch w chaotyczną podróż, w której zanim zdążymy się odnaleźć jako część tego świata – kończy się, a każde kolejne odsłuchanie to odnajdywanie się w tym świecie niczym w grze RPG. Tak rozbudowany jest element przestrzeni, która jest źródłem całej imersji podczas odsłuchu.

 


Bardzo częsty opis produkcji Justice, który słyszę od pasjonatów ich muzyki to, że wszystko jest  elementów składających się na pełne życia, przejrzystości brzmienie.
Jednak gdy zagłębiłem się w temat w jednym z wywiadów Gaspard i Xavier wyjaśniają, że wszystkie utwory na kultowym The Cross zmiksowane były tylko modelując ścieżki korekcją częstotliwości i balansem głośności. Kompresja pojawiała się tylko i wyłącznie na etapie masterowania, Gaspard zaznaczył, że to właśnie master chain ujarzmia utwory pełne wyszukanych sampli i przesterowanych syntezatorów.
Na charakterystyczne jednak momentami znajome Daft Punkowe przebłyski zapewne wpływ miał Pedro Winter, który, mimo że za produkcje jako menedżer Daft Punk nie odpowiadał, z pewnością nasiąknął ich podejściem do produkcji i podpatrzył przepis na tajny sos.

Adam Karpeta

Justice i Busy P



Taylor Swift

Taylor Swift to artystka, która osiągnęła wszystkie możliwe komercyjne szczyty w swojej karierze. Została nagrodzona nagrodą grammy aż czternastokrotnie w tym czterokrotnie za album roku, a The Tortured Poets Department – jej najnowsze wydawnictwo z 19 kwietnia –  było pierwszym albumem w historii platformy streamingowej Spotify, które miało ponad 300 milionów odtworzeń w ciągu jednego dnia. Lista rekordów i osiągnięć jest długa i zdaje się wciąż rosnąć. Nawet teraz elementem najbardziej zaskakującym i dla niektórych, bądź co bądź frustrującym jest niewyjaśniona zagadka jej fenomenu.

Taylor Swift artystką tygodnia w Radiu LUZ na 91,6 fm.

Artystka czy skutek uboczny kapitalistycznej maszyny sławy? Ten kto obserwuje jej poczynania na scenie muzycznej rozumie, jak bardzo istotny jest osobisty pierwiastek, który otworzył przed nią wiele drzwi i systematycznie buduje jej karierę. Taylor Swift wciąż mocno zakorzeniona jest w kategorii singer/songwriter i podkreślając swoją twórczą niezależność wydeptała ścieżki wielu początkującym artystom w mainstreamie dzisiaj. Fakt kreowania swoich własnych piosenek na podstawie życiowych doświadczeń oraz przeżyć zgromadził jej w ciągu kilkunastu lat kariery, rzeszę bardzo wiernych fanów. Swift umiejętnie porusza się w świetle reflektorów, wypowiada się także o miejscu kobiet w przemyśle muzycznym, o seksizmie i podwójnych standardach. Wywołała publicznie dyskusję o prawach muzyków do ich twórczości po konflikcie z wytwórnią, która sprzedała za jej plecami całą dotychczasową dyskografię. Swift postanowiwszy nagrać ukradzione albumy od nowa zapoczątkowała zupełnie nowy bunt w świecie muzyki. Nie da się ukryć, że to oznaka uprzywilejowanej pozycji w świecie muzyki, zwyczajnie stać ją na to, natomiast nie pozostawia wątpliwości fakt, iż jest to coś przełomowego co może zmienić podejście młodych muzyków i na jakich zasadach podpisują kontrakty z wytwórniami muzycznymi.

 

Od słodkiego country do osobistego popu

Początki kariery muzycznej Taylor Swift sięgają jej debiutu z 2006 roku, który z perspektywy czasu pozostał słodkim nastoletnim country. Później przyszły dojrzalsze albumy, które nieco więcej odsłaniały – Feraless (2008) z przebojem Love Story i Speak Now (2010) z przejmującą balladą Dear John. Te dwa albumy artystka zdołała nagrać ponownie jako reedycje, do których ma pełne prawa, dzieląc się z fanami wieloma utworami, które nie trafiły na oficjalny album. 

Prawdziwy przełom nastąpił na albumie Red, wciąż mocno czerpiącego z country, ale romansującego z muzyką popularną. Album ten nominowany został do nagrody Grammy i przyniósł fanom, jej najbardziej intymny utwór All too well, którego dłuższą wersję artystka ujawniła przy okazji reedycji płyty i towarzyszy mu krótkometrażowy film przez nią wyreżyserowany.  All too well to ballada o utracie czegoś wyjątkowego, gwałtownym uczuciu dwudziestolatki do kogoś starszego i niedostępnego, które przeradza się w niezrozumienie i rozpamiętywanie szczegółów. Autorka tworzy intymną atmosferę przy akompaniamencie gitary i opowiada historię poprzez detal, pozostawionego czerwonego szalika, czy zdjęcia z dzieciństwa na gzymsie kominka.  Utwór zawiera wiele dojrzałych metafor i bardzo wyróżnia się spośród wielu popularnych szlagierów płyty takich jak: 22, czy We are never getting back together i bardzo dobrze się zestarzał w stosunku do poprzednich płyt.

1989 to kolejna szalona i niespodziewana era w karierze Taylor Swift, która ostatecznie zwraca się w stronę pop mainstreamu z electro brzmieniami i chwytliwymi refrenami. Swift rozpoczyna wieloletnią współpracę z producentem Jackiem Antonoffem, który swój udział będzie miał na każdym z kolejnych jej wydawnictw. 1989 to płyta o wyjściu ze strefy komfortu, przyjaźniach, miłostkach i błądzeniu po ulicach Nowego Jorku. Pozostaje jednym z najlepszych albumów pop w karierze artystki, nagrodzony został w 2016 roku Grammy. 

Reputation to dark popowy comeback – roi się tu od mocno elektronicznych rozwiązań, odważnych tekstów odnoszących się do kultury hate’u i jest tutaj więcej z eksperymentu niż na 1989

W 2019 roku został wydany album Lover – jako pierwszy, do którego Taylor Swift miała pełne prawa. W pastelowych kolorach i z pudrową okładką stał się zupełnym powrotem Taylor do chwytliwego popu z osobistym charakterem, jako że artystka w tym albumie zdecydowała się odnieść do wszystkich odcieni miłości. Najbardziej wyróżniają się utwory Cornelia Street oraz False God

Kolejny przełom w karierze nastąpił prędko przy okazji pandemii – zamknięta w domu artystka nagrała dwa folkowe albumy we współpracy z Jackiem Antonoffem i Aaronem Dessnerem, dając w końcu upust wspaniałemu pisarstwu, które nie miało okazji się rozwinąć do tego stopnia przy okazji mainstreamowego popu. Folklore to prawdziwa perełka jej twórczości tak jak jej bliźniacza siostra, nieco smutniejsza Evermore. Te dwa albumy zaowocowały też w ciekawe współprace z Bon Iver oraz zespołem The National.

Midnights wydany w 2022 roku to album koncept – traktuje o nieprzespanych nocach, czasem są to męczące myśli i duchy przeszłości, które nie chcą nas opuścić, a czasem jest to pozytywna refleksja na temat odzyskiwania pewności siebie. Choć trudno mu było pobić fenomen i delikatność Folklore/EvermoreMidnights ma w sobie dużo synth popu i bedroom popu z paroma świetnymi utworami takimi jak Anti-hero czy Midnight Rain. Taylor Swift znowu otwiera przed nami pamiętnik, w którym brokatowym długopisem pisze o swoich słabościach, o rozkwitaniu dla samej siebie, o tym że o pewnych rzeczach nie da się zapomnieć, nawet kiedy się je komuś wybaczy i generalnie o tym co nie pozwala nam zasnąć i sprawia, że przewracamy się na drugą stronę. W tym koncepcie tkwi tak naprawdę przekonująca siła tego albumu. Tak jak w tekście do Anti-hero: Did you hear my covert narcissism I disguise as altruism/Like some kind of congressman? (Tale as old as time)/ I’ll stare directly at the sun but never in the mirror/ It must be exhausting always rooting for the anti-hero. Taylor przyznaje, że trudno jest jej przyjąć za fakt bycia idolką dla milionów, gdy posiada słabości zwykłego śmiertelnika i tak też się postrzega.

Torturowana poetka?

Nieco mroczny, brudny pop, opierający się na konfesyjności i monotonii – ale czy najlepszy i warty rekordów? 19 kwietnia tego roku ukazał się 11 album Taylor Swift – The Tortured Poets Department i wywołał lawiny komentarzy. Niektórzy zdobyli się nawet na stwierdzenie, że aż 32 utwory to przesada, na którą tylko najbogatsi muzycy mogą sobie pozwolić. Dodatkowo taka płodność ze strony artystki może się skończyć szybkim wypaleniem – i trudno się tu nie zgodzić. Pojawiają się pytania, czy osobisty charakter utworów to nadal autentyczność torturowanej poetki, czy też sprytny marketing. Fani jednak nie mają wątpliwości – wiele z utworów na The Tortured Poets Deparment zasługuje na miano najlepszych w karierze Taylor Swift. Wydaje się, że album byłby bardziej spójny w krótszej wersji, a długie współprace z konkretnymi producentami nie działają do końca na jej korzyść. 

The Tortured Poets Deparment i jego konfesyjny charakter wypada nieprzekonująco, nie jest to jednak do końca wina tej płyty, co popularności autorki i niemal znikomej prywatności na jaką sobie może pozwolić. Muzycznie wciąż trzymająca poziom, wyznaniowość jest tutaj nieco mniej uporządkowana i ilościowo przytłaczająca za pierwszym przesłuchaniem, ale ma swoje momenty. Oczywiście już na początku wyróżniają się pozytywnie utwory So long London, czy otwierający utwór Fortnight z gościnnym występem Post Malone. Wyraźnie widać tu zmianę estetyki – nie jest już tutaj nawet anti-hero, ale otwarcie antagonistką zamkniętą w psychiatryku. Oczywiście cała ta estetyka jest przesadzona z zamysłem i ironiczna tak jak w utworze Who’s afraid of little old me? Taylor Swift bawi się konceptem torturowanej poetki, nie mianując się nią i oddając hołd w tekście legendom takim jaki Patti Smith. Niemniej nie odejmuje to jej talentu dobrej songwriterki – nieocenzurowane wyznanie też może stanowić dobrą pożywkę inspiracji muzycznej i materiału do płakania wieczorami przy szumie winyla. Płyta zyskuje z każdym przesłuchaniem i zaskakuje spostrzegawczością. Pozwalając sobie na bycie postrzeganą jako szaloną i nieposkromioną Taylor Swift robi coś czego nie robiła do tej pory. Archetyp szalonego geniuszu w końcu nie jest tylko zarezerwowany dla mężczyzn.

Julia Prus

 

Baby Rose

Czasami specyficzny głos, który można uważać za niedoskonałość, okazuje się najsilniejszym atutem. Przekonała się o tym Baby Rose, której pierwsza autorska piosenka i charakterystyczny, dojrzały kontralt przyniosły wygraną w licealnym Talent Show. Od tamtej pory dojrzewa jako artystka, oferując coraz bardziej soczyste owoce swojej pracy. Zaledwie rok po wydaniu płyty Through And Through Baby Rose powraca z EP Slow Burn, współtworzoną z BADBADNOTGOOD i w pełni wyprodukowaną przez grupę. Utwór One Last Dance, który symbolicznie zamyka album, został wybrany przez Michała Lacha na jednego z mocograjów Radia LUZ, jednak tak mistrzowsko operująca motywem odrodzenia Baby Rose całościowo zasługuje na wyróżnienie jako Artystka Tygodnia.


Slow Burn

2024

Secretly Canadian

Podczas gdy grupa BADBADNOTGOOD zyskała rozgłos wśród fanów szeroko pojętego jazzu, twórczość Baby Rose wciąż czeka na należyte dostrzeżenie – nie tylko w obrębie tego gatunku, soulu czy R&B. To wkład jej instrumentu czyni płytę nie tyle dobrą, co imponującą. Głos Baby Rose pobudza niczym filiżanka czarnej kawy, utrzymując naszą uwagę na drodze podobnej do tej o numerze 95 z Waszyngtonu do Karoliny Północnej, którą Amerykanka wspomina ze swojego dzieciństwa, opisując swój krążek. Już wtedy, przez przeprowadzkę, w jej życiu zrodziła się potrzeba zamknięcia pewnego rozdziału. Każdy z sześciu utworów-przystanków jest składową refleksji, której przedmiotami są dawne miłości i przyjaźnie. Gorycz i głębia wokalu z efektem pogłosu na tle instrumentalnego pejzażu, tworzy krótkometrażowy obraz tęsknoty, żalu, akceptacji i innych emocji tożsamych z procesem trudnego, acz koniecznego pożegnania. Co za tym idzie, pozwolenia sobie na doświadczenie wolności. Slow Burn to bardziej surowa pozycja w dyskografii Baby Rose, tworzącej głównie w cieplejszym obrębie neo soulu. Jednak niezależnie od obieranego kierunku, artystka potrafi w pełni wykorzystywać swój ogromny potencjał.


Through And Through

2023

Secretly Canadian

Okładka albumu Through And Through przedstawia rozmarzoną Baby Rose skąpaną w wyrazistej czerwieni, w stylu sugerującym inspirację przeszłymi dekadami. Rozmazany portret doskonale oddaje drugi, nastrojowy longplay twórczyni. Inspirowana siłą tych o niepowtarzalnych głosach i determinacji, pośród których jest choćby Janis Joplin, Baby Rose w estetycznym akompaniamencie wprost opisuje swoje wówczas najbardziej intymne przeżycia. Warstwa liryczna dotyka głównie sfery uczuciowej, oddając proces leczenia złamanego serca i zaczynania od nowa. Utwór Paranoid sięga głębin morza pełnego lęków, a Sabotage jest pełnym rozpaczy pytaniem o sposób zatrzymania cyklu sabotażu. Natomiast warstwa instrumentalna otula ciągnącymi się jak karmel, nieco eterycznymi i sensualnymi dźwiękami gitary oraz rozluźniającej sekcji rytmicznej, pozwalając spokojnie dryfować do kolejnego portu. Ostatecznie nasza Artystka Tygodnia odzyskuje kontrolę, podnosząc na duchu tych, którzy w swoich zmaganiach czują się samotni. Album zamyka w gospelowym klimacie, wyśpiewując na tle chórków słowa o leczniczej mocy miłości i potrzebie wzajemnego wsparcia.


To Myself

2020

Human Re Sources

Blues i soul to gatunki będące świadectwem ludzkiej emocjonalności. Pomagają szczerze i głęboko przeżywać pochłaniające umysł i ciało uczucia, a co się z tym wiąże, zyskiwać ten rodzaj wolności pozbawiony ciężaru nagromadzonych trosk. Baby Rose już samym debiutem pokazuje terapeutyczną siłę muzyki. Album otwierają ciepłe dźwięki gitary i klawiszy, do których po chwili dołącza kontraltowy wokal, wyrażający rozczarowanie i żal związany z końcem związku, który wydawał się tym właściwym. Każdy kolejny utwór jest niczym rozdział książki o odnajdywaniu w sobie siły. Powieści pełnej smutku, złości i zbyt wielu pytań bez odpowiedzi, opowiedzianej w tonacji zawsze zakończonej nutą nadziei. Ballada All To Myself jest szóstą pozycją na albumie, nagraną za pierwszym podejściem jako najszczerszy wyraz walki z tym rodzajem tęsknoty, który wzbiera o trzeciej nad ranem. Całość kończą Over i Show You, w których Baby Rose patrzy na rozstania z szerszej perspektywy. W wersji Deluxe usłyszymy również Marmot, Damn i August 5th, uzupełniające refleksyjny list do siebie o wspomnienia podjętych w życiu decyzji i gotowość na to, co przyniesie przyszłość.

Pola Sosin

Talking Heads

Talking Heads: nowofalowi wizjonerzy

Talking Heads mieli znaczący wkład w nowofalową scenę muzyczną. W kwietniu 40. rocznicę obchodził będzie nagrany podczas ich koncertu album, a zarazem film Stop Making Sense. Jest on archetypem w swojej kategorii, uważanym za jeden z najświetniejszych nagrań koncertowych wszechczasów. Z tej okazji wygrzebujemy z szafy swoje za duże garnitury i zapraszamy Was do zapoznania się z artystą tygodnia w Radiu LUZ!


Początki zespołu mają korzenie w 1973 roku, David Byrne (frontman) studiował wtedy wraz z Chrisem Frantzem (perkusja) i uformowali razem zespół The Artistics. Niedługo później poznali Tinę Weymouth, która stała się dziewczyną Frantza i pomagała z kwestiami technicznymi w zespole. Wspólnie przenieśli się do Nowego Jorku i we trójkę zamieszkali razem. Ekipie bardzo długo brakowało basisty, aż w końcu wpadli na pomysł, że mogą przecież nauczyć grać Tinę. W ten sposób swój pierwszy koncert, już jako Talking Heads zagrali w połowie 1975 roku w CBGB, klubie muzycznym mającym początkowo gościć głównie artystów reprezentujących style zawarte w jego nazwie (C – country, BG – blue grass, B – blues), który w zamian stał się mekką zespołów grających punk i new wave. Poza Talking Headsami grali tam: Blondie, Television, Ramones, Patti Smith Group i inne.

Nazwa zespołu, jak tłumaczy Tina, odnosi się do terminu używanego przez studia telewizyjne będącego ujęciem samych ramion i głowy, czyli skoncentrowanego na treści z wyłączeniem akcji. W marcu 1977 roku dołączył do nich Jerry Harrison (gitara, synthy), grający uprzednio w „the Modern Lovers”. Tego samego roku wydali swój pierwszy album Talking Heads: 77, z którego podchodzi ich najsłynniejszy utwór Psycho Killer .

W pierwszych latach działalności zespół był bardzo płodny i co roku wypuszczał nowy, zaskakujący brzmieniami krążek. Ich drugi album (More Songs About Buildings and Food) powstał we współpracy z producentem Brianem Eno, z którym zespół i sam frontman David Byrne (już podczas swojej kariery solowej) zwiąże się na długo. Eno uprzednio pracował m.in. z Davidem Bowie i sam również jest artystą-muzykiem. Jego usposobienie fantastycznie splotło się z resztą grupy. Dzięki inspiracjom producenta, Talking Headsi zaczęli sięgać śmielej sięgając po funkową psychodelę i muzykę afrykańską, co bardzo wpłynęło na ich późniejsze wydania (np. Fear of Music czy klasykę nowej fali – Remain in Light).

Koncerty, z których pochodzi wideo i album Stop Making Sense promowały ich piąty album o nazwie Speaking in Tongues. Podczas koncertu artyści zagrali kilka utworów z promowanego albumu, jednak do repertuaru dołączyli także wiele kompozycji pochodzących ze swoich innych wydań i projektów prywatnych. Film nagrany został podczas czterech koncertów odbywających się w Hollywoodzkim Teatrze Pantages pod koniec 1983 roku. Wyreżyserował go Jonathan Demme, którego najsłynniejszym dziełem, osiem lat później, stanie się film Milczenie Owiec. Nagrany film i album miały swoją premierę 24 kwietnia 1984. Stop Making Sense uważane jest za jeden z najświetniejszych nagrań koncertowych wszechczasów.


David Byrne

Występ rozpoczyna David Byrne, który wchodzi na pustą scenę z gitarą akustyczną na szyi i odtwarzaczem kaset. Wita się z tłumem i oznajmia, że „ma kasetę, którą chciałby puścić” i tak zaczyna się show! Z każdym utworem na scenie pojawiają się pojedynczo kolejni członkowie zespołu. Poza stałą czwórką ekipy, występ uzupełnia piątka instrumentalistów i wokalistów. Choreografia koncertu nie była reżyserowana całościowo. Podczas występu pojawia się wiele spontanicznych wydarzeń, energia twórców na scenie jest niepowtarzalna. Dziewczyny z chórków ani na moment nie przestają tańczyć i się uśmiechać, ekscentryczny David Byrne podczas tego koncertu wykonuje wiele ikonicznych ruchów i tańców, które zostaną zapamiętane przez fanów na zawsze. Alex Weir, który uzupełnił szeregi muzyków, jest chyba najbardziej imponujący w swoim wigorze. Każdy z artystów jednak pokazuje swój unikalny charakter i styl na scenie. Muzycy rozmawiają ze sobą gestami i dźwiękami przez całe show, czerpiąc radość z wykonywanej muzyki, tańca, często improwizowanego. Poza spontanicznymi gestami artyści wykorzystali rekwizyty takie jak rozsławiony, ogromny, garnitur Davida Byrne’a, lampę, czapkę, okulary. Podczas koncertu działano grą świateł, pozostawiając nieraz artystów w prawie zupełnym mroku, z oświetlonymi jedynie twarzami.

Koncert, poza ogromem świetnej muzyki i energii, zasłynął także z ikonicznego tańca Byrne’a z lampą, którą raz po raz podrzucał i łapał niczym partnerkę w tańcu, a także z ogromnego garnituru wokalisty, który założył wraz z utworem Girlfriend is Better . Sam tytuł koncertu pochodzi z tekstu właśnie tego kawałka. David przy wyborze swojego nietuzinkowego stroju inspirował się klasycznymi japońskimi dramatami tanecznymi. Wyznał on, że chciał aby jego głowa wydawała się mniejsza w proporcji do reszty ciała i najprostszym sposobem na to było sprawienie, że powiększy wizualnie całą sylwetkę z pominięciem głowy. Twórca dodaje również, że muzyka jest według niego bardzo fizycznym doświadczeniem i ciało rozumie ją jako pierwsze, zanim zrobi to głowa. W ten sposób podkreślił tę myśl, zakładając ogromny garnitur, który trafił później na plakaty i stał się ikoną nie tylko samego występu, ale również i samego wokalisty.

Podczas występu artyści zagrali dziewiętnaście utworów, jednak trzy z nich długo nie trafiały na albumy i wydania wideo, do dziś można znaleźć je tylko w specjalnych wersjach. W 2023 roku we współpracy ze studiem A24 Stop Making Sense zostało zremasterowane. Pierwsze pokazy filmu za granicą odbyły się na jesień i długo nie pojawiała się żadna informacja, że film pojawi się w Polsce. Nie tak dawno okazało się, że film będzie pokazywany w ramach Filmowego Festiwalu Timeless w Warszawie. Cieszymy się, że coś w tej sprawie ruszyło i z zapartym tchem wyczekujemy pokazów we Wrocławiu! 😉

Katarzyna Golec

Gary Clark Jr.

Ponad dziesięć lat temu, zapytany o swoje docelowe brzmienie, odpowiedział: Snoop Dogg spotyka Johna Lee Hookera. Dziś możemy śmiało powiedzieć, że nie był gołosłowny. Ten bluesman z amerykańskiego południa już dawno udowodnił, że świetnie odnajduje się nie tylko w bluesie. Kropkę nad „i” postawił swoim nowym albumem, JPEG RAW, który ukazał się pod koniec marca.

W tym tygodniu w paśmie Artysta Tygodnia króluje Gary Clark Jr.

 

Gary złapał za gitarę w bardzo młodym wieku. Występując gdzie się tylko dało, dość szybko zapracował na miejsce na scenie muzycznej rodzinnego Austin. Machina ruszyła na poważnie, gdy poznał właściciela słynnego klubu Antone’s, który z kolei przedstawił mu Jimmy’ego Vaughana. Brat Steviego Raya stał się mentorem młodego gitarzysty – dzięki niemu ewoluował w profesjonalnego muzyka. To z nim, zaraz po skończeniu szkoły średniej, wyjechał w pierwszą trasę koncertową i dowiedział się z czym się je ten cały show biznes. To też Vaughan zwrócił uwagę Erica Claptona na swojego ucznia.

W 2007 roku Clark Jr. zagrał rolę młodego gitarzysty w Alabamie lat 50′ w Honeydripper w reżyserii Johna Saylesa. Film promował występując na 50 Monterey Jazz Festival. Niedługo potem Clapton zaprosił go na scenę swojego festiwalu Crossroads Guitar. Gary zagrał u boku takich gigantów jak BB King, Buddy Guy, czy Jeff Beck i wzbudził spore zainteresowanie. Scooter Weintraub z Warner Brothers Records (później menadżer artysty) wspominał, że podczas koncertu dostawał SMS-y o treści „kim, do diabła, jest ten facet?”

W 2011 roku Gary Clark Jr. podpisał kontrakt ze wspomnianą wytwórnią. Miał już wtedy na koncie kilka albumów wydanych niezależnie (Worry No More, 101), które jednak nie zyskały szczególnego rozgłosu. Na szczęście jego kolejne wydawnictwa nie podzieliły tego losu. Już Blak and Blu z 2012 roku dotarło do 6 miejsca zestawienia Billboard 200 i przyniosło mu dwie nominacje do nagrody Grammy, w tym jedną wygraną. Zaczęto go porównywać do Jimiego Hendrixa i o ile był to komplement, to Clark Jr zaznaczył, że nigdy nie chciał być niczyim naśladowcą.

Już pierwszy albumem pokazał swoją wszechstronność, łącząc blues z rock and rollem, hip hopem, soulem i r&b. Kolejne płyty, The Story of Sonny Boy Slim i This Land, również pokazały, że nie da się go zaszufladkować jako po prostu bluesmana. Artysta wprowadził do swojej twórczości także elementy hard rockowe oraz reggae, które to pobrzmiewa w jego najbardziej politycznym utworze, This Land. Napisał go pod wpływem frustracji, jaką wywołała w nim polityka Donalda Trumpa oraz konfrontacja z sąsiadem, który sugerując się kolorem skóry Gary’ego, nie wierzył, że ten jest właścicielem 50 akrów ziemi w Teksasie.

Piosenka stała się właściwie jego opus magnum. Dan Salomon z Texas Monthly napisał, że This Land jest dla Gary’ego Clarka Juniora tym samym, co Formation w dyskografii Beyonce i This is America w repertuarze Childish Gambino.

Trzy lata po wydaniu This Land Clark Jr dostał od Steviego Wondera demo utworu zatytułowanego What About The Children. Jako, że aktualnie możemy go słuchać na JPEG RAW, można uznać, że był to początek tworzenia najnowszego krążka. W tamtym okresie muzyk spotkał się ze swoim zespołem (King Zapata, Jon Deas, Elijah Ford, JJ Johnson), by zagrać jam session. Nie mieli żadnego planu, zasad, ani oczekiwań, ale w trakcie okazało się, że to właśnie jest zalążek dla nowego materiału.

Album powstawał w czasie pandemii, protestów po śmierci George’a Floyda i ataku na Kapitol Stanów Zjednoczonych. Gary Clark Jr przelał na papier obawy o przyszłość swoją i swoich dzieci, tworząc muzyczny apel. Rozwinięcie tytułu JPEG RAW to Jealousy, Pride, Envy, Greed; Rules, Alter Ego, Worlds (zazdrość, duma, zachłanność; zasady, alter ego, światy). Te hasła z grubsza streszczają zawartość wydawnictwa. Artysta napisał piosenki o złości, niepewności i zamęcie, ale także o nadziei i potrzebie zjednoczenia się.

To nie tylko płyta o niepokojach politycznych. Jest także krytyką wirtualnego świata, w którym często się zatracamy; wynikiem tęsknoty za szczerymi interakcjami i zmęczenia pozorną perfekcją, która wylewa się z mediów społecznościowych.

W utworze tytułowym Gary śpiewa:

we get easily distracted
when these real conversations need to happen

Muzycznie najnowszy album Clarka Juniora jest tak zróżnicowany, jak powyższy utwór. Artysta nie pierwszy już raz współpracował z producentem Jacobem Scibą, który niby to mimochodem podsuwał mu tradycyjną muzykę afrykańską. Clark Jr nie miał nic przeciwko takiej manipulacji i chętnie skorzystał z inspiracji.

Fantastycznie brzmią fragmenty jazzowe (jak na przykład trąbka Keyona Harrolda w Alone Together) i funkowe (Hearts in Retrograde, czy Funk Witch U z Georgem Clintonem). Dodatkowego kolorytu dodają znakomici goście – poza Clintonem są to Stevie Wonder, Naala i Valerie June.

JPEG RAW to z jednej strony rozszerzenie muzycznych horyzontów autora (które i tak były już szerokie!), ale równocześnie także powrót do korzeni, a dokładniej do dzieciństwa. W chórkach śpiewają bowiem siostry Clarka JunioraSavannah Allee, Shanan Ashlee i Shawn Aleesha, towarzyszki pierwszych występów na rodzinnych spędach. Wokalistki wystąpiły także w teledysku do utworu Maktub i będą towarzyszyć bratu podczas trasy koncertowej – ta rozpocznie się 8 maja w Teksasie.

Idealnym podsumowaniem tej krótkiej opowieści o najnowszej cegiełce w dyskografii Gary’ego Clarka Juniora będą jego własne słowa:

Oddychaj. Wyjdź na zewnątrz i, patrząc w niebo, posłuchaj śpiewu ptaków. Doceń to, co masz. Mam nadzieję, że ten album przyniesie ci nadzieję. Tu wcale nie chodzi o mnie, usuń mnie z tego równania. Ta muzyka jest teraz twoja.

Więcej o Artyście Tygodnia usłyszycie na naszej antenie od poniedziałku do piątku – w audycji Audiostarter o 9:30 i 10:30, następnie o 13:00 oraz zaraz po północy.

 

Marta Łobażewicz

Główna strona artysty
fot. Mike Miller

Little Simz

little-simz-at

Little Simz — niezależna ikona brytyjskiego rapu w nowej odsłonie

Little Simz, czyli kryjąca się pod tym pseudonimem Simbiatu ’Simbi’ Abisola Abiola Ajikawo, to jedna z najwybitniejszych reprezentantek współczesnej sceny hip-hopowej. Od początku kariery muzycznej pozostaje w zgodzie z własnymi wartościami, szczera i odważna. Z każdym kolejnym wydawnictwem udowadnia, że nie tylko nie boi się eksperymentować, ale też ciągle dąży do muzycznego rozwoju.

Nie inaczej jest w przypadku niedawno wydanej EPki Drop 7, blendu gatunków i najśmielszej odsłonie raperki do czasu. Z okazji tego wydawnictwa, w Radiu LUZ celebrujemy całokształt jej twórczości i przypominamy jej najważniejsze dzieła.


Little Simz - Drop 7

Drop 7

2024

Age 101 Music · AWAL

Rzadko zdarza się, by 15-minutowe wydawnictwo poniosło się takim echem po muzycznym świecie. Mowa o tu jednak o EPce jednej z najlepszych współczesnych raperek, która porzuca w znacznej części organiczne brzmienia na rzecz EDM-owej produkcji. Seria Age 101: Drop zawsze była dla Little Simz okazją do rozluźnienia konwencji i zabawy formą oraz tekstem. Drop 7 nosi jednak w sobie oznaki czegoś znacznie więcej. Wyprodukowany wspólnie z brytyjskim DJ-em Jakwobem projekt wydaje się być zapowiedzią nowego brzmienia, które może na dłużej zagościć również na innych projektach Simbi. Baile funk, silniejsze niż wcześniej zanurzenie w grime’ie, czy zwrotka po portugalsku to tylko kilka atrakcji tego fascynującego wydawnictwa. Te nowości perfekcyjnie łączą się w finale z tą bardziej znaną słuchaczom instrumentalną stroną artystki, która coraz chętniej używa swojego głosu do śpiewu. Pozostaje tylko czekać, czym Simz zaskoczy nas na kolejnym albumie.


Nasza selekcja:

GREY Area

2019

Age 101 Music · AWAL

GREY Area to trzeci studyjny album Little Simz, a zarazem pierwszy, który dał jej rozgłos w Anglii, jak i poza jej granicami. To intensywna, osobista i refleksyjna płyta, w której raperka eksploruje różnorodne tematy związane z przeszłością, współczesnym społeczeństwem, własną tożsamością oraz jej miejscem w branży muzycznej. Teksty są poruszające, odważne i introspektywne. Ajikawo nie hamuje się i otwarcie mówi, co myśli. Już w otwierającym album utworze zatytułowanym Offence zapowiada, że zrzuci ciężar z serca, nie zastanawiając się nad tym, czy kogoś urazi.

Ten album to dla Little Simz pole do ekspresji i wylania zbierającej się w niej złości. Dotyka wielu istotnych kwestii. W utworze Boss rapuje o tym, że jest szefową w sukience, podkreślając siłę swojej kobiecości. Venom i jego słynny wers never givin’ credit where it’s due, ‘cause you don’t like pussy in power adresowane są do wszystkich, którym przeszkadza widok kobiety odnoszącej sukces. Jednak GREY Area to nie tylko rozprawienie się z dyskryminacją płciową. Simbi uzewnętrznia także swoją wściekłość związaną z przemocą na tle rasowym, na co przykładem może być 101 FM. Mimo up-beatowego brzmienia i jasnych syntezatorów to utwór o brutalności, z którą na co dzień spotykają się osoby z marginesu społecznego. Can’t see us but you can hear us – Simz pozostaje głosem tych, którym głos zabrano. Artystka zagląda też w głąb siebie. Najbardziej introspektywne wydają się być Therapy i Wounds. Ten drugi był szczególnie trudny do napisania, dotyczy on bowiem śmierci przyjaciela Simbi, który został zamordowany. To opowieść o stracie, bólu i ponownym odnalezieniu drogi do przodu.

Raperka muzycznie eksperymentuje, mieszając hip-hop z elementami jazzu, soulu i elektroniki. Dzięki temu na albumie tworzy wyjątkowy przelot, manewrując między złożonymi melodiami, często mrocznymi i zmysłowymi, nadając swoim tekstom dodatkowej głębi, dzięki czemu mają one jeszcze silniejszy wydźwięk.


Sometimes I Might Be Introvert

2021

Age 101 Music · AWAL

Od pierwszych sekund Sometimes I Might Be Introvert jasne jest jedno. Ten album ma ambicję być czymś wielkim. Pompatyczna, orkiestralna aranżacja. Cleo Sol zapowiadająca tytułowy utwór słowami There’s a war. Little Simz dumnie deklarująca I study humans, that makes me an anthropologist. Czy coś tak majestatycznego może być jednocześnie po prostu przyjemne w odbiorze? Otóż może. Simbi ujawnia bowiem prawdziwy sens albumu pod koniec tego 6-minutowego arcydzieła. Jest on podróżą, by odkryć co DLA NIEJ znaczy być kobietą. Zarówno w muzyce, jak i poza nią.

Nie da się ukryć, że jest to zbiór utworów o rzeczach WAŻNYCH. Konfrontacja Simz z uczuciami do swojego ojca, którego dalej kocha, ale jednocześnie nienawidzi. Historia kuzyna raperki, która rzuca światło na to jak frustracja na beznadzieję dookoła i brak perspektyw na lepsze jutro popychają ludzi ku przemocy, która może kosztować czyjeś życie. Afirmacja kobiet z całego świata, które każdego dnia inspirują raperkę, by być coraz lepszą wersją siebie. Poświęcenie chwili na docenienie ludzi, którzy zapewniają nam podstawowe wygody codzienności, które często bierzemy za oczywistość. Ten ogrom wątków, spektakularne filmowe interludia, chóralne wstawki, fenomenalna (a to myślę i tak za małe słowo) produkcja Inflo mogą połączyć się w harmonijną całość tylko dzięki jednej rzeczy. Szczerości Simbi.

Niezależnie, czy mierzy się ona z osobistymi demonami, czy demoluje większość sceny rapowej bezlitosną nawijką, jedno pozostaje niezmienne. Little Simz robi to, co chce. I jest z tego dumna. To również dlatego teatralne przerywniki i posągowe Introvert mogą znaleźć się na jednej trackliście z delikatnym wyznaniem miłości na I See You, czy wizytą złowrogiej bliźniaczki Simz na Rolling Stone. Płynne przejścia pomiędzy kolejnymi częściami tej jakże filmowej podróży prowadzą nas do momentu refleksji autorki w postaci How Did You Get Here. Nad trudnymi początkami, momentami zwątpienia, całym wysiłkiem włożonym w osiągnięty sukces. I uświadomieniem sobie, że jest teraz tą wersją siebie, o której zawsze marzyła. Ciężko o piękniejsze zwieńczenie tak niezwykłej podróży.


NO THANK YOU

2022

Age 101 Music · AWAL

Od momentu wkroczenia na scenę Little Simz głośno mówi o pozostaniu wiernej swojej wizji i ostrzega twórców przed współczesnym przemysłem muzycznym. Od zawsze trzymała się niezależności i wywyższała jej wartość – cała jej twórczość została wydana własnym nakładem pod szyldem założonej przez nią wytwórni Age 101. W albumie NO THANK YOU jest najbardziej bezpośrednia w tym przesłaniu. W utworach takich jak Angel, Sillhoute czy Heart On Fire artystka wspomina swoje doświadczenia i przyznaje, że wielokrotnie musiała uczyć się na własnych błędach. Swoją frustrację zamienia w rady i ostre wersy:

They don’t care if your mental is on the brink of something dark
As long as you’re cutting somebody’s payslip
And sending their kids to private school in a spaceship
Yeah, I refuse to be on a slave ship
Give me all my masters and lower your wages

Autorka nie boi się krytykować branży nagraniowej, która tak ją wyczerpała, porównując ją między innymi do kolonializmu w X. Widząc, jak daleko sława i chęć sukcesu mogą odciągnąć sztukę od jej celu, chce pomóc innym artystom nauczyć się mówić nie, dziękuję i nadal robić swoje. W NO THANK YOU trudno dostrzec kierunek, w którym Simz chce podążać muzycznie. Ale to być może jego największa siła, ponieważ album zaprasza każdego dostępnego słuchacza do wysłuchania apelów artystki. Nie przejmuj się prasą, tabloidami i garniturami. Po prostu rób swoje i rób to dobrze. A kto może dać na to lepszy przykład niż nasza Artystka Tygodnia?

Zuzanna Kopij, Mikołaj Domalewski, Michał Lach


Dolly Parton

dolly parton

Muzycznym pyłem pokrywa szarość codzienności, niczym wróżka chrzestna swoimi dobrymi słowami obdarza innych artystów. Pozostając w blasku sceny, Dolly Parton Artystką Tygodnia w Radiu LUZ.

Trudno w kilku znakach i trzech utworach podsumować karierę muzyczną, co więcej, życie. To właśnie je Dolly Parton poświęciła twórczości. Mówiąc o jej karierze nie możemy pominąć jej doświadczeń, bo dopiero wtedy widzimy artystkę kompletną.

Szacuje się, że od samego początku swojej pięćdziesięcioletniej kariery Dolly Parton napisała około trzech tysięcy utworów, z czego tylko czterysta pięćdziesiąt zostało oficjalnie wydanych. Tak obszerny warsztat tekstowy dowodzi geniuszu wokalistki, a także stanowi powód naszego wyróżnienia jako Artystki Tygodnia. Muzyka jest jej największą miłością, a swoje pierwsze kroki w stronę scenicznego piedestału podejmowała jeszcze jako nastolatka. Pełna szczerości, zawsze trafia w sedno, całkowicie obnażając się przed słuchaczami. Podaje nam swoje emocje jak na dłoni. Może właśnie dlatego twórczość Dolly jest w stanie chwycić za serce nawet najtwardsze jednostki. Stanowi pewnego rodzaju emocjonalny kompas, towarzyszący nam w każdej nowo obranej podróży.


Jolene

1973

RCA

Proste, lecz niebanalne połączenie boleśnie szczerych tekstów i rozbrajających melodii czyni muzykę country niebywale wyjątkową. Czas na prawdziwy klasyk takiego zestawienia. Szczególnie urzeka kontrast między kruchą ulotnością, jakiej doświadcza artystka, a przyznaniem prawdy tytułowej bohaterce. Jej skóra niczym kość słoniowa, jej oczy niczym szmaragdy – Jolene mogłaby mieć każdego. Dolly wyczuwa zagrożenie, doskonale zdając sobie sprawę, że nie ma na nie najmniejszego wpływu. Jej szczęście zależy od Jolene i czegokolwiek bohaterka utworu nie postanowi zrobić. To tylko dowodzi sile bezsprzecznie intensywnego uczucia artystki w stronę swojego partnera. Czy jest jednak coś, co może zrobić, by tylko go zatrzymać?


Love Is Like A Butterfly

1974

RCA

Kiedyś obciachowa, teraz zyskuje na popularności. Muzyka country wraca do łask i przestaje kojarzyć się ze sztampą. Wyruszamy ku przygodzie, by odkryć ciepłe melodie, które koją zszargane zmysły. Przypominamy sobie, że o uczuciach można mówić bezpośrednio. Proste kompozycje pozostawiają nas z sensem, którego w świecie nadmiaru bodźców nie musimy szukać pod kolejnymi warstwami utworu. Dzięki temu trafia do słuchaczy niezmieniony, jeży włosy na karku i sprawia, że koniuszki palców mrowią. Miłość jest delikatna jak skrzydła motyla i w okamgnieniu może zmienić obiekt westchnień. Dlatego Dolly Parton mówi o niej często i bez ogródek, chwyta to co ulotne.


Wrecking Ball

2023

Butterfly

Przez lata w showbiznesie Dolly Parton zdobyła wielu przyjaciół. Na swoim najnowszym krążku postanowiła ich uhonorować. Rockstar to album złożony z coverów utworów, które towarzyszą nam od wielu lat, ale teraz mamy okazję poznać je tak jak czuje je Dolly. Jej wrażliwość przenika znane melodie i dodaje szczypty, tego czegoś, tego magicznego pyłu… Jednym z najbardziej poruszających jest wykonanie Wrecking Ball wraz z Miley Cyrus, dla której faktycznie jest wróżką chrzestną. Głosy obu artystek dopełniają się w najbardziej łamiących fragmentach zyskując siłę, która przenosi nas nad wszelkimi uprzedzeniami.

Skupiliśmy się głównie na muzycznej karierze Dolly Parton, lecz nie możemy przemilczeć jej innych talentów. Przez lata prowadziła własny program telewizyjny, grała w filmach i serialach, a jej teksty trafiły w ręce innych artystów, by nie tylko pod jej nazwiskiem zdobywać złote płyty. Przedstawiamy ikonę.

Aleksandra Zajdel, Antoni Winiarski

André 3000

Ikoniczne zdjęcie Andre 3000 w koszulce supreme

Po dwudziestu latach od ostatniej płyty Outkast’u, André 3000 powraca skąpany w niebieskim blasku tytułowego słońca swojego nowego albumu New Blue Sun – zupełnie odrywa się od oczekiwań i w pełni poświęca się radości z tworzenia.

 

Główny target z wielkim niezadowoleniem przyjął nowy album, wynika to jednak z czystej ignorancji i oczekiwań zamykających André w ramach klasycznego hip-hop’owego brzmienia. André od dwudziestu lat był bardzo mało aktywny muzycznie. Od czasu do czasu gościnnie pojawiał się w utworach innych artystów. Jego jedyną solową muzyczną działalnością w tym okresie było pojawianie się w najróżniejszych zakątkach świata – grając na flecie, co udało nam się zobserwować na filmikach nagranych przez zaciekawionych fanów. Był to pierwszy znak, że jeśli André szykuje nowe publikacje, nie możemy liczyć na coś, co już słyszeliśmy. Ice Cold w wywiadzie z Rickiem Rubinem wyraził swoją ogromna niechęć i zwątpienie w czerpanie radości z procesu tworzenia muzyki. Jak sam twierdził możliwe, że musi odnaleźć nowe powołanie, więc z tym większą radością przyjąłem wiadomość o nowym albumie 3 Stacks’a.

 

 

Album New Blue Sun z niesamowitym wdziękiem i gracją prezentuje jeden z moich ulubionych zabiegów porzucania klasycznego aranżu utworu. Przez całą tę muzyczną podróż przeprowadzi nas wyżej wymieniony flet, który oprócz uczucia nieustającego zaciekawienia jest jedynym wspólnym mianownikiem dla wszystkich utworów razem z wyjątkowo długimi tytułami, które zdążą przyciągnąć naszą uwagę, zanim zrobi to muzyka.

Chaotyczne opisy, które pozornie są z niczym nie związane, żartobliwe w pewien sposób nadają bardzo luźne ramy interpretacyjne, i wgląd w uczucia włożone w ten album, co świetnie  obrazuje nutka I Swear, I Really Wanted to Make a 'Rap’ Album but This Is Literally the Way the Wind Blew Me This Time, w której tytule André przewidując nieprzychylny odbiór, błyskotliwie wyśmiewa ironicznie nieprogresywnych fanów progresywnego artysty.

Obecność fletu zaznacza wyjątkową relację tego instrumentu osadzonego w bardzo różnorodnej przestrzeni dźwięków. Hipnotyzujące plemienne motywy i mesmeryzujące delikatne solówki jak w utworze The Slang Word P(*)ssy Rolls Off The Tongue With Far Better Ease Than The Proper Word Vagina. Do You Agree?

Andre 3000 i Big Boi podczas koncertu zespołu Outkast

Odejście od aranżacji utworów jest wyjątkowo warte docenienia ze względu na to jak fundamentalną częścią dla hip-hopu jest powtarzalny aranż i pętle. Ten wyjątkowo interesujący fenomen odwołuje się do pierwotnej formy muzyki opartej o improwizację. Mimo że te utwory są z pewnością bardziej przemyślane to czuć energetyczny i niczym nieograniczony strumień dźwięków – esencję improwizacji.

zdjęcie Andre 3000 wyciągający ręce trzymające flet ku słońcu

Muzyka Outkast’u od zawsze była o krok dalej w świecie hip-hopu. Ich naturalne akustyczne brzmienie było świeże i zachwycające groove’m, a elektroniczne i zupełnie odchodzące od organicznych dźwięków perkusji rytmy połączone z głosem, od którego nie sposób oderwać uwagi do dzisiaj wywołują potężnego stank face’a.
André przechodził od klasycznego składania rymów z potężnymi puentami i niesamowicie szybkim połączeniem słów przez niepowtarzalne adliby, po śpiewane hooki. Ta muzyczna podróż obfita w różnorodne ery André, z nową publikacją obrała bardzo ciekawy kierunek. Dlatego z ogromny zaciekawieniem oczekuje dalszego rozwoju tego artysty.

Adam Karpeta